Słońce nad pustynią

Karolina Guzińska
opublikowano: 2004-06-18 00:00

Plac Djemaa el-Fna w Marrakeszu — wielka jadłodajnia pod gołym niebem. Rozstawia się tu ze sto straganów z górami oliwek, kebabów, smażonej cukinii, kuskusu...

Miejscowi nie pogardzą gotowanym żołądkiem wielbłądzim czy potrawą z owczego łba, zaś rzędy sprzedawców świeżo wyciśniętego soku z pomarańcz przekrzykują się, nawołując kupujących.

— A ty siedzisz sobie, otoczony muzyką, pokazując palcem, czego chcesz więcej na talerzu — rozmarza się Światosław Wojtkowiak, pilot biura podróży MK Tramping.

Tu bije puls miasta. Kobiety malują chętnym dłonie i stopy henną, występują artyści wszelkiego sortu — akrobaci, połykacze ognia, wirtuozi bębna, zaklinacze węży... Usługi proponują sprzedawcy amuletów (wysuszone jaszczurki na potencję, sztuczne zęby — nie wiadomo na co) i wróżbici. Wieczorem, przy świetle lamp, pora na gry i konkursy — rozbawieni Marokańczycy łowią na wędki butelki coca-coli. W uszy wdziera się wszędobylska muzyka: arabska, afrykańska, tuareska... Wokół kręcą się tabuny turystów, chłonąc klimat jak z orientalnej baśni.

— Djemaa el-Fna to nie cepelia, ale prawdziwe życie. Bajarze, otoczeni kręgiem zasłuchanych ludzi, opowiadają historie z dziejów Maroka. Po arabsku, dla swoich — przekonuje Światosław Wojtkowiak.

U koczowników

Starożytna Berberia to najczęściej odwiedzany przez Europejczyków kraj Afryki Północnej. Ziemia kontrastów — oaza wciśnięta między piaski Sahary a wybrzeża Atlantyku i Morza Śródziemnego, poprzecinana masywami Atlasu i Rifu. W jeden dzień przejedzie się z pustyni do ośnieżonych gór. I wszędzie da się pojeździć na nartach — zarówno na Jebel Toubkal, najwyższym szczycie Atlasu (4265 m), jak i po piasku — na wydmach Sahary. Atrakcją pustyni są kasby: domy-twierdze z gliny i słomy. Wizytówka Maroka rodem z Jemenu. Kto ma szczęście, spotka też Niebieskich Ludzi — Tuaregów w charakterystycznym odzieniu z bawełny barwionej na kolor indygo. Pod wpływem słońca i potu kolor rozpuszcza się, zostawiając na skórze niebieskie plamy.

— Coraz ich mniej... Niegdyś rabowali karawany, teraz mają własne stada. Ale opinia rozbójników do nich przylgnęła — twierdzi Światosław Wojtkowiak.

Merzouga — malutka wioska na skraju pustyni, w pobliżu Erg Chebbi, największej w Maroku saharyjskiej wydmy — to punkt zborny amatorów noclegu w namiotach nomadów i wschodu słońca nad pustynią.

— W wiosce wypożyczyliśmy wielbłądy. Wytargowaliśmy 120 dirhamów za sztukę — to jakieś 30 zł — a cena startowa wynosiła 300 dirhamów! Ponoć to najlepszy wynik, jaki komukolwiek udało się wynegocjować. Potem ruszyliśmy w głąb pustyni karawaną, prowadzoną przez 14-letnich chłopców. Po 2 godzinach dotarliśmy do oazy. Koczownicy rozpalili ognisko i poczęstowali nas jedzeniem. Potem graliśmy z nimi na bębenkach — wspomina Dariusz Lewandowski, fotograf.

Piaszczyste plaże, zielone oazy, kwitnące gaje daktylowe, oliwkowe, pomarańczowe.... Marokańskie wybrzeża. W latach 60. i 70. ściągali tu hippisi i gwiazdy rocka — z Jimmym Hendrixem na czele — by delektować się plażami i spokojem.

— Nie polecam Agadiru, słynnego nadmorskiego kurortu. Plaża zaśmiecona, mulista... Zachwyca tylko widok ze wzgórza. W nocy, na światła miasta i rozjarzony port. Piękne miejsca do kąpieli znajdzie się w małych wioskach. W jednej, kawałek za Agadirem, spotkaliśmy rybaków łowiących kraby. Przyrządzili je nam na skałach — z bułką i odrobiną cytryny. Za grosze! — opowiada Dariusz Lewandowski.

