Skituring Aleksandra Drzewieckiego

22-02-2018, 22:00

Czemu chodzę po górach na nartach? W zasadzie nie po to, żeby zdobywać szczyty. Interesuje mnie wchodzenie i zjazd, podążanie przed siebie w krystalicznym górskim powietrzu, pięknym krajobrazie, daleko od zgiełku i pośpiechu.

Zawsze wyruszam z grupą, choć parę razy zdarzyło mi się iść tylko z przewodnikiem. Kiedy jest czas i ochota, a nie ma zorganizowanej grupy, można go wynająć. Nigdy nie chodzi się samemu. Nie muszę tłumaczyć, jak to jest niebezpieczne.

Aleksander Drzewiecki
Wyświetl galerię [1/5]

Aleksander Drzewiecki

Absolwent Akademii Ekonomicznej w Katowicach i studiów strategii na INSEAD. Założyciel i przez 12 lat prezes, a obecnie główny akcjonariusz House of Skills. Ostatnio wraz z Aldoną Luterek jako wiceprezes ds. sprzedaży i eksportu rozwija markę kosmetykównaturalnych Phenomé. Wcześniej był współwłaścicielem i współprowadził szkołę lotniczą Runway w Warszawie ARCHIWUM PRYWATNE ALEKSANDRA DRZEWIECKIEGO

Wybieramy trasę jedno- lub kilkudniową. Zostawiamy większość rzeczy w hotelu lub schronisku — i tak jest sporo do dźwigania. Jeśli trasa jest kilkudniowa, to ustalamy, gdzie będziemy spali. Najczęściej są to schroniska wysokogórskie. W Alpach jest bardzo dużo schronisk skiturowych. Często specjalnie otwieranych na sezon, który trwa mniej więcej od marca do maja. Można więc zaplanować przejście górami między schroniskami albo zjazd na nocleg w dolinę.

Śnieżne bezdroża

Fajne jest to, że można chodzić praktycznie wszędzie, po parkach narodowych, dzikich wysokich stokach, wchodzić na szczyty i zjeżdżać pozatrasowo. Można przejść Alpy albo Beskidy... Iść dzień, dwa, trzy... Wspinać się bardziej forsownie lub mniej.

Kocham w tym sporcie inne podejście do gór i narciarstwa. Jeżdżę na nartach od piątego roku życia, czyli od 40 lat. Stały się dla mnie zbyt masowe. Jeździ wiele ludzi, jest głośno, na trasach zjazdowych ciasno. Za mało jest kontaktu z górami, przyrodą, naturą. Oczywiście, jeżdżę z rodziną, kiedy są ferie, i czerpię przyjemność z jeżdżenia z dziećmi. Dla siebie jednak wybieram skituring.

Raczej nie uprawiają go nastolatki, które wolą zjazdy, a pod górę wjeżdżają wyciągiem. Ja miałem trzydzieści lat, kiedy zacząłem go uprawiać. I właściwie spotykam w górach właśnie ludzi po trzydziestce, także czterdziesto- i pięćdziesięciolatków. Bo zawsze można wybrać łatwiejszą trasę. Nie trzeba się bardzo forsować. Bardziej chodzi o swego rodzaju „dynamiczną medytację”.

Tak to nazywam. Idąc pod górę przez cztery, pięć, siedem godzin, cały czas z pewnym wysiłkiem — ciągłym, ale nie ekstremalnym — ma się czas na myśli, refleksje, medytację. Idzie się w puchu, nie ma ścieżki. Śnieg rozgarnia pierwsza osoba. Dlatego zmieniamy się na przedzie. Widujemy zwierzęta lub ich ślady, górskie ptaki, podziwiamy ośnieżone

zbocza, ostre szczyty i niewiarygodny błękit nieba, a czasem kłęby chmur. Oglądaliśmy np. zaćmienie słońca na wysokości 3 tys. m. Nie było całkowite, ale wrażenie było niesamowite. Nagle spadła temperatura. Wszystko jakby zastygło. Na śniegu usiadł motyl i też zamarł, objął go cień zaćmienia. Skąd się tam wziął tak wysoko?

