Bezpieczeństwo energetyczne jest jednym z deklarowanych priorytetów obecnej ekipy rządzącej. Łatwo to zrozumieć. Po objęciu władzy musiała zająć stanowisko wobec perspektywy budowy omijającego Polskę gazociągu północnego, a kilka tygodni później nastąpiło — krótkotrwałe na szczęście — przykręcenie kurków. W resorcie gospodarki powołano zespół, który analizuje możliwości budowy gazoportu i powrót do kontraktu norweskiego. Obie to koncepcje to jednak melodia dalekiej przyszłości. A gazu jest mniej już dzisiaj.
Do Polski przestał wczoraj docierać gaz środkowoazjatycki, podobne problemy wystąpiły także w zeszłym tygodniu. Minister gospodarki zapewnia, że sytuację analizuje powołany przy resorcie zespół i dodaje, że nie ma się czego obawiać, bo magazyny gazu są pełne, a poza tym jest ciepło. To prawda, ale zapasy kiedyś się wyczerpią i może zrobić się zimno. A problemów do rozwiązania jest tyle co rok temu, gdy obecna ekipa obejmowała władzę.
Nadal wiszą nad nami negocjacje z Gazpromem (od roku), który domaga się podwyżki cen gazu. PGNiG musi wynegocjować kontrakt z RusUkrEnergo na dostawy w przyszłym roku. O tej porze roku z reguły powinno się już dopinać ostatnie szczegóły kontraktu. Tym razem tak nie jest. Może dlatego, że PGNiG miała inne problemy — od wielu miesięcy trwały poszukiwania prezesa spółki. Ostatni prezes objął swój urząd nieco ponad tydzień temu. I miejmy nadzieję, że zagości na dłużej. Bo trudno zapewnić bezpieczeństwo energetyczne, skoro kolejne rundy negocjacji toczone są przy innym składzie zarządu. Oprócz wielkich wizji dywersyfikacji dostaw, warto by było mieć jeszcze koncepcję zarządzania spółkami paliwowymi na co dzień.