Na szlaku

Sztandarowy szczyt Atlasu — Jebel Toubkal — oblegają amatorzy górskich wycieczek. Mniej „schodzone” są Jebel Sarhro, odludne pustynno-wulkaniczne góry, przedłużenie Antyatlasu.

— Nieograniczona przestrzeń, horyzont w odległości 30 km. I pustka — przez 3 dni spotkaliśmy dwie grupy! Krajobrazy powalają na kolana — ostańce skalne, daktylowe gaje w dolinach, tarasowe pola chronione kamieniami od wiatru... Widać, że każdy kłos zboża okupiony jest ludzkim potem. A im dalej w góry, tym ludzie gościnniejsi — opisuje Marek Romanowicz, pilot biura podróży MK Tramping.

Najlepszy czas na trekking w Maroku to maj-czerwiec. Kolory eksplodują, temperatura przekracza 20 stopni, ale trzeba się przygotować na niespodzianki — jak burza gradowa nocą.

— Naszym kolejnym celem stał się masyw Ighil M’Goun w Atlasie Wysokim (4068 m), drugi szczyt Maroka. Z daleka łagodny jak Góry Świętokrzyskie, z bliska — zawalony śniegiem, obiecywał ciężką wędrówkę. By go zdobyć, trzeba alpejskiego doświadczenia. I sprzętu. Bo to dzikie góry — nie ma szlaków, schronisk, infrastruktury, ułatwień... Mapę, zresztą mało dokładną, ściągaliśmy z Anglii — dodaje Marek Romanowicz.

Było ciężko — woda zamarzała w menażkach, łyżki musieli nożem wygrzebywać z lodu. Szli bez przewodników — często zgadywali drogę. W śniegu po kolana, opatuleni — nie przypominało to Afryki...

— Ale widoki! Uczta dla oczu — głębokie kaniony, płaskie, gliniane domy przylepione do zboczy, kontrast zieleni dolin z szarością i bielą gór. Zakończyliśmy trekking w dolinie Ayt Bou Goumez. Dopiero dwa lata temu doprowadzono tu asfaltową drogę! Ale w okolicy wciąż są doliny, gdzie dociera się tylko na osiołku... — zapewnia Marek Romanowicz.

Życie górskich wiosek toczy się innym rytmem — mężczyźni w sandałach z opon samochodowych, kobiety ozdobione srebrną biżuterią, z policzkami i dłońmi wytatuowanymi w magiczne znaki... Biedni, ale szczęśliwi i gościnni.

— Zapraszali nas do domów — glinianych czworoboków z małymi okienkami — piekli dla nas chleb: podpłomyki, które maczało się w oliwie z oliwek. A do tego herbata z miętą. Obowiązkowo! Choć obficie słodzona — cukier odłupuje się z brył — świetnie gasi pragnienie. Marokańczycy leją ją z wysoka — by wytworzyła się pianka — bezbłędnie trafiając do maleńkich szklaneczek— wspomina podróżnik.

Ludzkie sprawy

Maroko to bezpieczny kraj. Hołduje islamskiej tradycji, że przybysza trzeba nakarmić. Stąd tyle przejawów niekomercyjnej gościnności. Oczywiście, zdarzają się „naganiacze”. Najlepiej ich ignorować, choć czasem trudno odgadnąć, jakie kto ma intencje.

— Można przegapić ciekawego człowieka. A ja lubię podpatrywać życie. Po to się podróżuje! Żeby pogadać z miejscowymi, trzeba być elastycznym — czasem nawet kupić coś niepotrzebnego. Pamiętam kolesia w Marrakeszu, smażącego dla mnie tłuste frytki. Spytałem o toaletę — wskazał za siebie, na swój dom. Przeszedłem przez pokoje, obserwując bawiące się dzieci i matkę siedzącą przed telewizorem. Wróciłem tą samą drogą i dalej czekałem na frytki... — wspomina Bart Pogoda, fotograf.

Z Marokańczykami łatwo się porozumieć. To poligloci. Niektórzy nauczyli się nawet polskiego — z telewizji satelitarnej.

