Amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd SEC przyjęła nowe zasady dla analityków spółek giełdowych. Specjaliści obawiają się, że to za mało, by raporty stały się rzetelne i uczciwe.
Amerykański SEC zatwierdził jednogłośnie zasady etyczne dla analityków giełdowych, które zaproponowała m.in. nowojorska giełda.
Zgodnie z przepisami, które będą wprowadzone w ciągu pół roku, banki inwestycyjne nie mogą m.in. jednocześnie wprowadzać na giełdę akcji spółki i rekomendować tych walorów.
Nowe przepisy mają spowodować, że na opinie analityków (pracowników banków inwestycyjnych) nie będą mieć wpływu powiązania badanych przez nich spółek z działami bankowości inwestycyjnej. Niedawno wyszło na jaw, że Henry Blodget, jeden z analityków Merrill Lynch, w oficjalnych raportach rekomendował akcje spółek, które w prywatnych komentarzach nazywał „piece of shit” (eufemistycznie: nic nie warte).
Działalność księgowych, audytorów oraz analityków giełdowych, czyli wszystkich osób, których pracy towarzyszy często konflikt interesów, trafiła pod lupę po upadku Enrona. Okazało się wtedy, że audytujący giganta energetycznego Andersen ukrywał problemy finansowe spółki, bo zarabiał świadcząc mu usługi konsultingowe.
Jednak część specjalistów skarży się, że nowe zasady to mydlenie oczu, a w rzeczywistości analitycy w ogóle nie powinni pracować dla firm, które są klientami ich macierzystych banków inwestycyjnych.
— Dopóki nie nastąpi całkowita separacja analityków i bankierów inwestycyjnych, żadna reforma nie pomoże — twierdzi Sarah Teslik, prezes Rady Inwestorów Instytucjonalnych (CII).