W piątek sekretarz stanu USA Janet Yellen udała się do Chin, a podczas podróży wypowiedziała następujące słowa: „Chiny są zbyt duże, by opierać wzrost na eksporcie i skorzystałyby na zmniejszeniu nadmiernych mocy produkcyjnych w przemyśle, wywierających presję na inne gospodarki” (cytat za Reutersem). Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnie interesującego, gdyby nie fakt, że te słowa są elementem szerokiego trendu. Kraje rozwinięte zaczynają obawiać się chińskiego eksportu, szczególnie w sektorach motoryzacyjnym i energetycznym. Coraz więcej postępowań kontrolnych w sprawie subsydiowania eksportu przez Chiny otwiera Komisja Europejska. Raptem trzy dni temu otworzyła postępowanie dotyczące paneli fotowoltaicznych, które jest prowadzone w ramach nowej dyrektywy w sprawie subsydiów zagranicznych zakłócających rynek wewnętrzny. Wcześniej Komisja rozpoczęła dochodzenie dotyczące subsydiowania przez Chiny eksportu samochodów elektrycznych.
Kroi nam się ewidentnie ryzyko rozszerzenia wojen handlowych prowadzonych już w niektórych sektorach, bo przecież Chiny nie będą wszystkim postulatom przytakiwać.
Problem na pewno jest. W 2023 r. Chiny odnotowały nadwyżkę w handlu towarami sięgającą 600 mld USD (taka była przewaga eksportu nad importem w Chinach), czyli o połowę większą niż w ostatnim roku przed pandemią COVID-19. Jest to ok. 0,6 proc. światowego PKB. Co ważniejsze, widać, że trend jest ewidentnie rosnący. Co jeszcze gorsze, wiele wskazuje na to, że z punktu widzenia Chin nie jest to przejściowa sytuacja, ale sposób na trwałe podtrzymywanie wzrostu gospodarczego w warunkach słabego popytu wewnętrznego. Chiny chcą dużo sprzedawać światu, a kupować dużo mniej. Nadwyżkę lokują w innych krajach w formie inwestycji, co sprzyja ich rosnącej roli politycznej.
Dla odbiorców chińskiego eksportu wyzwanie polega na tym, że może on eliminować z rynku lokalnych producentów. Normalnym mechanizmem, który równoważyłby to ryzyko, byłaby szansa dla innych firm na ekspansję w Chinach. Chiny mają jednak relatywnie słaby popyt wewnętrzny jak na wielkość swojej gospodarki.
Idea, że kraj powinien mieć zrównoważone saldo handlu zagranicznego, czyli kupować tyle, ile sprzedaje, jest współczesnej ekonomii raczej obca. Panuje przekonanie, że w ramach systemu wolnego handlu każdy kraj powinien zachowywać się zgodnie ze swoimi preferencjami, wtedy zasoby na świecie będą alokowane w najlepszy możliwy sposób. Jeżeli jakiś kraj ma nadwyżkę, czyli oszczędza (przewaga eksportu nad importem oznacza, że w skali kraju pojawiają się oszczędności), to widocznie jakiś inny kraj chce mieć deficyt i się zadłużać. Może na przykład jakiś kraj ma starzejące się społeczeństwo, które w ujęciu zagregowanym oszczędza i chce ulokować nadwyżkę za granicą, a inny kraj akurat potrzebuje kapitału. Po co temu przeszkadzać?
Kłopot polega na tym, że światowego systemu gospodarczego nie można porównać do jednej gospodarki krajowej, w której pewne podmioty oszczędzają, a inne zaciągają zobowiązania i wszystko działa płynnie. Zobowiązania finansowe mogą prowadzić do konfliktów interesów, które w ramach jednego kraju rozstrzyga się przy pomocy instytucji nieformalnych i formalnych: obyczajów, prawa, sądów, nakazów administracyjnych, polityki fiskalnej i pieniężnej. W światowym systemie nie ma takich instytucji, przynajmniej nie tak efektywnych jak na poziomie krajów. Na świecie ostatecznie konflikty rozstrzyga się przy pomocy siły politycznej, tak jak rozstrzygnięto problem Grecji w ramach strefy euro.
Dlatego dobrze jest dbać, by system handlowy i finansowy nie generował nadmiernych konfliktów interesów i napięć między krajami. Doskonale rozumieli to twórcy systemu Bretton Woods, czyli zasad rządzących handlem i finansami po II wojnie światowej. W ich przekonaniu handel powinien być prowadzony tak, by kraje zachowały w miarę zrównoważony bilans handlowy i płatniczy. To ostatecznie się zawaliło po niecałych trzech dekadach, bo tamtej system też miał wady i luki. Ale idea była dobra. Ludzie jeszcze wtedy nie rozumieli, że handel ma służyć zarówno rozwojowi, jak też pokojowi, a nie tylko efektywnej alokacji.
Trudno dziś wyobrazić sobie powrót do reguł gry sprzed osiemdziesięciu lat. Świat się za bardzo zmienił. Nie da się też jednak redukować nierównowagi handlowej tylko negocjacjami i siłą polityczną. To się skończy wojnami handlowymi. Za obroną własnych rynków musi iść jakaś idea, którą wszyscy będą mogli podzielać.
