Sankcje wprost nie grożą, ale i tak zapłacimy

opublikowano: 31-08-2017, 22:00

Realnie procedura traktatowego art. 7 jest tak długa i zawiła, że… nierealizowalna.

W kalendarzu kończącej urlopy eurokracji 31 sierpnia to zwyczajny roboczy dzień, bez jakichkolwiek odniesień do polskich urodzin Solidarności. Nie jest postrzegany także jako wigilia 1 września, czyli rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Dlatego nadawanie czwartkowemu posiedzeniu komisji wolności obywatelskich Parlamentu Europejskiego (PE) w Brukseli jakiejś dodatkowej antypolskiej symboliki to niedorzeczność. Deputowani stanowiący zdecydowaną większość PE domagają się skonkretyzowania unijnych kroków przeciwko naszemu rządowi niezależnie od terminu.

Według PiS, Jean-Claude Juncker i Frans Timmermans zajmują się głównie knowaniami przeciwko naszemu rządowi.
Zobacz więcej

Według PiS, Jean-Claude Juncker i Frans Timmermans zajmują się głównie knowaniami przeciwko naszemu rządowi. FORUM

Wypada przypomnieć, że już 14 września 2016 r. PE przyjął rezolucję w sprawie zagrożeń dla stanu praworządności w Polsce. Zdecydowanym stosunkiem głosów 510:160, przy 29 wstrzymujących się i 52 nieobecnych — była to większość stanowiąca aż 67,9 proc. składu PE. Rezolucja w procedurze nielegislacyjnej sama w sobie znaczyła prawnie tyle, co nic. Ale zalecenia PE dla Komisji Europejskiej (KE), aby dążyła do uruchomienia art. 7 unijnego traktatu, który przewiduje wobec krnąbrnego państwa nawet sankcje polityczne i finansowe, nie można już lekceważyć. Realnie procedura jest jednak tak długa i zawiła, że… nierealizowalna. Zatem o bezpośrednie uderzenie po kieszeni możemy być spokojni.

Systematyczne stawianie rządu do kąta a to przez PE, a to KE ma jednak znaczenie nie tylko wizerunkowe. Radykalnie obniża, a nawet paraliżuje inicjatywne możliwości ekipy PiS. Całkowitą mrzonką jest np. idea przeforsowania jakichś zmian traktatowych, o których tak często wspomina prezes Jarosław Kaczyński. W znacznie krótszym horyzoncie czasowym konkretem bardzo ważnym dla polskiego biznesu jest natomiast słabnąca pozycja rządu w walce o odrzucenie nowelizacji dyrektywy o delegowaniu pracowników. Państwu wciąż besztanemu bardzo trudno zmontować mniejszość blokującą. Przypomnę, że w sprawie dyrektywy rozstrzygną obie izby legislacyjne — czyli PE oraz ministerialna Rada UE, w której reprezentowane są wszystkie państwa członkowskie.

Pozycja Polski naturalnie osłabła także w kwestiach finansowych. Nie chodzi jedynie o ciężką rozgrywkę o siedmiolatkę budżetową 2021–27, w której Polska obiektywnie, z powodu postępującego od wejścia do UE awansu cywilizacyjnego, dostanie znacznie mniej pieniędzy. Problem może stanąć na wokandzie znacznie wcześniej i będzie dotyczył końcówki obecnej perspektywy wieloletniej 2014–20, z którą wiążemy tak wielkie nadzieje inwestycyjne. Brytyjczycy w negocjacjach warunków brexitu kategorycznie podtrzymują zamiar płacenia składki netto jedynie do 31 marca 2019 r. A zatem w dwóch ostatnich budżetach obecnej siedmiolatki pojawi się niemała wyrwa. Przymusowe cięcia pójdą raczej nie w politykę rolną, lecz przede wszystkim w spójnościową, przed czym nie obroni naszej koperty rząd Beaty Szydło. I tak bardzo oczekiwane przez polską gospodarkę ożywienie inwestycyjne może polec na froncie walki z Brukselą dosłownie o wszystko.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Sankcje wprost nie grożą, ale i tak zapłacimy