Sankt Moritz Jakuba Benke

WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK
opublikowano: 2017-06-29 22:00
zaktualizowano: 2017-06-29 15:44

Na cel swoich wypraw szef linii lotniczych Jet Story najpierw patrzy z góry. Jako pilot dużo podróżuje prywatnie, a jeszcze więcej służbowo.

Panorama ośnieżonych gór widziana znad szczytów wciąga. Wysokie, ostre, majestatyczne Alpy. Nieskazitelny błękit nieba. W dole dolina z jeziorem i miasteczko jak z bajki. A tuż za nim maleńkie, najwyżej w Europie położone lotnisko, na którym lądują samoloty odrzutowe. Pas startowy wygląda z góry jak ślizgawka dla dzieci, chociaż jest odśnieżony i suchy. Wokół krystaliczna cisza gór, biel śniegu i słońce. W przewodnikach piszą, że jest tu 300 słonecznych dni w roku. A góry i miasteczko wyglądają pięknie przez cały rok. Dla mnie jako pilota to miejsce szczególne. Drugiego tak pięknego podejścia do lądowania nie ma chyba na świecie. Pas jest usytuowany w głębokiej alpejskiej dolinie i nie ma żadnego oprzyrządowania nawigacyjnego, więc ląduje się całkowicie ręcznie, mijając szczyty w odległości zaledwie kilkuset metrów. Nie przylatują tu jumbo jety. Nie ma połączeń rejsowych, przedłużających się odpraw, kontroli bezpieczeństwa. Bo nie jest to zwykłe lotnisko. Lądują na nim tylko samoloty „dyspozycyjne”, a ich pasażerowie podjeżdżają Rolls Roycem pod same schodki samolotu. Przywilej korzystania z prywatnych odrzutowców. Cicho, kameralnie, luksusowo. Takie jest Sankt Moritz.

Elitarnie, z dystansem. Lotnisko znajduje się cztery kilometry od najbliższego wyciągu narciarskiego. Do centrum miasta jest około siedmiu. W zasadzie wszędzie tu blisko. Architektura Sankt Moritz to pensjonaty, hotele, wille — wszystko śliczne i nieskazitelne jak w bombonierce z kolorowymi pralinkami. Sprawia to, że każdy spacer jest przeżyciem. Są małe, kameralne uliczki i dalsze przestrzenie do spacerów. Nie ma zaniedbanych miejsc, brudnego zaplecza, zaśmieconych podwórek. Ponieważ miasteczko położone jest na zboczach, różnice wysokości zabudowy dają dodatkowy efekt przestrzenny. Chociaż blisko, nie jest ciasno. A z okien widok na góry i jezioro. Nie ma tłoku — jest elitarnie. Urodę tego kurortu uszlachetnia bogactwo przyjeżdżających, którzy, jako elita, mają swoje wymagania. Wystawy sklepów z luksusowymi markami, galerie sztuki, salony z biżuterią, pięciogwiazdkowe hotele... Jak w większości takich kurortów zwykłych sklepów jest niedużo i są drogie. Turyści nie kupują bułki i serka na śniadanie, żywią się w restauracjach. Widać pieniądze, szczególnie po samochodach wartych często powyżej miliona złotych. Ludzie są dobrze ubrani. Okrzepli w bogactwie. Jak to się mówi: stare fortuny, rodowe majątki. Byłem w Sankt Moritz kilka razy, na szczęście udawało mi się znaleźć nocleg za rozsądną cenę. Oczywiście, za pieniądze, które tu trzeba wydać na hotel trzygwiazdkowy, w niektórych miejscach na świecie można wziąć najlepszy hotel w mieście. Ale to rzeczywiście miejsce dla ludzi bogatych, szczególnie przy dzisiejszym kursie szwajcarskiego franka.

Widok za milion. Sankt Moritz leży w dolinie Engadyny na wysokości około 1800 m n.p.m. i nad jeziorem o tej samej nazwie. Mikroklimat i prawie zawsze piękna pogoda to zasługa wysokiego położenia doliny. Jest jeszcze inna premia położenia — na okolicznych trasach narciarskich jeździ się powyżej linii drzew. Widoki zapierają dech. A szerokie trasy, na których także nie ma tłoku, dają możliwość jazdy szerokimi skrętami, w dowolnym tempie, komfortowo. Trzysta pięćdziesiąt kilometrów tras narciarskich na zboczach góry Corviglia czy lodowców Corvatsch i Diavolezza daje gwarancję, że każdy narciarz znajdzie odpowiedni dla siebie stok.

Corvatsch i Diavolezza są oświetlone nocą. Ze szczytu tej drugiej otwiera się widok na Piz Palu i Piz Bernina oraz słynny lodowiec Morteratsch (Morteratschgletscher). Widok za milion franków. Trasy są świetnie skomunikowane skibusami. Łatwo tu uprawiać narciarstwo. Wszystko odbywa się bezproblemowo, bez kolejek do wyciągu, tłoku na trasie i w miejscach widokowych, kameralnie... Tylko szaleć.

