Wielkie Świętowanie w Polsce ma początek na Boże Narodzenie, a koniec — dopiero wraz z zamknięciem karnawału w środę popielcową.
W obrzędowości bożonarodzeniowej antropolodzy widzą zapis świata. Siano na stole przypomina stajnię betlejemską — i tym samym każdy dom staje się miejscem świętym, symbolicznym domem Boga. Choinka — czy kiedyś „gaiki”, podłaźniczki i światy — nawiązują do obrazu raju i drzewa życia. Wyraźny staje się tu symbol domu-drzewa. Wigilijna uczta, podczas której powinno się znaleźć wszystko, co zebrano z pola, to umowne odtworzenie gospodarstwa, domu — pola. Życzenia w Wigilię, w sylwestra czy Nowy Rok mają zapewnić pomyślność. Wszystko, co w tym wyjątkowym czasie dzieje się w domu (zachowanie, liczba i rodzaje potraw, przebieg dnia) ma konsekwencje i odbicie w świecie.
Dom
„Dzieciństwo i pojęcie ojczyzny wiąże się dla mnie zawsze z pojęciem »Domu« (...) trzeba nareszcie zrozumieć, że każde przywiązanie jest siłą, bez której człowiek staje się wiotki i podatny na różnego rodzaju omamy, którymi kusi nas współczesny świat” — pisze Zofia z Radziwiłłów Skórzyńska i dodaje: „Bez Cioci Jadwini, jej wrażliwości, czułego serca i (...) gorliwości w przestrzeganiu tradycji, nie byłoby prawdziwych świąt”.
W jednym z listów do Heideggera z 1925 r. R.M. Rilke z goryczą zauważa: „Jeszcze dla naszych dziadów »dom«, »studnia«, ba, własne ubranie i płaszcz były czymś nieskończenie więcej, nieskończenie lepiej znajomym: niemal każda rzecz — naczyniem, w którym znajdowali coś ludzkiego i coś ludzkiego składali. Teraz pchają się tu przez ocean, z Ameryki, rzeczy puste i obojętne, rzeczy pozorne, atrapy życia... Dom, w rozumieniu amerykańskim nie ma nic wspólnego z domem, który przyjmował w siebie nadzieję i zadumę naszych przodków”.
Może rację miał Piotr Skrzynecki, który powiedział tak: „Święto... to jest bunt wobec rzeczywistości absurdalnej, która jest... abstrakcyjna, której się nie rozumie, jest tym cudownym momentem, w którym wszyscy się z tego wyłączają. Wigilia dlatego jest taka cudowna, bo ludzie się odnajdują, w Wigilię jest tak zawsze. (...) W 59 roku nie pojechałem do Łodzi na Wigilię do mamy, brata... chciałem być sam... wsiadłem w ostatni autobus i pojechałem do Limanowej i nie to, żebym znał tych ludzi wcześniej, nie, i mówię: chciałbym być z Wami. Ja do nich zachodzę, a oni przerażeni mówią: wejdź Pan, i to jest święto... Współcześni ludzie mają tak mało czasu na święto, są pogrążeni w codzienności. (...) Trzeba odwrócić porządek, bo święta — czyli to co jest istotą życia — ludzie robią od czasu do czasu. A święto powinno trwać cały tydzień”.
W wielu językach, i w Biblii też, słowo dom oznacza zarówno budowlę, jak i rodzinę. Czym jest pamięć domu i świąt?
J. Wachowicz-Makowicz zrekonstruowała dzieje kresowych rodów Wańkowiczów, Makowskich, Plejewskich. „Kresowiacy byli — i czuli się — częścią naprawdę przeogromnej społeczności, z którą łączyły ich więzy nie tylko krwi, ale także powinowactwa i najróżniejszych misternie posupłanych paranteli lub jedynie poczucie »swojactwa« tego samego pochodzenia, »kresowości«. Po klęskach powstań, rewolucji, wojnach podnosili się z imponującą witalnością i odbudowywali swoje życie. A ponieważ rzadko udawało im się ocalić z tych »potopów« i »pożóg« dobra materialne, starali się więc ochronić przynajmniej to, czego ogniem i mieczem nie można było odebrać — pamięć i wierność wobec swoich tradycji, wobec wartości, w obronie których walczyli i ginęli ludzie tamtych stron. (...) Wznosili więc swoje nowe domy — często bardzo daleko od miejsc, gdzie znajdowały się poprzednie, ale zawsze były w tych domach progi — po dawnemu święte — za które nie był i nie mógł być wpuszczony żaden człowiek, który naruszałby chronione tymi progami wartości, wierzenia i zasady”.
