Rząd jest dużą korporacją

Tylko myśląc o sobie jak o firmie, zlikwidujemy „silosowość” ministerstw — mówi w programie „Fotel Prezesa” Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii

Pracę w administracji publicznej zaczęła w wieku 24 lat z wysokiego „C” — od razu po studiach w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego została radcą w kancelarii premiera, którym był wówczas Jerzy Buzek. Pracowała nad przygotowywanymi wówczas reformami — samorządową, edukacyjną, zdrowotną i emerytalną. O sobie mówi, że jest konserwatystką, i taka też jest przestrzeń, w której pracuje — jej gabinet jest urządzony skromnie, nie brak w nim pamiątek historycznych, a o tym, że dyskrecja jest jedną z cech pożądanych u ministra, przypomina dużych rozmiarów niszczarka do dokumentów tuż przy biurku. Z Jadwigą Emilewicz, ministrem przedsiębiorczości i technologii, w ramach cyklu „Fotel Prezesa” rozmawiamy o tym, czym się różni bycie politykiem od bycia menedżerem, a także o tym, o czym politycy nie lubią rozmawiać, czyli o wpadkach.

Wyświetl galerię [1/6]

Fot. Grzegorz Adamczyk

PB: Co jest najważniejsze w budowaniu pozycji szefa?

Jadwiga Emilewicz: Zawsze to powtarzam, wcale nie anegdotycznie, że minister jest służącym. I tak pojmuję swoją rolę — służebnie wobec tych, dla których pracuję, czyli dla obywateli Rzeczypospolitej i dla Polski.

Ma pani pod sobą prawie 800 pracowników, więc obok służby krajowi trzeba utrzymać jeszcze w ryzach działalność ministerstwa. Co jest kluczową kompetencją szefa?

Myślę, że kompetencje merytoryczne są bardzo ważne. Jeżeli szef dużo wie, to pozostali czują się zmobilizowani, żeby też wiedzieć dużo i umieć odpowiadać na pytania, które szef zadaje. Poza tym trzeba wiedzieć, dokąd się biegnie, i umieć stawiać sobie cele. W pracy polityka najważniejsze jest to, żeby jasno formułować cel i inspirować innych do biegu w jego stronę. Mówię nie tylko o swoim ministerstwie, ale o całym rządzie. Mamy charyzmatycznego przywódcę, jakim jest premier Morawiecki — on nam wyznacza cele, my jesteśmy jego oficerami łącznikowymi i mamy inspirować następnych, czyli dyrektorów, wicedyrektorów, a oni — swoich pracowników.

Czyli czuje się pani raczej menedżerem średniego szczebla, mając świadomość, że w innym gabinecie stoi fotel innego prezesa i zapadają tam ważniejsze decyzje…

Myślę, że tak, i tylko myśląc w ten sposób, będziemy w stanie zlikwidować „silosowość” ministerstw, czyli stan, w którym każdy się czuje w swoim resorcie jak w księstwie. Rząd to jest duża korporacja, składająca się z wielu dywizji, ale szefem tej korporacji jest premier i to on nas rozlicza z działań. Jest zresztą szefem, który daje dużą swobodę działania, co oznacza większą odpowiedzialność.

Czym się różni bycie politykiem od bycia menedżerem?

Największym wyzwaniem, przed którymi stoją politycy w Polsce, jest przywrócenie polityki na właściwe tory. Jak sprawić, by polityk nie był zawodem, który w hierarchii akceptacji społecznej jest na ostatnich miejscach. Mnie bliskie są ideały starożytnych filozofów, którzy mówili, że najlepszą formą ludzkiej aktywności jest polityka.

Nie kusi pani przejście do biznesu?

Dla mnie służba publiczna jest tak ciekawym zajęciem, że dziś o tym nie myślę. Przypomina mi się historia byłego kanclerza Niemiec, Gerharda Schrödera,

który bardzo szybko po przegranych przez SPD wyborach znalazł zatrudnienie w spółce [w Gazpromie — red.], z którą zresztą Polska ma dziś dosyć poważne problemy. Dla mnie to przekroczenie linii, której przekraczać się nie powinno, a na pewno nie zbyt szybko.

Zdarzyła się pani wpadka, która panią dużo nauczyła?

Trudne są momenty, kiedy jesteśmy święcie przekonani, że prowadzimy znakomity projekt, który służy tym, dla których go opracowujemy, a potem musimy się zderzać z często rozbieżnymi opiniami innych w tej sprawie i ucierać finalną wersję. Przykładem jest projekt „Mała działalność gospodarcza”, którego oczywiście nie traktuję jako wpadki, ale nad którym prace trwają już półtora roku. To trudny projekt, który wymagał wielu dyskusji — z jednej strony z organizacjami związkowymi, z drugiej — z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Była to dla mnie lekcja pokory i cierpliwości — wydawało mi się, że wszystko jest świetne i uda się szybko to wdrożyć. Tym większa jest satysfakcja, gdy takie przedsięwzięcie udaje się doprowadzić do końca.

Czy będąc politykiem wysokiego szczebla, trzeba zrezygnować z życia rodzinnego?

To nie jest praca przez osiem godzin dziennie, ale siedem dni w tygodniu 24 godziny na dobę. Dodatkowo jest to zajęcie, które bardzo angażuje intelektualnie i emocjonalnie. Jeżeli więc ma się rodzinę, to wybór ścieżki polityka jest w pewnym sensie decyzją rodzinną, bo konsekwencje ponoszą wszyscy. To trudne zobowiązanie, ale mam nadzieję, że ograniczone w czasie, i kiedyś będę mogła spłacić dług chłopcom i mężowi.

PulsBiznesu.tv

„Fotel Prezesa” to cykl programów wideo przedstawiających sylwetki kluczowych postaci w polskim biznesie. Rozmowy przeprowadzamy w ich naturalnym środowisku, czyli w przestrzeni, w której na co dzień pracują. Pokazujemy, jak wyglądają ich biura, gabinety, co mają w szufladzie biurka, jakie kolekcjonują pamiątki i obrazy, oraz oczywiście sprawdzamy, jak wygląda tytułowy fotel prezesa. Podczas nagrań prezesi oprowadzają widzów po swoim biurze, a także dzielą się przemyśleniami na temat filozofii zarządzania i przywództwa.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paweł Sołtys

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Polityka / Rząd jest dużą korporacją