Samorząd terytorialny jakoś nie pokochał IV RP

Jacek Zalewski
opublikowano: 2006-11-14 00:00

Niedzielne wybory samorządowe zyskały w Polsce znaczenie niemal takie, jak niedawne połówkowe wybory kongresowe w Stanach Zjednoczonych. Obsadzanie władz gmin/miast, powiatów i województw realnie nie ma żadnego przełożenia na sytuację władzy centralnej, ale dla wszystkich pozostaje oczywiste, iż wybory lokalne stały się wielkim testem społecznej akceptowalności polityki braci Kaczyńskich. Sami do tego doprowadzili, stawiając tezę o konieczności przejęcia samorządu i wprzęgnięcia go do budowy IV Rzeczypospolitej. Poważyli się nawet na polityczne i propagandowe wykorzystanie do tego celu Narodowego Święta Niepodległości, w tym roku sprowadzonego do roli wigilii samorządowego głosowania.

Powyborcze puszenie się centralnego aktywu partyjnego przypomina reakcje po wylosowaniu jednolitych numerów list, kiedy partie prześcigają się w uzasadnianiu, czemu akurat ich numerek jest najlepszy. Dzisiaj wychodzi na to, że 12 listopada nie było przegranych, bo każdy gdzieś tam coś wywalczył. Chyba tylko Liga Polskich Rodzin wstydliwie położyła wyborcze uszy po sobie, zwłaszcza po samoośmieszeniu w stolicy. Największą nerwowość okazuje Prawo i Sprawiedliwość, albowiem okazało się, że wraża Platforma Obywatelska osiągnęła sukcesy nie tylko w wielkich miastach — co było wkalkulowane w logikę tych wyborów — ale również w sejmikach wojewódzkich. A właśnie o ten szczebel samorządu terytorialnego toczył się najcięższy bój, albowiem tam leżą finansowe konfitury — to sejmiki i zarządy województw będą głównymi konsumentami środków unijnych, zwłaszcza infrastrukturalnych. PiS całą nadzieję pokłada obecnie w zadziałaniu przepisów o grupowaniu (czyli blokowaniu) list, wstawionych do ordynacji w skandalicznym trybie — co wytknął Trybunał Konstytucyjny.

Największą belką w oku budowniczych IV Rzeczypospolitej pozostają niezależni i kompletnie niesterowalni partyjnie prezydenci wielu metropolii, z których część miała czelność wygrać miażdżąco już w pierwszej turze wyborów. Ich postawa lekceważenia kierowniczej roli partii obala teoretyczne zasady reformy państwa, z założenia wdrażanej pod dyktando siły przewodniej. Najśmieszniejsze w tym wszystkim były polityczne umizgi do silnych osobowości samorządowych, proponowanie im partyjnych parasoli ochronnych etc. Akademickim przykładem jest kazus prezydenta Wrocławia, któremu poświęcamy wektor powyżej — uzyskał „poparcie” i PiS, i PO, i nawet Solidarności, chociaż do niczego nie było mu to potrzebne.

Przed wyborami wspominałem, że dla mnie poligonem „przejmowania samorządu” będzie rozwój sytuacji w mojej macierzystej gminie tuż za rogatkami stolicy, liczącej do 20 tys. mieszkańców i wybierającej radę w piętnastu okręgach jednomandatowych — czyli zgodnie z ideałem, do którego dążą reformatorzy prawa wyborczego. Prawo i Sprawiedliwość uzyskało szczątkowe sukcesy, wprowadzając trzech młodych radnych, za to partyjny kandydat na burmistrza przepadł sromotnie — co potwierdzałoby, iż sam szyld budowniczego IV RP, noszony przez bezbarwną osobowość nic nie daje. Dotychczasowy burmistrz pozostanie, ale ponowny mandat zdobędzie dopiero w dogrywce za dwa tygodnie, za to prawdziwy impuls odnowicielski dotknął radę — społeczeństwo posłało w niebyt prawie wszystkich dotychczasowych radnych. Obywatelska miotła dokonała tej kadrowej czystki wcale nie pod hasłami abstrakcyjnej IV Rzeczypospolitej, lecz z nadzieją na zwyczajną ludzką przyzwoitość nowych, na ogół młodych, nieskażonych jeszcze bezprawiem radnych z różnych komitetów.