Rynek telekomunikacyjny wciąż czeka na uwolnienie
Maciej Srebro, prezes Synergis, były szef mŁ
Szybkie zdefiniowanie przez Urząd Regulacji Telekomunikacji kilku podstawowych kwestii pozwoli odpowiedzieć na pytanie — czy mamy w Polsce do czynienia tylko z liberalizacją prawa czy z realnym zapewnieniem konkurencji na rynku telekomunikacyjnym. Nie ma natomiast wątpliwości, że tylko zapewnienie konkurencji ma istotne znaczenie z punktu widzenia klienta (obniżenie cen za usługi telekomunikacyjne) i gospodarki (rozwój infrastruktury telekomunikacyjnej jest na całym świecie podstawą wzrostu gospodarczego).
Uchwalenie nowego prawa w połowie 2000 roku odbyło się w atmosferze świętowania końca zmagań o wolny rynek w telekomunikacji. Niestety, z początkiem stycznia 2001 r. wolny rynek do polskiej telekomunikacji nie zawitał. Dlaczego? Spróbujmy krótko zdiagnozować obecną sytuację.
Monopolistą na rynku telefonii stacjonarnej nadal jest Telekomunikacja Polska, która dzisiaj staje się coraz bardziej firmą prywatną, a więc automatycznie instytucją coraz bardziej świadomą swoich celów biznesowych. Widać to bardzo wyraźnie chociażby na przykładzie uwolnienia rynku połączeń międzymiastowych. Przetarg na koncesje umożliwiające świadczenie usług long-distance został rozstrzygnięty na przełomie 1999 i 2000 roku. Koncesje zostały podpisane w maju 2000 roku. Teraz mamy marzec 2001 roku i nic nie zapowiada szybkiego uruchomienia konkurencji na rynku połączeń międzymiastowych.
Wynika to w dużej mierze z nieudolności regulatora, do końca 2000 roku był nim minister łączności, który nie potrafił zmusić TP SA do konstruktywnego współdziałania z operatorami long-distance. Warto w tym miejscu uświadomić sobie, że prawo materialne (nowa ustawa) nie jest samo w sobie gwarantem czegokolwiek, jeżeli nie jest ukonkretnione poprzez rozporządzenia wykonawcze i indywidualne decyzje administracyjne. One właśnie wypełniają prawo treścią i powodują, że funkcjonuje.
W tej sprawie także są poważne opóźnienia. Do dzisiaj minister łączności nie wydał rozporządzeń wykonawczych do ustawy — a powinno być ich już około trzydziestu — które pozwalałyby w pełni korzystać z uprawnień oraz egzekwować obowiązki zarówno przez organ regulacyjny, jak i uczestników rynku telekomunikacyjnego. Bez rozwiązania tych i wielu innych historycznych i praktycznych problemów mówienie o liberalizacji rynku czy „budowaniu społeczeństwa informacyjnego” jest zwyczajnym frazesem.