Sprzęt i bezpieczeństwo

Skituring wymaga odpowiedniego sprzętu. Przede wszystkim specjalnych nart ski alpinistycznych. Są bardzo lekkie i nieco szersze — przystosowane do lekkiego podchodzenia i zjeżdżania po puchu. Mogą ważyć dwa kilo, kiedy zwykłe zjazdówki nawet dziesięć z wiązaniami. Wiązania do butów skiturowych mają tył działający w dwóch wariantach: gdy przód jest przypięty, a pięta ruchoma, można się wspinać, do zjazdu przypina się także piętę. Do podchodzenia do nart mocuje się tzw. foki (dawniej były zrobione z foczej skóry, stąd nazwa). Pozwalały sunąć nartami w jedną stronę, a w drugą nie, bo sierść stawiała opór. Teraz foki wykonane są z materiału syntetycznego, który się przypina do nart od przodu, przykleja się pod spód i narta nie zsuwa się do tyłu podczas wspinania. Do zjazdu foki się zdejmuje.

But skiturowy poza tym, że musi być lekki, musi jeszcze mieć opcje chodzenia (zginać się) i zjazdu (być sztywny). Na zjazd but się dopina do narty na całej długości stopy. Można wtedy zjechać z każdej góry. Kijki są podobne do trekkingowych. Lekkie i składane — można je przytroczyć do plecaka, a kiedy się trawersuje zbocze, jeden można skrócić, a drugi wydłużyć. Tak wygodniej podchodzić. W trasę zabiera się również harszle, czyli noże lodowe, które mocuje się do nart, gdy trasa jest oblodzona i foki nie wystarczają. Zabieramy również raki, które w razie potrzeby przypina się do butów. Bo czasem nie da się wspiąć na stromy szczyt na nartach i trzeba wejść „z buta”. Jeśli narty trzeba zdjąć na dłuższy czas, wtedy mocujemy je do plecaka, również przeznaczonego do skituringu, ze specjalnymi zaczepami do nart.

Ja czasem noszę też uprząż. Szczególnie na lodowcu można wpaść w szczelinę. Wtedy ktoś, kto próbuje cię z niej wydostać, rzuca linę, do której jest się jak przypiąć. Na lodowcach przynajmniej jedna lina na grupę powinna być. Mamy też telefony i krótkofalówki. Elementem podstawowego wyposażenia jest zestaw bezpieczeństwa „lawinowe ABC”: detektor lawinowy, tzw. pieps, który stale nadaje sygnał, łopata i sonda. Pieps nosi się blisko na ciele, musi być zawsze włączony od wyjścia w góry. Sygnał pozwala namierzyć zasypanego pod śniegiem. Każdy z nas ma również trzylitrowy tzw. camelbak z zimnym piciem, np. wodą z witaminami. Do tego termos z ciepłym piciem, czekoladę i kanapki. Potrzebne są też zapasowe rękawiczki, bo zdarza się je zgubić, a to bardzo niebezpieczne z powodu groźby odmrożenia rąk. Jeśli trasa tego wymaga, zabiera się również czekan. A czasem dodatkowe ubranie — podchodząc, na ogół się rozgrzewamy, więc idziemy w polarze lub samej bieliźnie termicznej. Na szczycie robi się gwałtownie zimno i do zjazdu się ubieramy. Plecak z całym tym wyposażeniem waży około dziesięciu kilo. A jeśli trasa jest kilkudniowa, to nawet i dwadzieścia.

Wyżej, więcej...

W skituringu liczy się raczej przewyższenia niż długość trasy. Ile się podchodzi dziennie? Ja mniej więcej 300-400 m przewyższenia na godzinę. To spokojne tempo, turystyczne. Dziennie robię do dwóch tysięcy metrów przewyższenia. W czasie dziennej wyprawy podchodzenie stanowi 80 proc., a 20 proc. zjazd. Przez dziesięć lat przeszedłem Alpy — już nawet nie wymienię wszystkich miejsc; wiele we Włoszech, masyw Monterosa na granicy szwajcarsko-włoskiej, w Alpach Pennińskich masyw Matterhorn, austriacki Galtür, masyw Mont Blanc, masyw Ecrins w Alpach Delfinackich. Polskie i słowackie Tatry. W tym roku wybieram się do Maroka w góry Atlas. Tatry są, wbrew pozorom, bardziej niebezpieczne niż Alpy, ponieważ są ostre, strzeliste, nie mają rozległych przestrzeni, po których można długo bezpiecznie chodzić. W Tatrach są żleby, z których śnieg „wyjeżdża”, jest większe ryzyko lawiny. Przy ryzyku lawinylub na stoku, który może się zsunąć, robimy większe odstępy, by w razie czego nie zasypało wszystkich i było komu ratować innych. Poza tym dzięki odstępom nie ma dużego nacisku na śnieg w jednym punkcie. Zdarzyło nam się parę lat temu doświadczyć lawiny i grupa, która wyszła przed nami została zasypana.