Z historii. Miasteczko i dolina najpierw były znane jako kurort letni. W 1864 r. Johannes Badrutt postawił tu swój pierwszy hotel. Szybko uznał, że okolica jest równie piękna zimą i ma gigantyczny potencjał. Postanowił przekonać do zimowych walorów Engadyny angielskich mieszczuchów. Ponoć założył się z czwórką Brytyjczyków, spędzających pod jego dachem letnie wakacje, że uda mu się ich przekonać do zimowych walorów Sankt Moritz. Zaprosił ich na Boże Narodzenie. Nie tylko opłacił im podróż z Londynu, ale też poinformował, że mogą zostać na jego koszt tak długo, jak zechcą. Przyjechali. I ulegli czarowi ośnieżonych stoków, urodzie doliny i słońcu.

Po Bożym Narodzeniu nie tylko nie odjechali, ale przyznali, że tak pięknych świąt nigdy nie mieli. I pokryli koszty pobytu. Johannes Badrutt zastosował metodę marketingową wykorzystywaną do dzisiaj — zadbał, żeby ludzie przyjechali i spróbowali, a resztę załatwiła alpejska przyroda, klimat i atmosfera pobytu w hotelu. W miasteczku jest wiele hoteli, większość luksusowych, niektóre z tradycjami i aurą przepychu. Najsłynniejszy to Badrutt’s Palace. Ogromny, z wieżycami, przypominający zamek górujący na zboczu. Niezmiennym elementem hotelowego anturażu są umundurowani odźwierni, z godnością wykonujący swoje obowiązki, oraz odwożące gości na lotnisko Rolls Royce’y z bagażnikami na narty z tyłu.

Sport w cenie. Sankt Moritz jest tradycyjną stolicą sportów zimowych. Już w 1880 r. odbyły się tu pierwsze w historii zawody Pucharu Świata (PŚ) w curlingu. Dwa lata później — pierwsze w historii Mistrzostwa Europy w łyżwiarstwie figurowym. Miasto dwukrotnie gościło Zimowe Igrzyska Olimpijskie (1928 r. i 1948 r.). Wielokrotnie mistrzostwa świata FIBT, organizowane przez Międzynarodową Federację Bobsleja i Toboganu (w Sankt Moritz mieści się słynny naturalny tor lodowy Cresta Run) i mistrzostwa świata w narciarstwie alpejskim oraz PŚ w narciarstwie alpejskim kobiet. Część imprez odbywa się na zamarzniętym jeziorze Sankt Moritz, m.in. wyścigi konne White Turf, zawody w polo na lodzie, pokazy samochodów Formuły 1. Sporty uprawia się tu jednak także latem. Wtedy ściągają do Sankt Moritz rowerzyści, biegacze i lekkoatleci.

Ludzie i obyczaje. W Sankt Moritz na stałe mieszka nieco ponad pięć tysięcy osób, z czego jedna trzecia to cudzoziemcy, często posiadacze dwóch paszportów: Włosi, Portugalczycy, Austriacy, Francuzi. Poza niemieckim w tych językach się tu mówi. Ale bez problemu można się porozumieć po angielsku. Turystów jest bardzo dużo, głównie obcokrajowców. Miasteczko może przyjąć nawet dwadzieścia tysięcy gości.

Szwajcarzy, którzy z natury są chłodni i zdystansowani, mieszkając tak blisko Włoch, są bardziej przystępni niż w Zurychu czy Genewie. Mam bardzo dobre doświadczenia z obsługą w hotelach i restauracjach, gdzie mili ludzie tworzyli świetną i stosunkowo swobodną atmosferę. Nie zmienia to tego, że w Sankt Moritz nie nawiązuje się łatwo kontaktów. Poza tym, że to Szwajcaria, to jeszcze bogaci turyści zachowują dystans, chronią swoją prywatność. Duże pieniądze nie sprzyjają luźnej atmosferze i fraternizacji. Jak we wszystkich takich drogich kurortach do nieznajomych podchodzi się z rezerwą. Średnia wieku jest tu wyższa niż w innych miejscowościach narciarskich. Nie widać młodzieży, nastolatków, których spotyka się w kurortach włoskich. I pewnie też dlatego życia wieczornego w Sankt Moritz w zasadzie nie widać. Nie dudnią kluby, nie słychać gwaru barów — raczej kolacja w restauracji, a później w zaciszu hotelowego baru szklaneczka czegoś równie dobrego, co drogiego. Albo gra w kasynie... 

Jakub Benke

Absolwent Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, szef linii lotniczych Jet Story, pilot odrzutowca biznesowego. Do 2012 r. prezes polskiego oddziału agencji marketingowej Starcom MediaVest. Wcześniej współorganizował warszawskie biuro domu mediowego Inititive Media i pracował w agencji reklamowej Lintas, gdzie odpowiadał za zakup i planowanie mediów dla Unilevera.