Tylko w poniedziałek indeks Nasdaq Composte spadł o 4,3 proc. po tym, jak zakończył na minusie pięć poprzednich tygodni z rzędu. To najdłuższa taka spadkowa seria od niemal 10 lat. Od ustanowionego w listopadzie szczytu hossy Nasdaq stracił już przeszło 28 proc., co pozwala mówić o regularnej bessie. Ta w Ameryce jest umownie definiowana jako spadek indeksu o ponad 20 proc. od ostatniego szczytu. W ten sposób Nasdaq powrócił do stanu z listopada 2020 roku i z naddatkiem wymazał zeszłoroczne zyski.

Warto dodać, że z długoterminowego punktu widzenia to, co teraz obserwujemy, jest tylko lokalną korektą. Od covidowego dna z marca 2020 r. do listopadowego rekordu Nasdaq zyskał aż 145 proc., więcej niż potroił się w latach 2016-21 oraz przeszło dziesięciokrotnie zwiększył wartość względem dna bessy z lat 2008-09. Ma więc z czego spadać.
Jest gorzej, niż to wygląda
Patrząc na sam wykres nie widzimy jednak wszystkiego. Indeks Nasdaq Composite składa się z przeszło 3,7 tys. spółek. Mamy tam gigantów z kapitalizacją liczoną w bilionach dolarów, oraz giełdową drobnicę o wartości rynkowej rzędu kilku milionów dolarów. Tyle że 99 proc. notowanych na Nasdaqu spółek nie ma praktycznie żadnego wpływu na sam indeks. Za ponad 70 proc. wagi Nasdaq Composite odpowiada zaledwie siedmiu emitentów: Apple, Microsoft, Alphabet, Amazon, Tesla, Nvidia i Meta.
Walory technologicznych gigantów przez ostatnie 12 miesięcy radziły sobie lepiej niż rynek. W szczególności dotyczy to Apple’a (+21 proc. za ostatni rok), Microsoftu (+8 proc.) czy Nvidia (+19 proc.). Jednakże nie wszystkie big-tech spod szyldu FANG+ wypadły tak dobrze. Pod koniec kwietnia kapitalizacja Netfliksa spadła o 35 proc. w ciągu jednej sesji po tym, jak spółka pokazała pierwszy od ponad dziesięciu lat spadek liczby abonentów. Dwa miesiące wcześniej to samo spotkało właściciela Facebooka. Akcje Meta Platforms po publikacji rozczarowujących wyników kwartalnych jednego dnia przeceniono o 25 proc.

Tylko od początku roku kapitalizacja Mety spadła o ponad 41 proc., a Netfliksa aż o 71 proc. To katastrofalne wyniki dla inwestorów przyzwyczajonych do tego, że akcje technologicznych gigantów co roku zyskują kilkadziesiąt albo nawet kilkaset procent. Nie są to jednak największe giełdowe porażki amerykańskiego sektora technologicznego. Szczególnie mocno oberwało się modnym technologicznym start-upom, które niekoniecznie grzeszyły mocnymi wynikami finansowymi.
Rzeź jednorożców
W Stanach Zjednoczonych takie młode – i jeszcze niepubliczne spółki – o wartości rynkowej przekraczającej miliard dolarów nazywane są jednorożcami. W ostatnich latach całe tabuny jednorogów wgalopowały na nowojorskie parkiety. Dla ich nowych akcjonariuszy nie skończyło się to najlepiej.
Akcje pandemicznej gwiazdy – czyli spółki Zoom Video Communication - od szczytu z 2020 r. spadły o ponad 84 proc. Notowania Uber Technologies zanotowały zjazd o 65 proc. względem szczytu z wiosny 2021. Bardzo modne papiery Roku Inc. zanotowały przecenę o 82 proc. w niespełna rok. Inna popularna spółka internetowa – Spotify Technology – jest już notowana 75 proc. poniżej ubiegłorocznego szczytu. Kurs kryptowalutowego Coinbase od głośnego debiutu poszedł w dół o ponad 80 proc. Notowania równie popularnego wśród inwestorów Robinhood Markets zanurkowały o 89 proc. w nieco ponad rok.

Wymieniać można by długo, ale chyba najlepiej spojrzeć na wyniki całej stajni, do której zagoniono giełdowe jednorożce. Tak, chodzi o słynny na rynkach finansowych fundusz ARK Innovation ETF. Jeden udział w wehikule inwestującym w młode i innowacyjne spółki w szczycie nasdaqowej bańki wyceniany był na 156,58 USD, a więc przeszło czterokrotnie więcej niż podczas dołka w marcu 2020 r. Dziś - czyli raptem 10 miesięcy później - fundusz zarządzany przez Cathie Wood wyceniany jest po 41,86 USD za jednostkę. A więc z grubsza tyle samo, co dwa lata temu.

