Pierwsze sześć miesięcy tego roku upłynęło w atmosferze obaw, czy przedsiębiorcy, gminy, samorządy i inne jednostki uprawnione do korzystania z funduszy unijnych podołają wyzwaniu, jakim jest 12,8 mld EUR. Tęgie głowy w ministerstwach i w Sejmie grzmiały, że to, czy Polska będzie w pierwszych dwóch latach płatnikiem brutto czy netto, zależy wyłącznie od beneficjentów pomocy unijnej. Od tego, czy zdołają przygotować odpowiednią pulę projektów na odpowiednim poziomie merytorycznym. Okazało się, że niedoceniani beneficjenci zdali egzamin na piątkę. Już teraz w niektórych programach wniosków jest zdecydowanie więcej niż pieniędzy. Czy w takiej sytuacji groźba niewykorzystania unijnych funduszy zniknęła jak zły sen? Niestety nie.
O to, żeby absorpcja funduszy unijnych nie przebiegała zbyt gładko, zadbali autorzy budżetu na rok 2005. Kwota, którą przeznaczyli na prefinansowanie, czyli zaliczki dla beneficjentów na poczet przyznanych dotacji, jest zdecydowanie niższa od potrzeb, wynikających ze złożonych dotychczas wniosków. Rozbieżności są drastycznie duże w przypadku programu Rozwój Zasobów Ludzkich, a zwłaszcza jego działania 2.3. Pierwsza runda aplikacyjna zakończyła się 2 listopada. Ocenę formalną przeszło 114 wniosków, których łączna kwota dofinansowania wynosi 300 mln zł. Na tym nie koniec — ocena nie zakończyła się jeszcze w województwie mazowieckim, gdzie złożono najwięcej projektów. Kwota 36 mln zł przeznaczona na ich prefinansowanie pokryje potrzeby zaledwie co dziesiątego projektu kwalifikującego się do wsparcia. A co z resztą?