Ministerialna koncepcja rozwoju Marynarki Wojennej do roku 2030 wciąż budzi wiele emocji w środowiskach wojskowych, politycznych oraz biznesowych. Gra toczy się o dużą stawkę, jako że MON każdego roku przeznaczałoby na zakup okrętów (m.in. obrony wybrzeża i podwodnych) prawie 900 mln zł. Od tego, gdzie te pieniądze zostaną ulokowane, zależy być albo nie być polskiego przemysłu okrętowego.
Z wojskowego punktu widzenia bezwzględnie najkorzystniejsza jest produkcja w kraju i stworzenie własnej bazy remontowej. Nie chodzi o sentymenty, po prostu uniezależnia to od czynników zewnętrznych i poprawia bezpieczeństwo państwa. Ale polski przemysł nie zbuduje i nie wyposaży w pełni tak skomplikowanych jednostek jak uniwersalne patrolowce czy okręty podwodne. Dlatego rozsądnym kompromisem byłaby współpraca z partnerem zagranicznym, ale tylko gwarantującym dostęp do nowoczesnego know-how. Właśnie takie rozwiązania w kontraktach zbrojeniowych są już światowym standardem.
JANUSZ WALCZAK
ekspert wojskowy, komandor porucznik rezerwy