Skóra na pokaz

Urszula Zalewska
04-04-2005, 00:00

Twarze kibiców, pomalowane w klubowe barwy, nikogo nie bulwersują. A gdyby na twarzy wymalować nazwę firmy? I na tym zarobić?

Zatłoczony deptak przy plaży. Tysiące ludzi. W tłumie młoda, uśmiechnięta blondynka. Za miesiąc urodzi dziecko. Nic nadzwyczajnego, tyle tylko, że otaczają ją kamery. Po prostu… na jej odsłoniętym brzuchu widnieje intrygujący napis: goldenpalace.com. A dziewczyna to „chodzący billboard”.

Hostessa to nie tatuaż

Mało wiarygodne, tandetne, sztuczne — tak w pierwszej chwili specjaliści oceniają reklamę produktów i firm na ludzkim ciele. Po dłuższym zastanowieniu nie zaprzeczają jednak, że ciało może być ciekawym nośnikiem reklamowym. Dowodu dostarcza kasyno internetowe goldenpalace.com, które „wynajęło” już m.in. dwa dekolty, czoło i plecy.

— Nie krzywdzę w ten sposób mojego dziecka — mówi uśmiechnięta Elise Harp, wyglądając zza swojego brzucha, na którym powstaje tatuaż z henny — adres internetowy kasyna.

Sprzedaż powierzchni brzucha na reklamę to dla niej sposób na zdobycie pieniędzy na przyszłe wydatki.

Elise jest bezrobotna i czeka ją samotne macierzyństwo. No cóż… zaradna matka. Elise przekonuje, że wszyscy i tak zwracają uwagę na brzuch ciężarnej kobiety. Dzięki wytatuowanej reklamie mają przynajmniej prawdziwy powód, by się na niego gapić.

Elise otrzymała za usługi około 4 tys. dolarów. Umowa obejmuje wywiady w telewizji, zdjęcia, obecność w zatłoczonych miejscach. Mniejsze honorarium dostała Angel Brammer — jedynie 422 funty. Ale dla niej nie to jest najważniejsze. 27-letnia Szkotka z dumą prezentuje dekolt ozdobiony reklamą, mając nadzieję, że dzięki temu ludzie zaakceptują ją taką, jaką jest i przestaną widzieć w niej tylko kobietę z poważną nadwagą.

Co kieruje ludźmi udostępniającymi części ciała jako powierzchnię reklamową? Większość „billboardów” mówi, że chodzi o dodatkowy, łatwy zarobek. Tym bardziej że malowidło da się zmyć po kilkunastu dniach. Wyjątkiem jest pewien mężczyzna, który za 8 tys. dolarów zgodził się na tatuaż.

Wykorzystywanie ciała jako powierzchni reklamowej staje się coraz bardziej popularne. Nie od dziś obserwować można ludzi przebranych za maskotki firmowe, co ma zwrócić uwagę potencjalnych konsumentów. Nie razi też urocza modelka z twarzą pomalowaną w firmowe barwy w czasie targów czy wystaw. W Polsce już kilka lat temu nieco szokowały pomalowane na granatowo hostessy podczas imprezy TP SA. Ale reklamowy tatuaż na czole to już co innego.

— Hostessa na imprezie promocyjnej, nawet pomalowana od stóp do głów, to forma reklamy, do której się przyzwyczailiśmy. Po prostu element całości. Po zakończeniu imprezy tatuaże można zmyć. Co innego, gdy malunek towarzyszy nam na okrągło — uważa Marcin Wiącek z Domu Mediowego Starcom.

Jego zdaniem, ktoś taki jak Elise Harp czy Angel Brammer, nie budzi zaufania do marki. Nie może być jej ambasadorem. A w reklamie chodzi o to, żeby zbudować z konsumentem relację opartą na zaufaniu.

— Taka osoba postrzegana jest jak ktoś, kto sprzedał swoje ciało, a nawet osobowość, tylko po to, żeby trochę zarobić — komentuje Jacek Szulecki, dyrektor kreatywny w agencji Saatchi & Saatchi.

Aby mówili

Jednak, kiedy bliżej się nad tym zastanowić... Nie ma wprawdzie żadnych badań efektywności takiego przekazu, ale po obejrzeniu filmu, w którym Elise Harp spaceruje po zatłoczonej plaży w środku lata, trudno powątpiewać w jego skuteczność. Dziewczyna wzbudza ogromne zainteresowanie. Zdjęcia, kamery, wywiady, informacje w telewizji. Obecność w mediach zagwarantowana! I to bez potrzeby płacenia za czas antenowy i zamawiania kosztownych spotów reklamowych. Fakt, forma jest kontrowersyjna i u niektórych budzi niesmak.

Na pytanie, co w ten sposób warto reklamować, Jacek Szulecki wymienia przede wszystkim to, co do takiego przekazu się nie nadaje.

— Nie wyobrażam sobie „cielesnego” promowania „zimnych” produktów, takich jak maszyny, sprzęt AGD albo usługi bankowe. Ale reklama perfum na kobiecej szyi może być interesująca — przekonuje Szulecki.

Dobry żart, zabawne skojarzenie, jednym słowem kreatywność — to warunek powodzenia takiej kampanii reklamowej.

Tatuaż nie, ale...

Jaką przyszłość mają „chodzące billboardy” w Polsce? Na razie taki nośnik nie pojawia się w krajowych strategiach kampanii promocyjnych, ale to tylko kwestia czasu. Jaskółką w tej dziedzinie może być LadySonia. Taki pseudonim na aukcji allegro.pl przyjęła młoda kobieta gotowa wynająć swoją skórę, aby w Polsce lub dowolnym europejskim mieście przez 10 dni promować produkt lub firmę zleceniodawcy.

— Minie jeszcze sporo czasu, nim zobaczymy reklamowe czoła i plecy na naszych ulicach. Polskie społeczeństwo jest wciąż dość konserwatywne i wątpię, czy ktoś odważy się na taki krok — twierdzi Wiącek.

Być może potwierdzeniem jego słów jest przebieg aukcji. Najwyższa zaproponowana cena to 51 zł — niższa od wymaganej ceny minimalnej. A i zainteresowanie niewielkie — złożono jedynie trzy oferty.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Urszula Zalewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / / Skóra na pokaz