To właśnie ARK Innovation najlepiej oddaje skalę przeceny, jaka w ostatnich miesiącach zdewastowała wyceny modnych spółek technologicznych. Co interesujące, trajektoria notowań funduszu Cathie Wood do złudzenia przypomina drogę, jaką Nasdaq Composite pokonał w latach 1999-2001 podczas pęknięcia bańki internetowej.
Wycena jednak ma znaczenie
Starzy inwestorzy dobrze wiedzą, że od czasu do czasu moda i masowa wiara w przełomowe technologie wynosi wyceny niektórych spółek do absurdalnie wysokich poziomów. Kulminację takiego zjawiska obserwowaliśmy w sezonie 2020/21. Wiele „innowacyjnych” emitentów było przez rynek wycenianych nawet na kilkunastokrotność rocznych przychodów. Tak, przychodów, albowiem wiele z tych spółek w ogóle nie raportowało ani zysków, ani dodatnich przepływów pieniężnych.
Nikt się tym nie przejmował, dopóki sprzedaż wzrastała w dwucyfrowym tempie. Ale w ostatnich kwartałach niektóre amerykańskie spółki technologiczne zanotowały najniższą dynamikę przychodów w swojej historii. To sprawiło, że wiara inwestorów w nieskończony wzrost i osiągnięcie progu rentowności uleciały w powietrze. W efekcie powietrze uleciało z napompowanych poza granice absurdu wycen giełdowych ulubieńców. Teraz obserwujemy proces dostosowania wycen tych młodych biznesów do nowej rzeczywistości.
W ostatnich kwartałach niektóre amerykańskie spółki technologiczne zanotowały najniższą dynamikę przychodów w swojej historii. To sprawiło, że wiara inwestorów w nieskończony wzrost i osiągnięcie progu rentowności uleciały w powietrze.
Na to nałożyła się zmiana sytuacji makroekonomicznej. Najwyższa od 40 lat inflacja CPI w Stanach Zjednoczonych zmusiła konsumentów do przycięcia zbędnych wydatków. Wszakże bez subskrypcji tego czy innego serwisu da się żyć, ale rachunki za energię trzeba opłacić, auto zatankować, a dzieci nakarmić. A to właśnie paliwa, energia i żywność drożeją najszybciej. Galopująca inflacja zmusiła do reakcji Rezerwę Federalną, która zaczęła podnosić stopy procentowe, a od czerwca zacznie drenować płynność z rynków finansowych rozpoczynając ilościowe zacieśnienie (QT) polityki pieniężnej.
Przez poprzednie dwa lata Fed prowadził politykę sprowadzającą się do pompowania wycen aktywów finansowych i nieruchomości. Teraz zaczyna robić coś dokładnie przeciwnego: “odsącza” płynność z rynków finansowych, prowadząc do symultanicznej przeceny prawie wszystkich klas aktywów: akcji, obligacji, metali szlachetnych i kryptowalut. Ale najmocniej obrywa się hojnie wycenianym walorom tzw. spółek wzrostowych. Czyli takich, po których inwestorzy spodziewają się wysokich przepływów pieniężnych, ale dopiero w odległej perspektywie. W takich przypadkach wzrost stopy dyskontowej prowadzi do bardzo istotnej redukcji wyceny całego biznesu.
Podobno historia lubi się powtarzać. Postcovidowa pompka na Nasdaqu do złudzenia przypominała bańkę internetową sprzed 20 lat. Podobnie jak wtedy, także teraz była to kumulacja trwającej przez dekadę hossy. Wtedy w roli głównej wystąpiły spółki z „.com” w nazwie. Teraz były to gwiazdy „ekonomii współdzielenia”, serwisy społecznościowe czy wszelakie start-upy oferujące możliwość robienia czegoś bez wychodzenia z domu. Wiemy, że po dekadzie od dotcomowego krachu Internet faktycznie zrewolucjonizował nasze życie i pozwolił zbić fortuny licznym przedsiębiorcom. Być może teraz rynek potrzebuje kilku lat, aby ochłonąć i oddzielić ziarno od plew tak, jak to miało miejsce po roku 2000. Warto jednak pamiętać, że wielką nasdaqową hossę po roku 2009 napędzały już zupełnie inne spółki niż te, które grały pierwsze skrzypce pod koniec XX wieku.
