Się pompuje, się jeździ, się zarabia

Rafał Kerger
09-01-2009, 08:26

Narciarzy w polskich górach przywitał w tym sezonie XXI wiek. Dzięki prywatnym inwestycjom.

Dupa zbita. Tak Marcin, znany autorowi dyrektor marketingu, krótko podsumował w ubiegłym roku eskapady w polskie góry. Próbował śmigać na jednej desce, żona miała się nauczyć. Niewiele z tego wyszło. Bo zima nie ta, bo kolejki do niewygodnych orczyków, bo lód na stoku i przez to mocniej niż przeciętnie zbite cztery litery małżonki.

Dupa zbita — powtarzali też w ostatniej dekadzie niemal co rok właściciele i zarządcy polskich ośrodków narciarskich na myśl o marnych groszach, które zarobili.

W tym roku jest inaczej. Za sprawą pasji prywatnych właścicieli stoków i tras oraz wielomilionowych inwestycji polskie góry w końcu doszusowały do XXI w. Zaskoczenie tym większe, że koniec wielu inwestycji w ośrodki narciarskie trafił na porządną zimę i na najdłuższe święta w Europie. I ma szansę szybciej się zwrócić.

Wisła kwitnie

Soszów. Wisła-Jawornik. Wegart Warszawa, katowicka firma na co dzień organizująca imprezy estradowe, m.in. koncerty Budki Suflera, przed tą zimą wyłożyła 10 mln zł na nowe czteroosobowe krzesła, które wożą narciarzy na szczyt trasy. Stoki Soszowa prezentują się porządnie. Są oświetlone, dośnieżone. Jeździć można nawet późnym wieczorem.

Waldemar Wiewióra, wiceprezes i współwłaściciel Wegartu, mówi, że — patrząc na tłumy pod wyciągiem w święta — ma nadzieję, że przyszedł czas na odcinanie kuponów od tej inwestycji.

— Jeszcze chcemy postawić zjazd dla bobslejów i koniec. Od kiedy przejęliśmy ten zdewastowany ośrodek w 1999 r., sam nie wiem, ile tu wpompowaliśmy. Ze 30 mln zł chyba. A wcale nie chcieliśmy mieć stoku — uśmiecha się.

Pochodzący spod Jasła biznesmen, który swoje życie związał ze Śląskiem, planował ze wspólnikami kupić w Wiśle pensjonat dla pracowników. Okazyjna cena oraz determinacja sprzedającego sprawiły, że padło na górę. Nomen omen, dziś świetnie położoną. Rzut beretem są dwa ekskluzywne hotele (Gołębiewski oraz Stok z własną trasą, ale trudną i jedynie z orczykiem).

— Myślę, że w Wiśle ogólnie nie mamy się już czego wstydzić. Tej zimy widać, że nasze góry wcale nie są takie najgorsze. Do tego Soszów to po moim kolejny wyciąg krzesełkowy w mieście. A jest jeszcze Czantoria w pobliskim Ustroniu — mówi Witold Pruski, właściciel ośrodka Stożek w Wiśle-Łabajowie, również oświetlonego i naśnieżanego.

Rozmawiamy przez telefon komórkowy. Pruski jedzie na własnym wyciągu. Na kolejce ma zasięg. Pod — nie.

— Jestem z Wrocławia. W latach 80. byłem trenerem narciarstwa alpejskiego w Szklarskiej Porębie. Potem przeprowadziłem się do Wisły. Ośrodek prowadzę od 19 lat. Krzesło używane kupiłem, nie nowe, jak na Soszowie. Oni cztery lata przymierzali się do inwestycji. Chciałem szybciej i taniej — co rusz Pruski podnosi głos, by było słychać.

Jaworzyna na sprzedaż

Prywatnych właścicieli polskich stacji narciarskich nie da się wrzucić do jednego worka. Jedni znaleźli się w tym biznesie przypadkiem, inni z nadania. Dla innych jeszcze jest to sposób na życie. Większość jednak to zazwyczaj zapaleni miłośnicy białego szaleństwa. Lub szaleństwa w ogóle. Tak jak Krzysztof Brzeski, specjalista od karkołomnych interesów.

Frycek, Płatek, Toczek, Fiedor. Nazwiska górali, byłych właścicieli pól na górze dzielącej Wierchomlę i Muszynę, pozostają w pamięci turystów, narciarzy i wszystkich odwiedzających największą stację narciarską Sądecczyzny. Frycek, Płatek, Toczek, Fiedor — to dziś nazwy tutejszych wyciągów. Niemal cała góra należy do cepra Krzysztofa Brzeskiego — z krwi i kości homo varsoviensis, z robotniczej Woli. Biznesmena i dewelopera, którego spółkę wraz z archidiecezją warszawską mocno piętnowała antyklerykalna prasa.

Brzeski po połowie z Kościołem za 24 mln dol. wybudował w najściślejszym centrum stolicy, przy ul. Nowogrodzkiej, Roma Office Center.

