Rząd poprawia po prezydencie

Fiskus zablokował wyższą kwotę wolną, NBP obniżył koszty pomocy frankowiczom, a teraz Mateusz Morawiecki zniechęci do obniżki wieku emerytalnego

— Mam świadomość obietnic, które złożyłem. One nie są trudne do wypełnienia. Nie słuchajcie, gdy się mówi, że nie da się w Polsce obniżyć wieku emerytalnego i podnieść kwoty wolnej, bo się budżet zawali. To bzdury — mówił tuż po wyborach prezydenckich Andrzej Duda.

RACHUNEK ZA PREZYDENTA: Realizacja obietnic wyborczych Andrzeja Dudy doprowadziłaby do problemów w finansach publicznych. Rząd szybko policzył, że budżetu nie stać na podwyżkę kwoty wolnej, a banków — na przewalutowanie kredytów frankowych. Teraz umacnia się pogląd, że gospodarka nie udźwignie prostej obniżki wieku emerytalnego.
Wyświetl galerię [1/2]

RACHUNEK ZA PREZYDENTA: Realizacja obietnic wyborczych Andrzeja Dudy doprowadziłaby do problemów w finansach publicznych. Rząd szybko policzył, że budżetu nie stać na podwyżkę kwoty wolnej, a banków — na przewalutowanie kredytów frankowych. Teraz umacnia się pogląd, że gospodarka nie udźwignie prostej obniżki wieku emerytalnego. Forum

Gdyby wszystkie pomysły głowy państwa weszły w życie jednocześnie, to tylko w pierwszym roku kosztowałyby finanse publiczne ponad 30 mld zł. To cena podniesienia kwoty wolnej w PIT do 8 tys. zł i odwrócenia reformy emerytalnej. Do rachunku prezydenta trzeba doliczyć też przewalutowanie kredytów frankowych, które nie dość, że kosztowałoby banki co najmniej 44 mld zł, to jeszcze solidnie uszczupliło wpływy z CIT.

Walka z kosztami

Dla rządu priorytetem jest program 500+, dlatego reszta obietnic trafiła na półkę. Paweł Szałamacha, były minister finansów, postawił weto podwyżce kwoty wolnej. Wyjście z frankowego pata znalazł Adam Glapiński, szef banku centralnego, i teraz na stole został jedynie projekt zwrotu spreadów, na który banki będą musiały wysupłać ok. 9 mld zł. Za rozbrajanie emerytalnej bomby wziął się natomiast właśnie wicepremier Mateusz Morawiecki. Z informacji „PB” wynika, że zlecił urzędnikom fiskusa przygotowanie pomysłów na ograniczenie kosztów prezydenckiego projektu i zniechęcenie ludzi do przechodzenia na emeryturę kobiet w wieku 60 lat i mężczyzn w wieku 65 lat.

Mocno po kieszeni dostaną zarabiający blisko średniej krajowej — zamiast ok. 30 proc. ostatniej pensji ZUS wypłaci im zaledwie minimalną emeryturę. W przypadku zarabiających dużo spadek emerytury przekroczy 40 proc.

— W rządzie wciąż panuje przekonanie, że wiek emerytalny musi być obniżony, ale jest też pewność, że nie stać nas na to w takim kształcie, jaki proponuje prezydent — mówi jeden z ministrów, chcący zachować anonimowość. Z wyliczeń ZUS wynika, że w pierwszym pełnym roku obniżki wieku emerytalnego deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych powiększy się o 9,5 mld zł. Ustawa ma wejść w życie od 1 października 2017 r., dlatego w przyszłym roku rachunek wyniesie ok. 2 mld zł.

— Wicepremier dostał już wyliczenia, o ile wejście w życie prezydenckich pomysłów uszczupli możliwości wydatkowe państwa — informuje nasz rozmówca z MF. Problemem jest też moment, w którym zmiany mają nastąpić. Rząd obawia się, że w czwartym kwartale mniej osób zdecyduje przejść na emeryturę.

— Pod koniec roku pracownicy dostają premie, różne dodatki świąteczne i dla wielu to może być powód do zwłoki. Wówczas koszty w 2018 r. będą jeszcze wyższe — mówi nasz rozmówca.

