Indeksy mocno wzrosły, a DJIA ustanowił nowy rekord wszech czasów. Każdy uczestnik rynku musiał dojść do wniosku, że skoro kursy akcji w sektorze finansowym po takich ciosach rosną to już jest po korekcie. O takim właśnie efekcie pisałem kilka tygodni temu twierdząc, że uwierzę w koniec korekty wtedy, kiedy po informacjach o następnych kłopotach dużych instytucji finansowych indeksy będą rosły. Sytuacja byków jest znakomita. Panuje przekonanie, że Fed będzie obniżał stopy, co uchroni gospodarkę przed recesją, a straty spółek w sektorze finansowym są tylko wypadkiem przy pracy. Teraz każde złe dane będą interpretowane pozytywnie, dobre jeszcze bardziej ucieszą, a słabe wyniki spółek będą lekceważone. I tyle na temat rynków.
Kilka zdań muszę napisać o rozmowie („Niezbędnik inteligenta" dodatek do „Polityki" z 29.09), która Jacek Żakowski przeprowadził z Robertem B.Reichem (profesor ekonomii, politolog, pracował w kilku administracjach waszyngtońskich). Tytuł brzmi zachęcająco: „Kapitalizm niszczy demokrację". Już widzę, jak po przeczytaniu tego zdania wielu Czytelników o neoliberalnych przekonaniach zaczyna kląć i zbiera się nawet do napisania kilku niemiłych słów. Zapraszam, ale jednak zanim coś Państwo napiszecie, przeczytajcie ten wywiad. Nie ukrywam, że jego główne tezy są bardzo bliskie mojemu sercu. Prezydent Dwight Eisenhower w pożegnalnym orędziu do narodu w styczniu 1961 r. ostrzegł przed kompleksem wojskowo-przemysłowym, który rządzi Stanami i zastępuje demokrację. Od tego czasu upłynęło ponad 40 lat i nic strasznego się nie stało. Ja jednak od kilku lat twierdzę, że ostrzeżenie Eisenhowera trzeba zmodyfikować. Według mnie rządzi i zastępuje demokrację kompleks finansowo-medialny. To efektowne stwierdzenie, ale jeśli spojrzy się na media, coraz potężniejsze po trwającą od 20 lat deregulacji i konsolidacji, to można po prostu powiedzieć, że zamiast demokracji mamy rządy sektora finansowego (zwanego dalej Sektorem).
Jeśli obserwuje się dokładnie zachowanie rynków finansowych i działalność mediów to widać, że instytucje wybieralne mają coraz mniejsze znaczenie. A nawet jeśli je mają to bardzo często są pod przemożnym wpływem Sektora. Widać to było ostatnio doskonale wtedy, kiedy FOMC pod dyktandu rynków obniżał gwałtownie stopy procentowe. Reich mówi między innymi o tym, że co prawda biznes zawsze wywierał presję na Kongres i administrację, ale na początku lat 70., lobbystów było kilkuset i spotykali się z członkami administracji czy kongresmanami w barach przekąskowych. Zarobki lobbystów były niewielkie. Teraz w Waszyngtonie pracuje 60 tysięcy lobbystów zarabiających miliony dolarów, miejsce barów przekąskowych zajęły piekielnie drogie restauracje. W latach 70., co trzydziesty emerytowany kongresman zajmował się lobbingiem, teraz co trzeci... Przypominam, że Barack Obama, jeden z kandydatów na prezydenta USA, twierdzi, że instytucje kredytowe wydały 185 milionów dolarów na działania lobbingowe mające na celu storpedowanie prób uregulowania ich działalności. Wiemy już czym to się skończyło (chociaż do końca według mnie jeszcze daleko). Dla nas taki stan jest (jeszcze) nie do zrozumienia, a prekursor lobbingu w amerykańskim stylu trafił w 2005 roku do więzienia. My jednak bardzo lubimy USA, więc pewnie pójdziemy też w kierunku ich rozwiązań. Pozostaje zadać sobie pytanie: czy potrzeby społeczeństwa mają szansę wygrać z presją olbrzymich pieniędzy? To według mnie jest retoryczne pytanie.
Z pewnością znajdą się Czytelnicy twierdzący, że to, co dobre dla świata finansów jest dobre również dla społeczeństwa, ale ja mam na ten temat inne zdanie. O tym też mówi w omawianym wywiadzie Robert B.Reich. Zwraca ona uwagę na przykład na to, że w USA przeciętny inwestor piętnaście lat temu sprzedawał akcje po mniej więcej dwóch latach, pięć lat temu po roku, a rok temu po sześciu miesiącach. Ludzie chcą coraz szybciej i więcej zarabiać i bez wahania sprzedają akcje firm, które nie przynoszą szybkich zysków. Zarządy poddane są presji na osiągnięcie przyrostu zysku w bardzo krótkim terminie. Prezesi wiedzą, że jeśli tego zadania nie zrealizują to ceny akcji będą spadały, a ich los będzie przesądzony, bo akcjonariusze szybko ich zwolnią. Presja na szybkie zyski musi prowadzić, do zaniedbywania programów wieloletniego rozwoju spółki (nie zawsze to, co dobre w krótkim terminie dla zysku będzie dobre w długim), do obniżania kosztów pracy, zmniejszania zatrudnienia i sięgania po coraz tańsze źródła zaopatrzenia. W naturalny sposób powoduje to eksport miejsc pracy do krajów rozwijających się, obniżenie płacy realnej w dużej części społeczeństwa, niepewność zatrudnienia i rozbicie harmonii społecznej.
Skoro zarządy firm muszą dążyć tylko i wyłącznie do wypracowania szybkiego i dużego zysku to czy zatrudniając lobbystów będą się przejmowali potrzebami wyborców? Oczywiście, że nie będą. Jeśli wiec zgadzamy się z twierdzeniem o olbrzymim wpływie mediów i świata finansów na gospodarkę i politykę to jak możemy wierzyć, że wrzucenie kartki do urny wyborczej zapewni życie w prawdziwej demokracji? Uważam, i zgadzam się w tym z Rechem, że wpływ Sektora na politykę powinien zostać ograniczony. Kongresy, sejmy, generalnie parlamenty powinny kreować korzystne dla społeczeństwa ramy, w których będzie się poruszał biznes. Wydaje się, że powrót do źródeł jest utopią, ale Reich podaje kilka prostych regulacji, których wprowadzenie znacznie ograniczyłoby wpływ sektora na ciała przedstawicielskie. I nie są to działania represyjne podejmowane u nas w celu zwalczania mitycznego Układu. To jednak już zupełnie inny temat. Dopóki rządzić będą neoliberałowie (oni nadal rządzą, mimo że pewnie oburzyliby się, gdyby ich tak nazwać) to o takich regulacjach można tylko pomarzyć przyglądając się jak demokracja wypierana jest przez rządy Sektora.