Skituring staje się w Tatrach bardzo popularny. Kilkanaście lat temu w czasie trzydniowego przejścia spotykaliśmy trzy grupy skiturowców. Teraz już kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt dziennie. Staje się coraz tłoczniej i to mnie niepokoi. W Alpach liczba skiturowców także rośnie, chociaż we Włoszech od kiedy pamiętam, zawsze było ich sporo. Teraz wszędzie jest dużo ludzi, dlatego warto wcześniej rezerwować schroniska.

Droga ważniejsza niż cel

Dla mnie ważne jest iść, mniej ważne gdzie. Czasem przylatuję do Monachium czy Mediolanu i dopiero na miejscu, kiedy pożyczam samochód, sprawdzam, dokąd konkretnie jadę. Fajne jest to, że w biznesie muszę planować, przewidywać, antycypować, kontrolować, a w tym sporcie mogę się poddać, zawierzyć grupie i iść tam, gdzie inni zdecydują. Odpoczywam. Idę, patrzę na góry, przyrodę, doświadczam wysiłku fizycznego, mogę uwolnić umysł, nie docierają do mnie informacje z dołu, jestem z dala od cywilizacji i pełnego zadań życia. Reset. Wieczorem jest sporo zabiegów związanych ze sprzętem i oporządzeniem ciała. Trzeba opatrzyć otarcia lub skaleczenia, sprzęt wysuszyć, wyczyścić i zabezpieczyć. I jesteśmy bardzo głodni. W czasie dziennej wyprawy traci się kilka tysięcy kalorii i to się czuje.

Zdarza mi się też wybierać heliskiing, czyli lot śmigłowcem wysoko w góry i zjazd po nieoznaczonym terenie. Niekiedy podczas ferii z rodziną mam dzień wolny od stoku i mogę sobie pozwolić na taką przygodę — lot i długi zjazd. W górskich miejscowościach narciarskich organizuje się wycieczki skiturowe dla początkujących — uczy się wszystkiego od zakładania fok, idzie się na pierwszą wyprawę, sprawdza w warunkach niezbyt trudnych: maksymalnie jedno proste podejście i zjazd. Trzeba jednak

mieć umiejętności narciarskie, bo nie zjeżdża się przygotowanymi trasami, ale w dzikim terenie, w puchu, głębokim firnie lub po zmarzlinie. Są ludzie, którzy na nartach wspinają się na ośmiotysięczniki, są tacy, którzy chodzą po Beskidach lub Bieszczadach — każdy wybiera odpowiednie dla siebie miejsce. Ja lubię wyższe góry i dłuższe podejścia, ostrzejsze stoki. Dostosowujemy trasę do swoich umiejętności i predyspozycji, ale przyjemność pewnie jest taka sama. &

Dla każdego

Dla mnie najlepsza jest grupa trzy do pięciu osób. Typowa to pięć plus — minus dwa. Wyprawa tylko z przewodnikiem jest droższa, bo stawki są dość duże, ale wtedy można się wiele dowiedzieć o miejscach, w które się idzie, o górach, ich historii, przyrodzie. Kto zdobył, kto zginął, kiedy zeszła lawina i co się jeszcze wydarzyło. Przewodnik prowadzi i opowiada — to doskonałe doświadczenie. Po Tatrach chodzę najczęściej z Zosią Bachledą, która jest fantastyczną przewodniczką, zna te góry i wie wszystko o ich historii i ukształtowaniu terenu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Danuta Hernik

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Skituring Aleksandra Drzewieckiego