Skąpstwo wabi

Przemek Barankiewicz
opublikowano: 2004-06-11 00:00

Rządowa strategia „Agenda Warsaw City 2010” ma uczynić z naszej stolicy regionalne centrum kapitałowe. Plan ambitny, lecz droga daleka.

Edynburg, 5-krotnie mniejszy od Warszawy, jest dziś szósty wśród największych centrów europejskiej finansjery. Edynburgowi udaje się to bez giełdy. Słychać wprawdzie głosy, że warto reaktywować Scottish Stock Exchange, ale zwolenników takiego pomysłu jest mniej więcej tylu, ilu chętnych do niepodległości Szkocji.

— Zamiast rozwijać giełdę regionalną, warto postawić na mniejsze i mniej regulowane rynki. Bo właśnie one dają szansę rozwoju najmniejszych przedsiębiorstw pod publicznym nadzorem — uważa Bryan Johnston, dyrektor firmy brokerskiej Bell Lawrie White.

Szkoci muszą stawiać na sektor małych i średnich przedsiębiorstw, bo — na razie — ich gospodarka jest bardzo skoncentrowana. 70 proc. wartości dodanej tworzą sektory paliwowy i — bardziej perspektywiczny — finansowy, zatrudniający 200 tys. osób: 10 proc. szkockiej siły roboczej.

— Mamy szczęście. Przemawia za nimi historia i język angielski — tłumaczy David Chalmers ze Scottish Financial Enterprise, prywatnej organizacji, wspierającej rozwój sektora usług finansowych.

Siedziby to grunt

Właśnie historia sprawia, że Ro- yal Bank of Scotland i Halifax Bank of Scotland (drugi i szósty bank Europy pod względem kapitalizacji), ciągle mają siedziby w Edynburgu. To samo dotyczy Standard Life, największego funduszu powierniczego świata. Szkoci już dawno odkryli, że rynek kapitałowy rozwija się tam, gdzie mieszczą się siedziby potentatów branży.

— Firmy rzadko zmieniają siedziby. Do Edynburga ściągnął nas zatem bogaty i perspektywiczny krąg potencjalnych klientów. Poza tym Amerykanie nie lubią uczyć się obcych języków — wyjaśnia John Corcoran, dyrektor zarządzający State Street.

Jego firma to nr 1 w kompleksowej obsłudze funduszy inwestycyjnych. Właśnie outsourcing stał się źródłem finansowego sukcesu Szkocji. Oddalone o godzinę jazdy Glasgow, niegdyś moloch przemysłowy, dziś jest największym skupiskiem call center na świecie; klienci mogą porozmawiać w 20 językach.

Szkoci są jednak świadomi, że równie biegli w językach są dziś Hindusi i mieszkańcy Europy Środkowej. Na dodatek nowi rywale mają nad nimi taką samą przewagę, jaką Glasgow i Edynburg mają nad Londynem — niższe koszty.

Ludzie na zamówienie

— Nie wygramy z wami kosztami, ale możemy konkurować lepszymi kwalifikacjami pracowników. I pamiętajcie — kapitał przyciągnięty wyłącznie z powodu tańszej siły roboczej może zniknąć równie szybko, jak się pojawił — ostrzega Jon Moore ze Scottish Enterprise (pomógł w przyciągnięciu do Szkocji 11 wielkich instytucji finansowych od 2001 r., w tym amerykańskich banków Morgan Stanley i JP Morgan).

Wśród konkurentów dla Glasgow i Edynburga wymienił Pragę i Budapeszt. Warszawę pominął, bo ma słabiej rozwinięty transport i jako miasto oferuje mniej atrakcji...

Szkoci stawiają na wykształcenie. Wchodzące na rynek instytucje z wyprzedzeniem sygnalizują licznym w okolicy uniwersytetom, jakie kwalifikacje im się przydadzą. JP Morgan potrzebował programistów języka Java — i dziś zatrudnia kilkuset z nich w Glasgow. Ważna jest też infrastruktura — i to bynajmniej nie technologiczna.

— Taką można rozwinąć nawet na pustyni. Liczy się transport. Największe lotniska w Szkocji są oddalone od centrum miast o kwadrans. Robimy wszystko, by drogowe połączenie Glasgow z Edynburgiem było jak najmniej uciążliwe. Wykwalifikowani pracownicy nie mogą przecież marnować życia w korkach. Liczy się też czystość, bo żaden bankier nie powróci do miasta, w którym chodniki tarasują pudełka po pizzy i puszki po piwie. To z kolei zadanie dla władz lokalnych — wylicza Fraser Galbraith, zachęcający także Polaków do wynajęcia biura w International Financial Services District (IFSD).

IFSD to olbrzymi projekt deweloperski o wartości 600 mln funtów. Cena powierzchni jest dla nas szokująca — około 1600 zł miesięcznie za metr kwadratowy. Większość biurowców ciągle stoi pusta, bo Szkoci nie oszczędzają na jednym — nieruchomościach, na które boom trwa nieprzerwanie od kilkunastu lat.

Oszczędny = atrakcyjny

Potomkowie Waltera Scotta i Adama Smitha sami nie zaprzeczają, że są skąpi. Anglicy liczą na ich finansową roztropność i ochoczo powierzają swe aktywa szkockim zarządzającym, kontrolującym już kapitał rzędu 330 mld funtów. Tym samym Edynburg jest szósty na liście europejskich centrów tej branży — za Frankfurtem, a przed Mediolanem.

Właśnie Martin Currie, jeden z czołowych zarządzających aktywami, przyciągnął do stolicy Szkocji Dariusza Śliwińskiego. Dyrektor odpowiedzialny za inwestycje na rynkach wschodzących spotkał w Edynburgu wielu rodaków, potomków żołnierzy z dywizji generała Maczka. Patriotyzm nie skłania go jednak do zakupów polskich papierów.

GPW jest za mało płynna, dlatego lokujemy tam nie więcej niż 1 proc. funduszy. To mniej niż w skromniejszym Budapeszcie — wyjaśnia.

Warszawa kojarzy mu się z zagonionymi i nerwowymi ludźmi. W Edynburgu jest dużo spokojniej, a o 18.00 rzadko trafi się w centrum ktoś „pod krawatem”. Atmosfery miasta, jednego z głównych powodów sukcesu Edynburga, niestety nie sposób przenieść na polski grunt...