Dziś mówi, że w stacji Dwie Doliny Wierchomla-Muszyna w święta było full. Ośrodek na Sądecczyźnie tylko 27 grudnia odwiedziło 8 tys. narciarzy.

— W hotelu też mieliśmy full. Gdy sobie wspomnę, co tu było, jak pierwszy raz tu przyjechałem — wieś, 30 numerów, asfaltu w większości nie stwierdzono — czasami łapię się za głowę — opowiada Brzeski.

Inwestycja połączenia Muszyny i Wierchomli wyciągami kosztowała 60 mln zł. 13 mln zł do rozbudowy infrastruktury dołożyła Unia Europejska.

Urwanie głowy ma też ostatnio Jan Łuszczewski, prezes znajdującej się po sąsiedzku z Wierchomlą — Kolei Gondolowej Jaworzyna Krynicka. I nie tylko dlatego, że pod nową koleją za 10 mln zł ustawiają się tej zimy tłumy narciarzy i snowboardzistów.

PZU Życie i PKO — właściciele popularnej w kraju i za granicą stacji narciarskiej i symbolu Krynicy — chcą ją sprzedać. Jest aż siedmiu chętnych na ośrodek.

— Właśnie dostałem faks, że trzeba będzie kupców oprowadzić — zaznacza Łuszczewski.

Podhale się rozrasta

Nowych inwestycji nie brakuje również w najbardziej tradycyjnych ośrodkach narciarskich w kraju. Na Podhalu właściciele Witowa Ski za 20 mln  euro chcą wspólnie z basenami Meander Park w słowackich Orawicach wybudować pierwszą na Podhalu kolejkę transgraniczną.

Właściciele Kotelnicy w Białce Tatrzańskiej już udowodnili, że w polskie Tatry na narty nie trzeba jechać tylko do Zakopanego. Zyskowność Kotelnicy Białczańskiej, której prezesuje Tomasz Paturej, obrosła legendą — ponoć potrafią zebrać nawet 500 tys. zł w jeden weekend.

Najciekawsze były początki tej inwestycji. Bardzo długo trwało podpisywanie umów z właścicielami gruntów pod stacją. Długo, bo część mieszkańców Białki wyemigrowała przecież za "wielką wodę". Sołtys wsi odwiedził więc Chicago i załatwił co trzeba.

Szczyrk się zbiera

Gorzej niż na Podhalu wciąż jest w Szczyrku, ale nawet w zaniedbanym ośrodku coś się tej zimy ruszyło i turyści przyjechali — w takiej liczbie, jakiej nie widziano pod Bielskiem od lat.

Spowodowało to uruchomienie bez problemów — po raz pierwszy od kilku sezonów — tak zwanych wyciągów górniczych, czyli ośrodka Czyrna-Solisko, który jest największym w Polsce (13 wyciągów i 22 km tras). Przez lata trwał konflikt Gliwickiej Agencji Turystycznej, do której należy ośrodek, z właścicielami gruntów. GAT wydzierżawił im w końcu stacje.

— Szczyrk czeka najwięcej pracy. Chcą jednak odrabiać zaległości. Myślą o zastąpieniu orczyków krzesłami. Ale to potrwa co najmniej kilka lat. Bo — z inwestycjami w wyciągi — nie jest łatwo. W drogę wchodzą ekolodzy i administracja — podsumowuje Witold Pruski.

On zarabia, my jeździmy

— Z pewnością zima pełna śniegu i mrozu ułatwia zadanie wszystkim związanym z turystyką narciarską — mówi Stanisław Sordyl, właściciel Ośrodka Konferencyjno-Wypoczynkowego Kocierz w Andrychowie.

Przypadek biznesmena z Andrychowa najdobitniej pokazuje, w czym tkwią przyczyny tego, że w polskie góry wraca moda na narciarstwo i snowboard.

Do organizacji stacji narciarskich zabrali się ludzie, którzy potrafią i chcą na tym zarabiać. I to procentuje. Dobrze przygotowane trasy i nowoczesne wyciągi mają prawo bytu tylko wtedy, gdy ośrodek na siebie zarabia. A Sordyl potrafi zarabiać na narciarzach, mimo że w okolicy próżno szukać takich warunków i bazy noclegowej jak w Zakopanem, Białce, Wiśle, Szczyrku czy w Krynicy.

— Nasze oświetlone wyciągi narciarskie są magnesem, który przyciąga. Ale zarabia też hotel z 90 pokojami, karczma, sala balowa, klub nocny K2 oraz oddane pod koniec 2007 r. spa i kryty basen oraz korty tenisowe. Chcemy mieć park linowy i odkryte lodowisko. W tym roku planujemy uruchomienie ekologicznego aqua parku — zapowiada Stanisław Sordyl.

Zapowiada i zarabia. A my w cywilizowanych warunkach jeździmy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rafał Kerger

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Się pompuje, się jeździ, się zarabia