— Za Polakami krzyczą: „Polsat!”. W islamskim kraju to atrakcyjny kanał — nadaje muzykę disco polo i programy erotyczne — śmieje się Światosław Wojtkowiak.

Znajomości łatwo zawiera się w lokalnych środkach transportu. Choć w górach można się najeść strachu...

— Nocą autobusy jadą jak popadnie. Nasz nie wyrobił się na zakręcie — wjechał na skalną ścianę i stoczył w dół. Ludzie, którzy nie spali, wyskakiwali w popłochu. My też — chwyciliśmy aparaty fotograficzne, zostawiając bagaże. Pół metra nad przepaścią pojazd zatrzymał się. Pasażerowie podstawili kamień pod koła i pchali autobus pod górę. Gdy znów ruszyliśmy, po kilku minutach ujrzeliśmy łunę. Palący się samochód, który spadł w przepaść... — opowiada Bart Pogoda.

Cesarskie miasta

Maroko nie rozczaruje wielbicieli zabytków przeszłości. W Rabacie — stolicy kraju i niegdysiejszej siedzibie piratów, zobaczą potężną twierdzę Kazba Udaja i medinę, czyli arabską starówkę. W Meknes — dawnym centrum marokańskiego sułtanatu — pospieszą do pałacu Dar Jamai i mauzoleum Mulaja Ismaila, jednego z najpotężniejszych władców kraju. Fez — najstarsze z cesarskich miast, słynie z arcydzieł sztuki świeckiej i sakralnej (m.in. mury obronne i bramy).

— Medresy, meczety, ogrody... Włóczenie się po wąskich uliczkach mediny — przypominających korytarze sułtańskiego pałacu — to przeżycie. Warto zbłądzić w tłumie pieszych, osiołków i motorów. Jest bezpiecznie — za parę groszy każde dziecko wyprowadzi wędrowca z tego labiryntu. A klimat zagubienia jest super! — radzi Światosław Wojtkowiak.

Atrakcją Fezu są też garbarnie skór — odkryte studnie, w których garbarze moczą skóry.

— Potem je farbują i suszą na dachach. Widok z góry jest niesamowity — pół miasta wyłożone skórami! Wyroby z nich kupi się na specjalnym suku, czyli targu — wtrąca Dariusz Lewandowski.

Warto zwiedzić ruiny rzymskiego miasta Volubilis. I Essaurię — mekkę windsurferów — dawny port i bastion obronny Portugalczyków. W pobliżu, na wysepce Ile de Mogador, gnieżdżą się słynne sokoły Eleonory. Dla wielu podróżników najwspanialszym miastem pozostaje jednak egzotyczny Marrakesz z meczetem Kutuiba, pałacem El-Bahia, ogrodami Jardin Menera...

Rozczarowuje Casablanca. Jeśli tu zajrzeć, to dla ogromnego meczetu Hassana II, drugiego co do wielkości (po Mekce) obiektu sakralnego świata islamu.

— Casablanca to tylko magiczna nazwa. Nie ma nic wspólnego z filmem — powstał w Hollywood. Ale wśród filmowców Maroko to popularne miejsce. Kręcono tu m.in. „Gladiatora”, „Lawrence’a z Arabii”, „Jezusa z Nazaretu” — przypomina Bart Pogoda.

Hiszpańskie enklawy nad Morzem Śródziemnym — Ceuta i Melilla — pozwalają złapać oddech zmęczonym islamską codziennością.

— Maroko zaskakuje na każdym kroku. Jest jak tygiel arabsko-afrykańsko-europejski. Wszędzie rozbrzmiewa muzyka — ale, jak to w państwie islamskim, nie ma lokali do tańca. W barach spotyka się prostytutki — spowite w długie szaty niczym zakonnice. Kobiety siedzą w domach, a mężczyźni w kawiarniach popijają kawę. Pozbawieni ich towarzystwa, są ze sobą szokująco blisko. Trzymający się za rękę policjanci patrolujący ulice czy objęci celnicy obserwujący pasażerów na lotnisku, to powszedni widok. Kto chce od tego odpocząć, jedzie do Ceuty lub Melilli. Napić się piwa, potańczyć... — twierdzi Światosław Wojtkowiak.

I wrócić do Maroka. Jak najprędzej. Co do tego podróżnicy są zgodni — ten kraj wart jest ponownych odwiedzin.