OPEC twierdzi, że nie jest w stanie pompować tyle ropy, by cena spadła. Produkcja jest najwyższa od 25 lat. Możliwe, że OPEC nie może już pomóc konsumentom.
Z Ameryki
Po tygodniu korekty nastąpił tydzień dużych spadków z osiągnięciem rocznych minimów na indeksach. Nie jest to zachowanie zapowiadające rychły powrót rynku hossy. Już w poniedziałek administracja amerykańska, podnosząc poziom zagrożenia atakami terrorystycznymi, mogła inwestorów nieco przestraszyć, ale reakcji nie było. Nic dziwnego, bo to już jest zgrana płyta (przed wyborami będzie więcej takiego straszenia — to wzmacnia pozycję prezydenta Busha). Potem jednak było już tylko gorzej. Rosnące ceny ropy i bardzo zły raport z rynku pracy zniechęciły inwestorów do kupowania akcji.
W tym tygodniu czeka nas komunikat po posiedzeniu FOMC I kilka ważnych raportów makroekonomicznych. Jeśli chodzi o decyzję Fed to najbardziej prawdopodobna jest podwyżka poziomu stóp o 25 pkt bazowych. Jeśli tak się stanie to jedyną niepewnością będzie komunikat po posiedzeniu. Inwestorzy mogą się obawiać, że będzie „jastrzębi. Czyli, że bank da znać, iż będzie podwyższał stopy szybciej niż to zakłada rynek. Istnieje również prawdopodobieństwo, chociaż niewielkie, że Fed nie zmieni poziomu stóp. Na pozór byłby to dla giełdy dobry ruch i pierwsza reakcja byłaby pozytywna, ale obawiam się, że tylko pierwsza. Bardzo szybko inwestorzy doszliby do wniosku, że skoro bank stóp nie podniósł to sytuacja w gospodarce nie jest tak dobra, jak się mogło wydawać. Najlepsza dla giełdy jest po prostu podwyżka o 25 pkt baz.
Dane makro są tak niejednoznaczne, że „jastrzębi” komunikat jest jednak bardzo mało prawdopodobny. Wydatki Amerykanów po raz pierwszy od dziewięciu miesięcy bardzo wyraźnie spadły (największy spadek od 11 września 2001). Rynek pracy zarówno czerwcu, jak i w lipcu, był bardzo słaby. W tym roku nie ma szansy na zapowiadany przez administrację znaczny wzrost miejsc pracy. Jeśli prawdą jest to, co mówi John Kerry, to wzrost liczby zatrudnionych wcale nie musi znacznie poprawiać warunków życia Amerykanów. Podobno średnia płaca w nowo utworzonych za czasów administracji Busha miejscach pracy jest mniejsza o 9000 tys. USD rocznie w porównaniu do tego, co zarabiali zwolnieni pracownicy. Z drugiej strony jednak indeksy ISM zarówno dla sektora produkcyjnego, jak i dla sektora usług. znacznie wzrosły pokazując, że w minionym miesiącu sytuacja znacznie się poprawiła.
Najważniejsze mogą być dane o inflacji. Od kilku lat nie ma wśród ekonomistów konsensu — jedni twierdzą, że inflacja znacznie przyśpieszy, a inni, że w przyszłości gospodarkę czeka deflacja. Od trzech lat zarówno Fed, jak i administracja amerykańska, zasilają gospodarkę amerykańską w niezwykłe wprost sumy. Już to powinno, ożywiając gospodarkę, doprowadzić do wzrostu inflacji. Nie doprowadziło. Ale to nie wszystko. Dolar w ciągu trzech lat osłabł o blisko 50 proc. w stosunku do euro i 20 proc. w stosunku do jena. Z tego wynika, że drożał import, co też powinno było podnieść inflację. Nie podniosło. Ale to nie wszystkie czynniki proinflacyjne. W ciągu dwóch lat cena ropy skoczyła o 160 proc. i znacznie wzrosły ceny innych surowców. Wszystko na nic. Inflacja nadal jest niewielka. Przyczyny, dla których nie rosła były oczywiste: duży wzrost wydajności pracy, olbrzymie cięcia na rynku pracy, outsourcing, zmniejszenie materiałochłonności produktów oraz znaczne zwiększenie znaczenia sektora usług. Powstaje pytanie, czy rezerwy wynikające z tych procesów zostały już wyczerpane. Odpowie na to przyszłość, chociaż wydaje się, że jeśli nie zostały wyczerpane, to wkrótce zostaną. Jeśli spojrzy się na problem przez pryzmat analizy technicznej to na wykresie złota, rentowności obligacji, CRB i euro widać prowzrostowe flagi. Wybicie musiałoby znacznie zwiększyć inflację.
Na razie mamy duży problem z ropą. Wzrost cen ropy, a przez to i paliw, działa jak podatek zabierający konsumentom pieniądze, które mógłby przeznaczyć na inne zakupy. Warto zauważyć, że rzeczywiście kraje należące do OPEC produkują najwięcej od 25 lat. Całkiem prawdopodobne, że nie mogą już nic zrobić. Trudno jednak oddzielić rzeczywiste problemy podaży i duży popyt od działalności spekulantów. Histeria wokół Jukosu zdaje się świadczyć, że ich udział we wzroście cen jest nie do przecenienia. A sprawa Jukosu zakończy się tak, że podaż ropy się nie zmniejszy. Tylko czy po niej rynek nie znajdzie sobie innego straszaka? Na przykład rewolucji w Iraku, do której może dojść lada dzień?
Z końcem tygodnia rozpoczynają się igrzyska. Jeśli rynki obawiały się ataków terrorystycznych podczas konwencji demokratów, to tym bardziej powinny się zacząć bać teraz. Trudno oczekiwać, by pod koniec tygodnia indeksy ruszyły mocno do góry. Jednak posiedzenie Fed i naruszenie przez indeks S&P 500 dolnego ograniczenia kanału trendu spadkowego dają dużą szansę na odbicie w środku tygodnia, o ile znowu coś nie wydarzy się na rynku ropy. Odbicie, które oczywiście w niczym nie zmieni negatywnego obrazu sytuacji.
Z Polski
Zachowanie naszej giełdy nie przestaje zadziwiać. W trzeciej dekadzie lipca indeksy doszły do środka kanału trendu wzrostowego i zawróciły. Taki odwrót, bez testu górnego ograniczenia kanału, odbierany jest zawsze jednoznacznie — jako oznaka słabości rynku. Okazało się jednak, że po dotknięciu dolnego ograniczenia kanału indeksy zawróciły i ruszyły na północ nie zwracając zbytnio uwagi na bardzo słabe zachowanie rynków zagranicznych. Sygnały sprzedaży błyskawicznie zamieniły się na sygnały kupna i do czwartku wydawało się, że nawet Wigometr miał rację, mimo że przecież ilość byków była w ostatnim tygodniu bardzo duża, a to prawie nigdy do poważnych wzrostów nie doprowadza. Finisz tygodnia był słaby, ale nasz rynek i tak nadal był jednym z silniejszych w Europie. Pozytywem było to, że po raportach o dobrych wynikach kwartalnych inwestorzy ruszyli do zakupów, a nie do realizacji zysków. Takie jak obecne zachowanie może zachęcić do kupna akcji, ale tylko i wyłącznie wtedy, jeśli sytuacja na świecie się uspokoi.
Trzeba pamiętać o tym, że tak dobre wyniki mogą się długo nie powtórzyć. Sytuacja w gospodarce Eurolandu jest niejasna. W Niemczech wzrosły indeksy PMI, zarówno w sektorze produkcyjnym, jak i usług, ale pozostały na niskim poziomie i w każdej chwili mogą zanurzyć się pod krytyczny poziom 50 pkt. Zamówienia fabryczne i produkcja przemysłowa w czerwcu jednak znacznie spadły. Poza tym niemiecki rynek pracy od pół roku, co miesiąc, zwiększa liczbę bezrobotnych, a to zdecydowanie nie świadczy o sile gospodarki. Niepokojąca sytuacja jest we Francji, gdzie indeksy PMI zarówno w sektorze produkcyjnym jak i usług spadły. Nic dziwnego, że ECB pozostawił stopy procentowe na poziomie najniższym od blisko 60 lat. Tak konserwatywna instytucja jak EBC potrafi pomagać rynkowi pracy, a nasza RPP wydała walkę inflacji przy bezrobociu bliskim 20 proc.
Bardzo nie podoba mi się przedstawiany przez Bureau for Investments and Economic Cycles (BIEC), obraz naszej gospodarki. Drugi miesiąc z rzędu spadał wskaźnik wyprzedzający koniunktury (WWK), informujący o przyszłych tendencjach w gospodarce. Widać, że po wejściu do UE gospodarka zwalnia i zwalniać będzie. Dopiero we wrześniu — październiku drgania poakcesyjne powinny wygasnąć i wtedy zobaczymy, co się w gospodarce naprawdę dzieje. Inny indeks — Wskaźnik Rynku Pracy (WRP) — sygnalizuje, że bezrobocie, po chwilowej, sezonowej poprawie (nieznacznej zresztą — trudno spadek bezrobocia do 19,3 proc. uznać za sukces), znowu za parę miesięcy zacznie wzrastać. To zresztą wydaje się być oczywiste — we wrześniu absolwenci szkół zaczną szukać pracy, co musi zwiększyć bezrobocie. W lipcu spadł Wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), co sygnalizuje, ze rozpoczęły się już procesy doprowadzające do zniżki inflacji. To też jest oczywiste, bo rynek zacznie się uspakajać po szoku wywołanym wejściem do Eurolandu. I w żadnym przypadku nie jest to już wynik podniesionych stóp. Jak na inflację będzie oddziaływała cena ropy? Nasza gospodarka jest bardzo uzależniona od cen surowców (mniejszy udział sektora usług niż w Eurolandzie i zdecydowanie mniejszy niż w USA). Jest jednak jeden plus — mocny złoty. Jeśli będzie się umacniał, to dynamika wzrostu ceny ropy w złotych powinna być niewielka. Ale członkowie RPP nadal wypowiadając się dają sygnały, że czekają nas podwyżki stóp.
Stawianie prognozy na nadchodzący tydzień jest wróżeniem z fusów. Niskie obroty sygnalizują, że w grze jest prawie wyłącznie polski kapitał i dlatego nie ma korelacji z innymi giełdami światowymi. Fundusze starają się za wszelką cenę utrzymać rynek w dobrej formie. Szczególnie widać to na wykresie indeksu cenowego. Nadal mniejsze spółki są bardziej odporne na spadki. Jak podaje „Puls Biznesu” już za miesiąc OFE będą mogły lokować więcej środków w akcjach jednej spółki. Niezwykła kariera wielu małych spółek wzięła się właśnie stąd, że fundusze je sobie upodobały, a ograniczając płynność mogły dowolnie kształtować ceny. Jeśli będą mogły dodatkowo zwiększać ilość akcji to można oczekiwać bezkarnego ciągnięcia kursów wielu spółek w górę. To może mieć miejsce już teraz, bo przecież akcje można „zaparkować” w zaprzyjaźnionej instytucji i odkupić je po zmianie przepisów. I wszystko byłoby jak w oazie szczęśliwości, gdyby nie jeden drobiazg — inwestorzy zagraniczni też mają nasze akcje. Jeśli dojdą do wniosku, że zmienia się nastawienia do akcji na całym świecie i trzeba będzie czekać przynajmniej do listopada na zwrot kierunku indeksów, to zaczną sprzedawać. Wtedy już nic naszego rynku nie uratuje. W dalszym ciągu zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest wyjście dołem z kanału trendu i rozpoczęcie fali C korekty. Czy rozpocznie się ona w tym tygodniu, czy funduszom znowu uda się obronić linię trendu, tego przewidzieć nie sposób.