Wobec nietknięcia choćby przecinka, finalna wersja budżetu skierowana do prezydenckiego podpisu oraz opublikowania w Dzienniku Ustaw stała się zatem kopią pierwotnej sejmowej z 17 grudnia 2021 r. i nosi tamtą datę. Taka jest logika obiegu ustaw między izbami parlamentu, przyjęcie choćby najdrobniejszej senackiej poprawki zmieniłoby datę na 27 stycznia 2022 r. Projekt rządowy wpłynął 30 września 2021 r., zatem gdyby prezydent nie otrzymał ukończonej ustawy do 31 stycznia 2022 r. – konstytucyjnie mógłby rozważyć skrócenie kadencji parlamentu. W realiach III RP to groźba i tak jedynie teoretyczna, a już na pewno nie sięgnąłby po taką broń Andrzej Duda. Dotrwanie przy władzy za wszelką cenę do wyborów jesienią 2023 r. stało się przecież doktryną obozu PiS. Notabene obecni władcy nawet nie dopuszczają myśli o nieprzedłużeniu swoich rządów na trzecią już kadencję 2023-27.
Poprawki Senatu zostały odrzucone w 65 odrębnych głosowaniach i tego absolutnie nikt nie może podważyć. Ponieważ mecz toczy się między dwoma izbami, PiS nie waży się na grupowanie senackich poprawek w… jedno głosowanie. Natomiast w procedurze wewnątrzsejmowej PiS już niejeden raz pogwałciło regulamin izby, przy czym wyłącznym powodem bywa… długość procedury głosowań cząstkowych. Regulamin Sejmu w art. 50 nakazuje „głosowanie poprawek do poszczególnych artykułów, przy czym w pierwszej kolejności głosuje się poprawki, których przyjęcie lub odrzucenie rozstrzyga o innych poprawkach”. Standardem jest grupowanie nawet kilku poprawek, ale oczywiście powiązanych merytorycznie, dotyczących tego samego przepisu czy wątku. 17 grudnia 2021 r. władcy niepraworządnie załatwili jednak budżet 2022 w… trzy minuty, albowiem głosowanie uczciwe zajęłoby Sejmowi ze sześć godzin. Najpierw hurtowo przyjęto 14 poprawek PiS/rządu, a za chwilę również jednym kliknięciem odrzucono… 531 wniosków i poprawek opozycji. W obu głosowaniach zgrupowano wnioski/poprawki najróżniejsze, w zupełnie innych sprawach, ważne było wyłącznie ich autorstwo. Notabene w epoce tzw. dobrej zmiany już raz budżet został tak podeptany, na rok 2017, przy czym wtedy uchwalany był anormalnie w Sali Kolumnowej bez elektronicznego systemu liczenia głosowań i mogłoby się to rozciągnąć na… kilka dni. Tegoroczny był jednak procedowany zwyczajnie, system bezbłędnie funkcjonował.

Deficyt budżetowy uchwalony został jako nieprzekraczający 29,9 mld zł. Gdyby ta kwota została wyliczona uczciwie i całościowo, w odniesieniu do poziomu dochodów i wydatków nie byłoby wcale źle. Jest ona jednak całkowitą fikcją, podobnie jak utrzymanie w budżecie absurdalnego wskaźnika inflacji na 2022 r. – PiS ustawowo zapisało, że wyniesie on… 3,3 proc. Prawdziwych rozmiarów deficytu nie ogarnia chyba nawet Ministerstwo Finansów. Przecież cały program osłonowych tarcz antycovidowych został wyprowadzony poza konstytucyjny system finansów publicznych. Obok corocznych budżetów ustawowych dodrukowano w różnych funduszach już co najmniej 350 mld zł i ta skumulowana kwota systematycznie rośnie. Szokuje w zestawieniu choćby z wydatkami zapisanymi w ukończonej przez Sejm ustawie na 2022 r. – sięgają prawie 522 mld zł. Arytmetycznie pewną przesadą jest zatem teza, że bokiem idzie aż drugi budżet, ale ten z ustawy absolutnie nie zasługuje na miano „budżetu państwa”. Co najwyżej na określenie zapisane w tytule.