Wyjście z pata

Przy Świętokrzyskiej trwa więc burza mózgów. Z naszych informacji wynika, że może powrócić pomysł Pawła Szałamachy, który chciał połączenia obniżki wieku emerytalnego z wprowadzeniem minimalnego stażu pracy ubezpieczonego (35/40 lat). Kolejny pomysł, który cieszy się coraz większym uznaniem w rządzie, to jednorazowe przeliczenie emerytury po osiągnięciu uprawnień do świadczenia.

— To będzie realna zachęta do tego, żeby ludzie dłużej pracowali. Nie będzie możliwości wzięcia emerytury, pójścia do pracy i dokładania sobie jeszcze do świadczenia — mówił w wywiadzie dla „PB” Henryk Kowalczyk, szef Stałego Komitetu Rady Ministrów. Według naszych ustaleń, gorącym orędownikiem pomysłu jest też Mateusz Morawiecki, który chce stworzyć specjalny kalkulator emerytalny, żeby każdy mógł zobaczyć, jak wzrośnie jego świadczenie, jeśli dłużej pozostanie na rynku pracy. Takie rozwiązanie ma jednak słabe strony — naraża rząd na rozrost szarej strefy — ludzie będą dalej pracowali, tyle że na czarno. Możliwe jest również, że rząd zdecyduje się wydłużyć np. o 5 lat okres, który trzeba przepracować, żeby dostać minimalną emeryturę. Dzisiaj to 20 lat dla kobiet i 25 lat dla mężczyzn.

Polityczny problem

Wśród polityków PiS rośnie przekonanie, że obniżka wieku emerytalnego może doprowadzić do solidnego kryzysu w finansach i powrotu procedury nadmiernego deficytu. W 2019 r. deficyt FUS będzie już o ponad 15 mld zł głębszy, jeśli rząd dotrzyma prezydenckiej obietnicy. Niedawno wicepremier Jarosław Gowin sugerował, że emerytalne zmiany warto przesunąć na jesień 2018 r. — Jeśli zmiany wejdą w życie, może się zdarzyć, że będzie trzeba wybrać: program 500+ albo niższy wiek emerytalny — podkreśla nasz rozmówca z rządu.

Całkowita rezygnacja z pomysłu jest jednak niemożliwa, bo według PiS obok nowego świadczenia na dzieci to obietnica obniżki wieku emerytalnego była dla wyborców najważniejsza. Obecnie jednak nawet Jarosław Kaczyński coraz mocniej podkreśla, że na zaserwowanie całego wyborczego menu nas nie stać.

Podatki muszą wzrosnąć

EKSPERCI GRAPE UW: Joanna Tyrowicz, Marcin Bielecki i Krzysztof Makarski wzięli pod lupę prezydencki projekt. Sprawdzili, jakie będą jego skutki — nie tylko dla emerytów, ale też całej gospodarki. Szykuje się emerytalna katastrofa. Zdaniem ekonomistów, po odwróceniu reformy osób, które nie uzbierają na emeryturę minimalną, będzie ponaddwukrotnie więcej, niż gdyby wiek emerytalny miał rosnąć do 67. roku życia. Świadczenia wszystkich grup społecznych będą niższe. Najmniej stracą osoby, które były mało aktywne zawodowo, bo im państwo i tak będzie płaciło minimalne świadczenia finansowane z podatków. Mocno po kieszeni dostaną zarabiający blisko średniej krajowej — zamiast ok. 30 proc. ostatniej pensji ZUS wypłaci im zaledwie minimalną emeryturę. W przypadku zarabiających dużo spadek emerytury przekroczy 40 proc. Z wyliczeń ekspertów wynika, że sfinansowanie emerytur i ich waloryzacji może wymagać np. podwyżki VAT aż o 2 pkt. proc. Pomysły prezydenta podkopią też fundamenty gospodarki. Obniżenie wieku emerytalnego zmniejszy podaż pracy, przez co nad Wisłą będzie się wytwarzało mniej dóbr i usług. Z drugiej strony, wzrosnąć powinny dobrowolne oszczędności, ale nie w takim stopniu, żeby zrekompensować brak rąk do pracy. To zaś pociągnie w dół PKB per capita aż o 7 proc. w relacji do scenariusza, w którym wiek emerytalny stopniowo rośnie do 67 lat.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartek Godusławski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu