Dosłownie to rozporządzenie Parlamentu Europejskiego (PE) i Rady UE z 28 marca 2023 r., określające normy emisji dwutlenku węgla dla nowych samochodów osobowych i lekkich pojazdów użytkowych, zmieniające identycznie zatytułowane z 17 kwietnia 2019 r. Podaję precyzyjnie, o jaki dokument chodzi, ponieważ w środę zaszokowało mnie oznajmienie przez premiera Mateusza Morawieckiego dwukrotnie w jednym wystąpieniu – czyli nie było to przejęzyczenie – że ów akt to… dyrektywa! Różnica jest w uproszczeniu taka, jak w polskim systemie między rozporządzeniem a ustawą. Prawnego fejka rozgłosił prezes Rady Ministrów, który w różnych unijnych gmachach przecież schodził przysłowiowe buty.
Gigantyczna różnica między oboma rodzajami aktów polega na trybie wchodzenia ich w życie. Rozporządzenie samochodowe, które ukaże się w Dzienniku Urzędowym UE lada dzień, kończy się jak każde zapisami: „Niniejsze rozporządzenie wchodzi w życie 20. dnia po jego opublikowaniu. Niniejsze rozporządzenie wiąże w całości i jest bezpośrednio stosowane we wszystkich państwach członkowskich”. Właśnie to ostatnie zdanie, skopiowane wprost z traktatu, rozstrzyga o randze rozporządzeń i ich absolutnej wyższości nad prawem krajowym, również w tych państwach UE, których rządom treść się nie podoba. Zupełnie inaczej jest z dyrektywami, które ustalają termin, zwykle zapisywany w latach, przenoszenia ustaleń do systemów prawnych państw. To wielka ułomność z dwóch powodów – realnie nie ma żadnych sankcji za niedotrzymywanie terminów implementacji, a poza tym przepisy krajowe często uchwalane są w formie wypaczającej ratio legis dyrektyw. W historii przynależności Polski do UE zdarzały się błędy w obie strony – niektóre ustawy okazywały się bardziej gorliwe od dyrektyw, natomiast inne spłycone czy wręcz sprzeczne.
Akademickim przykładem jest traktowanie przez PiS obowiązku wdrożenia przepisów, na które czekają uczciwe media. Chodzi o wytwarzające – wśród nich oczywiście jest „Puls Biznesu” – informacje własne, na których darmowo żerują watahy medialnych szakali i hien, chodzi głównie o środowisko internetowe. Wciąż martwe w Polsce są dwie dyrektywy PE i Rady UE z 17 kwietnia 2019 r. w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym. Zarówno europosłowie, jak też rząd PiS byli im ostro przeciwni, rozpowszechniając fejki, że ograniczają wolność słowa. Tymczasem ich prawdziwym ratio legis jest ochrona własności intelektualnej przed bezkarnym, komercyjnym rabunkiem. Niestety, implementacji się nie doczekaliśmy i do końca obecnej kadencji nie doczekamy. Wdrożenie dyrektywy powinno nastąpić do 7 czerwca 2021 r. Faktem jest, że Komisja Europejska bardzo późno wydała wytyczne. Ale upłynęły kolejne dwa lata, tymczasem władcy z PiS podchodzą do obowiązku niczym diabeł do święconej wody. MKiDN niby stworzyło projekt nowelizacji ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, w 2022 r. poddany został nawet konsultacjom, ale panuje cisza. W planie legislacyjnym został zapisany termin przyjęcia wreszcie projektu przez Radę Ministrów – koniec pierwszego kwartału 2023 r., czyli… jutro. Bardzo niechciana ustawa na pewno nie jest dla PiS priorytetem w gorączce wyborczej. Na tym przykładzie wykazałem, czemu premierowi w kwestii spalin samochodowych zamarzyła się dyrektywa. Niestety, to twarde rozporządzenie, zatem UE wobec prób uników odezwie się – cytat podaję w wersji prawdziwej, nie przekłamanej – „takie sztuczki nie ze mną, Brunner”.