Podolskie knyszki
Helena Kutyłowska utrwaliła we wspomnieniach obraz Podola z lat 1898-1919. Jej rodzinne Kumanowce leżały koło Terespola: „Wieczerz wigilijna była wielką celebrowaną zawsze według ustalonego rytuału uroczystością. (...) Rodzice dzielili się opłatkiem ze wszystkimi, także z całą służbą domową. Potem zasiadano do stołu i spożywano tradycyjne potrawy, których musiało być dwanaście. Dwie zupy do wyboru: migdałowa lub czerwony barszcz z uszkami i knyszkami. Knyszki były to małe drożdżowe, płaskie bułeczki, bardzo pulchne, obrzeżone wysokim kantem ciasta. Do tego wgłębienia nakładano lekko przysmażoną, złocistą cebulę. Po zupach następowały dania rybne, tak zwane krążki (...) z mielonego szczupaka, przyprawione jak mięso na kotlety, formowane w kształt precelków lub kółek i smażone na oliwie lub maśle, do krążków podawany był strugany chrzan. Karp w szarym sosie — na słodko z rodzynkami; szczupak faszerowany; sandacz z wody z sosem z topionego masła i drobno posiekanego jajka na twardo; sandacz w całości, ubrany gęstym majonezem i kaparami; karp smażony i gotowane kartofle, specjalnie wycinane w małe kulki; karasie zapiekane w śmietanie; lin w galarecie z sosem tatarskim. Z innych potraw była kutia (...) oraz kompot z suszu owocowego i wspaniałe bakalie. (...) podawano jedynie białe wina. (...) Rodzice zawsze pierwsi wstawali od stołu (...). Mama szła pierwsza, a za nią my wchodziliśmy do salonu — zamkniętego od rana. Choinka sięgała niemal sufitu, ubrana zabawkami, bombkami, łańcuchami, kolorowymi świeczkami, małymi jabłuszkami, złoconymi i srebrnymi orzechami włoskimi. Wszyscyśmy stawali, łącznie ze służbą wkoło choinki i śpiewali kolędy przy dźwiękach fortepianu. Potem mama uchylała zasłonę, pod którą kryły się prezenty, i rozdzielała je po kolei”.
Melchior Wańkowicz w „Szczenięcych latach” pisze: „We dworze całym od Bożego Narodzenia do Nowego Roku gwałt panował a rwetes.(...) Oba fortepiany grzmiały do upadłego i każda klasa gości bawiła się po swojemu: małe mikrusy były strzęsione do jednego pokoju, kilkuletniejsze w różne tam »cztery kąty a piec piąty« bawiły się w stołowym pokoju, a młodzież w salonie tańczyła nie tylko walca, oberka i mazura, ale i krakowiaka, polkę węgierkę itd. Panie starsze kwokały na kanapach, panny poniektóre znikały na pogwarki w dziewiczych czeluściach domu, panowie rżnęli przy trzech, czterech stolikach i uroczystych świecach w karty”.
362 obdarowanych
O potrzebie świątecznego obdarowywania i przyuczaniu do pożytecznej pracy od dziecka pięknie wspomina Maria Czapska: „Ekonomowie czterech folwarków przyłuckich i dalszego klucza Samuelowa i Karolowa mieli zlecone sporządzenie dokładnych spisów służby folwarcznej, wyliczeniem imion dzieci i ich wieku, do lat czternastu. Szyto dla nich w domu: sukienki, spodenki, koszule, kurtki, przeważnie barchanowe albo perkalowe; dla niemowląt były czapki włóczkowe naszej fabrykacji. To wszystko wiązano w paczki, składano do koszów i rozsyłano po folwarkach. Cała służba domowa i stajenna dostawała po worku z bakaliami, a ponadto prezent indywidualny, zawsze coś z ubrania, dla kobiet materiał na suknię lub bluzkę, szalik albo pończochy, dla mężczyzn: koszula, rękawiczki, skarpetki itp. »Nasze Boże Narodzenie było piękne i wesołe, jak zwykle« — pisała mama — »ze wszystkimi drogimi dziećmi w dobrym zdrowiu. W sumie 362 osoby zostały obdarowane...«”.
Choinka? Kaprys mody
O tym, że niemiecki zwyczaj stawiania choinki długo nie mógł się przyjąć w Polsce przypomina prawnuczka Juliana Wachowicza — chłopa, który dzięki uporowi i pracy został właścicielem „Cristalu”, jednej z najładniejszych międzywojennych warszawskich restauracji. Kiedyś w kozienickim domu choinki nie było, bo prababcia Maria uważała ją za kaprys mody. „Na Morzywole święta rozpoczynały się właściwie już na początku grudnia, a Wigilia zwana tam Postnikiem, była jedynie ich apogeum. (...) U pułapu zwisały lepione przez prababcię i wszystkie dzieci opłatkowe „światy”. Zapalano świecę, pradziadek brał do ręki książeczkę do nabożeństwa i czytał na głos trzy modlitwy na uroczystość Bożego Narodzenia. (...) Jeść trzeba było dużo, więcej niż zwykle, aż do bólu brzucha, a to po to, aby przez nadchodzący rok nie zaznać głodu”. Na początku drugiej dekady XX wieku, pokolenie jej dziadków i rodziców świętowało już po miastowemu. Choinkę ozdabiało mnóstwo cukierków i rozmaitych gatunków świątecznych pierniczków.
Herody
Kolędnicy zwani również herodami, chodzili już od Wigilii, lecz kolędowanie nasilało się po Nowym Roku i pod koniec karnawału. W pamięci pisarza Zdzisława Morawskiego, syna ostatniego właściciela Małejwsi k. Grójca, zachował się wierny opis sprzed wojny. „Grupy herodów, czyli artystów wiejskich chodzących z przedstawieniem, konkurowały ze sobą. Były z różnych wiosek i różnie przebrane. Król Herod miał jednak zawsze złotą koronę z papieru, czerwony kubrak albo długą wzorzystą opończę i buty z cholewami. Śmierć z nieodłączną kosą paradowała w białej, luźnej szacie do ziemi, przypominającej habit, w papierowej, też białej infule i białej masce z wyszczerzonymi trupimi zębami. Biały, w długiej komży, był też anioł, z wielkimi sztywnymi skrzydłami przyczepionymi kunsztownie do pleców, w wianeczku i z długimi blond włosami. Był jeszcze rycerz z dzidą, w półpancerzu i butach z ostrogami, oraz najbardziej przerażający diabeł: w kożuszku odwróconym czarnym futrem do wierzchu, w czarnych obcisłych spodniach z dyndającym ogonem. Na głowie miał czarną płaską czapkę z rogami, a w rękach dzierżył widły. (...) Każda trupa herodów dostawała od Ojca pięciozłotową srebrną monetę. Była to na owe czasy duża suma. (...) Zdarzało się, że aktorzy byli lekko zawiani. Mama w takich wypadkach zabraniała Ojcu dawać im cokolwiek. Ale on wciskał wówczas po kryjomu monetę służącemu, który wręczał ją odchodzącym artystom przy bocznym kredensowym wyjściu”.
Na sylwestera i Nowy Rok
Na początku XX wieku sylwestrowy wieczór przypominał nieco wigilijny, chociaż nie był tak uroczysty. Różnił się niepostnym zestawem dań. Odmawiano modlitwę, składano sobie życzenia, a panny wróżyły z roztopionego wosku swą przyszłość. Na Pomorzu w ten wieczór obwiązywano słomą drzewka i zatykano w niej krzyżyki z ciasta na dobry urodzaj owoców. W innych regionach w tej samej intencji obsypywano się zbożem.
Jadwiga Żołtowska z Puttkamerów notuje: „10 I 1926. W Poznaniu obyczajem niemieckim obchodzono sylwestra i na placu Wolności zrobił się tumult o charakterze bolszewickim, przy czym wiele szyb stłuczono i okradziono magazyny. W Nowy Rok na tacy, na fortepianie stały przygotowane kieliszki i butelka starego dębczaku. Życzyliśmy sobie pospiesznie przed snem, szczęśliwego Nowego Roku. Pani Krasicka podeszła do mnie i powiedziała: Życzmy sobie, aby nasza granica wschodnia sięgała jak najdalej”.
W Polsce wygasł już zwyczaj przygotowywania na Nowy Rok pieczywa „nowego latka” — z figurkami ptaszków, krów, owiec, kur, wiewiórek ustawionymi w kręgu, robionego z ciasta składającego się wyłącznie z mąki zarobionej z wodą. Nie wypiekano go, lecz wrzucano do wrzątku, a na końcu zasuszano w piecu. „Nowe latka” przechowywano przez cały rok, wierząc, że zapewnią powodzenie i przyrastanie dobytku. A czy ktoś w tym dniu jeszcze pamięta o wróżbach na urodzaj i pogodę: „Gdy Nowy Rok pogodny, zbiór będzie dorodny” lub „Jaki Nowy Rok, taki cały ro?”. Na pomorskich wsiach powożący końmi „grali” szczególny koncert, trzaskając z batów przed dworem i domami bogatszych gospodarzy. Ów hałas wyrażał pierwotną ludzką potrzebę hałaśliwego zamknięcia starego i otwarcia nowego cyklu życia.
