Rządzącą ekipę ogarnia wyborcze rozwolnienie

Jacek Zalewski
16-09-2002, 00:00

Zgodnie z oczekiwaniami, samorządowa kampania wyborcza z każdym dniem wysypuje coraz bardziej egzotycznych kandydatów, którzy uznali, iż jedyną ich szansą jest roztoczenie przed elektoratem świetlanych perspektyw, mających pokrycie w finansach wirtualnych. Brednie ekonomiczne mają jednak różną wagę. Jeśli rozgłasza je kandydat na prezydenta miasta, nie mający najmniejszych szans nawet na drugą turę — ot, powiedzmy, Antoni Macierewicz w Warszawie i dziesiątki jemu podobnych — to należy traktować je z pobłażliwością. Natomiast gdy równie szkodliwe w dłuższym horyzoncie czasowym rozwiązania forsują ludzie władzy — czego przykładem są koncepcje wicepremiera Grzegorza W. Kołodki, decyzyjny paraliż ministra Wiesława Kaczmarka etc. — to powinna się tym zainteresować Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Panikę elit łatwiej zrozumieć w odniesieniu do wyborów parlamentarnych. Okazuje się jednak, że i samorządowy stół uznają one za tak dostatni, iż walczą o każdy skrawek obrusa. Półtora miesiąca przed wyborami można przyjąć, że na poziomie sejmików województw z grubsza powtórzony zostanie układ sił z Sejmu i Senatu. Ale niżej sytuacja SLD-UP oraz PSL wygląda gorzej, zupełnie źle zaś — w kilkudziesięciu miastach. Stratedzy SLD w rodzaju Krzysztofa Janika doskonale o tym wiedzieli, forsując pilotażowe wybory bezpośrednie wójtów (burmistrzów) tylko w gminach do 20 tys. mieszkańców. Jednak pod naciskiem opinii publicznej wycofali się z tego kunktatorstwa i teraz muszą stawić czoło rzeczywistości.

Nerwowość rządzącej ekipy staje się tym większa, że premier Leszek Miller — od początku kadencji tak dobrze wypadający w telewizji — poniósł w „Linii specjalnej” zaskakującą porażkę wynikiem 23 430 do 43 372! Przypomnijmy, że działo się to 11 września wieczorem — a zatem na nic zdało się całodzienne telewizyjne urabianie jedności polskiego społeczeństwa w obliczu wroga. Ekipa SLD jest zbyt inteligentna, by tak spektakularną klęskę skwitować zdawkowym „nic się nie stało, wiadomo, kto ma telefony i kto wysyła SMS-y...” — jak to czynili niektórzy inni polegli na polu chały. Po pierwszym szoku propagandowemu sztabowi zapaliło się czerwone światełko alertu piątego stopnia.

Tylko przedwyborczym amokiem da się racjonalnie wytłumaczyć brnięcie władzy centralnej i lokalnej w bagno papierowej inwestycji Vahapa Toya w Białej Podlaskiej. Solidarną odpowiedzialność za to hucpiarstwo ponosi miejscowy aktyw, nie wyobrażający sobie oddania prezydentury Białej Podlaskiej w obce ręce, oraz wpływowi posłowie wybrani w tamtejszym okręgu nr 7 — w szczególności liderzy list Lech Nikolski (SLD) i Franciszek Stefaniuk (PSL). Aż korci, żeby ich zapytać — są tak naiwni czy cyniczni, roztaczając przed naprawdę biednymi ludźmi w Białej miraże miejsc pracy?

O los 500 hektarów lasu raczej nie musimy się martwić, ponieważ projekt Turka sam się zawali pod ciężarem finansowej niemożności. Zresztą i sam Vahap Toy wkrótce się gorzko rozczaruje —- co oczywiście przyjmiemy bez żalu — gdy po 27 października (albo dopiero po 10 listopada, jeśli w Białej Podlaskiej odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich) dotychczasowi mocodawcy zwiną parasol i jako jednorazowo zużytego wyrzucą Turka na śmietnik.

Gangsterowi Benjaminowi „Bugsy” Siegelowi pomysł zbudowania Las Vegas przyszedł do głowy w czasie sikania przy szosie na pustyni Nevada. Ów zasłużony inwestor skończył z kulą w głowie dlatego, że nie zgadzała mu się kasa — o kilka milionów USD. Z tym musi się liczyć każdy, kto chce prać miliardy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Rządzącą ekipę ogarnia wyborcze rozwolnienie