Rosnąca cena ropy wywołuje spadki w USA

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-08-06 00:00

Przedwczorajsza sesja sygnalizowała, że nastroje na rynku w USA nie są najlepsze. To źle rokowało na przyszłość, ale była szansa, że wczoraj byki trochę powalczą licząc na to, że dzisiaj na rynek dotrą dobre dane makro z rynku pracy. Nie udało się i znowu winna jest cena ropy. Wczoraj znowu wzrosła bijąc kolejny rekord. Komentarze winią za ten wzrost decyzję rosyjskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, które postanowiło, że przychody z handlu Jukos będzie oddawał na poczet niezapłaconych podatków. Rynki wywnioskowały, że nie będzie miał pieniędzy na bieżącą działalność. To jest oczywiste nieporozumienie i jestem pewien, że już dzisiaj zostanie sprostowane. Nie zarzyna się kursy znoszącej złote jajka – z całą pewnością Jukos będzie prowadził działalność i dostarczał ropę. To był tylko pretekst do podniesienia ceny - w czasie handlu w Europie nikomu rosyjska decyzja nie przeszkadzała. Amerykańscy gracze korzystają z każdej okazji, żeby prowadzić ceny ropy do góry. Pomagała im zaogniona sytuacja w Iraku. Nie mogły pomóc inwestorom informacje ze spółek zajmujących się sprzedażą detaliczną. Gap podał słabe wyniki, a inne sieci poinformowały, że lipcowa sprzedaż wykazała się bardzo małą dynamiką wzrostu (druga od końca w ciągu 9 miesięcy). Nie jest niespodzianką, że rynek wini za ten stan rzeczy rosnące ceny ropy – zmniejszają ilość pieniędzy na inne wydatki. Wynik sesji jest dla byków niezwykle niekorzystny, a ważne wsparcie na S&P 500 zostało naruszone.

Dzisiaj dostaniemy miesięczny raport z rynku pracy w USA. Tym razem rynek pokłada duże nadzieje w tych danych. Jak zwykle należy zwracać uwagę przede wszystkim na zmianę zatrudnienia w sektorze pozarolniczym – stopa bezrobocia jest mniej istotna. Rynek oczekuje, że zatrudnienie wzrośnie o dobrze ponad 200 tysięcy osób. To i tak nie jest dużo, bo tak naprawdę gospodarce potrzeba wzrostu o rynku pracy ponad 300 tysięcy, żeby mówić o realnej poprawie, ale gdyby wzrost zatrudnienia był mniejszy od prognoz, to tym razem mogłoby dojść do bardziej poważnej reakcji. Po prostu zwiększyłyby się obawy o stan całej gospodarki. Uważam, że znakomite dane nie są gwarancją dużego wzrostu indeksów. Rynek zacząłby się po nich obawiać szybszego niż oczekiwano podwyższania stóp procentowych. Wtedy bardzo dużo zależałoby od tego, co będzie się działo na rynku ropy. To jest ostatnio główny przeciwnik rynku akcji i tam trzeba przede wszystkim szukać wskazówek odnośnie kierunku ruchu indeksów.

Wczoraj w Warszawie, po takiej sesji jak we środę i po zwrocie na sesji w USA, rynek nie miał wyboru. Od początku zanosiło się na dobre otwarcie i ruch w kierunku 1.717 pkt. Bykom pomagały dobre wyniki KGHM, Agory, Millenium i kilku innych spółek. Wydarzeniem było to, że WZA zmieniło radę nadzorczą w PKN Orlen oddając władzę w ręce Skarbu Państwa. Taka decyzja zazwyczaj nie podoba się inwestorom zagranicznym, ale tym razem najwyraźniej postanowili zaufać premierowi i poczekać na nowego prezesa zarządu. Obrót na rynku wzrósł, chociaż rozkładał się nierównomiernie – na zbyt wielu spółkach nic się nie działo. To pozytywny sygnał, kiedy obroty rosną wraz ze wzrostem indeksów, ale szerokość rynku pozostawiała dużo do życzenia. Pozytywna była reakcja na wyniki spółek, bo inwestorzy ruszyli do zakupów a nie do realizacji zysków. Taka reakcja na wyniki kwartalne powinna zachęcić popyt na spółkach, które mogą podać dobre wyniki. Obraz rynku oglądany przez pryzmat analizy technicznej jest jednak mętny. Dolne ograniczenie kanału trendu wzrostowego zostało obronione i wszystko sygnalizuje, że teraz czeka nas ruch do górnego ograniczenia (1.770 pkt.). Tyle, że parę dni temu indeksy zawróciły ze środka kanału nie dochodząc do jego górnego ograniczenia i sygnalizując słabość rynku. Czekamy na test dolnego ograniczenia kanału albo 1717 pkt. Wynik testu pokaże na dłużej kierunek indeksom.