Pisze Helena Kutyłowska: „Przyjemnym urozmaiceniem Nowego Roku był zwyczaj składania życzeń przez służbę folwarczną. Furmani (stangreci) prowadzili swe ulubione konie, najczęściej przykryte kolorowymi chustami, z głowami przybranymi wiankami kolorowych kwiatów i barwnymi wstążkami wplecionymi przy tręzli na czubku głowy (...). Pastuch prowadził najczęściej młodą jałówkę, też ozdobioną kwiatami i wstążkami. Nawet dziewczęta przyprowadzały czasem indyka, gulgocącego niemiłosiernie z przerażenia. (...) Wszyscy ustawiali się przed gankiem, śpiewali okolicznościowe przyśpiewki i życzenia ułożone w krótkie wierszyki. Na zakończenie furmani strzelali na komendę z biczy. Potem ojciec dziękował i rozdawał zebranym prezenty w gotówce. (...).
Migdałowy król
W „szczodry wieczór”, poprzedzający święto Trzech Króli, kiedy to, według chrześcijańskiej tradycji, złożono dary Jezusowi, obdarowywano kolędników i dzieci szczodrakami — ciastem w różnych kształtach, nadziewanymi kapustą, serem lub, później, bakaliami. Pierwotnie wierzono, że ten dar zapewni urodzaj, później szczodraki stały się po prostu formą prezentu dla dzieci.
Święto Trzech Króli zamykało okres świąteczny. Istnieje do dziś zwyczaj wypisywania nad drzwiami święconą w tym dniu kredą inskrypcji K+M+B. Zwyczajowo uważa się, że to inicjały imion mędrców ze Wschodu, ale jest i taka interpretacja, że napis ten w tłumaczeniu z łaciny oznacza: „Niech Chrystus błogosławi to miejsce”.
W niektórych regionach Polski święto to było wzbogacone o zwyczaj wybierania migdałowego króla. Z. Morawski: „My jechaliśmy najpierw do kościoła, a po obiedzie uczestniczyliśmy w podniecającej loterii. Na stole w saloniku stawiano półmisek z tyloma kawałkami domowego piernika, ile było dzieci. W jednym z kawałków ukryty był migdał. Kto go znalazł, zostawał migdałowym królem i do wieczora paradował w złotej koronie wyjmowanej z kosza na strychu tylko na tę okazję. Choinkę rozbierało się po Trzech Królach — i życie wracało wówczas do swego codziennego, ściśle ustalonego biegu”. Bywało, że migdałowym królem mógł zostać również dorosły i wtedy miał zaszczyt rozpocząć pierwszy bal w karnawale.
Jeszcze przed chwilą
Przytoczone tu odpryski tamtej rzeczywistości, domu i świętowań zniszczyła wojna, a potem komunizm. Przejmujący szkic rozbitego świata wyszedł spod pióra Zofii z Radziwiłłów Skórzyńskiej: „Jest rok 1944. Nie ma już świecącej choinki w bibliotece, ani szopki i światła ukrytego za różową bibułką. Jest mokry śnieg pod nogami i błoto na parkowych ścieżkach. Pod płotem mogiły żołnierzy radzieckich. Na nich poukładane resztki naszych choinkowych zabawek, gwiazdki betlejemskie, łańcuchy z bibułki i szklane, kolorowe kule. Nadbite trochę lub świadomie potłuczone zdobią groby poległych na wojennym szlaku czerwonoarmiejców. Żałosne to i groteskowe trochę, ale prawdziwe. (...) Ale nic, nawet ta wielka wojna, nie potrafiło zatrzeć w pamięci wspomnienia mrocznej sichowskiej biblioteki, wielkiej słomianej szopki i dopalającej się na naszej sichowskiej choince świeczki. A jeszcze niedawno w Nowy Rok, pięć minut przed dwunastą przychodził do biblioteki najstarszy służący, Wincenty, w białej koszuli i czarnym świątecznym ubraniu, niosąc ostrożnie na wielkiej tacy poncz, kieliszki, górę chrustu i wielkich, gorących jeszcze pączków, z konfiturą róży w środku. Składano sobie życzenia i obowiązkowo »żeby w całej naszej Polsce było lepiej.« (...) Punktualnie o godzinie dwunastej zjawiali się też przed domem nasi stangreci i wszyscy fornale, żeby nam »na szczęście« potrzaskać z batów. Im dłuższe były i lepiej splecione, tym lepiej się z nich strzelało”.
Stary świat. Było... minęło. Szkoda.
