Wpłynięcie do Karlskrony nie jest proste. Trzeba świetnie manewrować, by pokonać wiodące do portu wąskie gardło. Ale dzięki temu żaden wróg nie wdarł się do środka. No, jednemu niemal się udało... W sercu archipelagu Karlskrony, nieopodal wyspy Gasefjärden, zupełnie przypadkowo osiadł na mieliźnie U137 — radziecka łódź podwodna. Załoga była ponoć mocno skacowana...
— 29 października 1981 roku. Sobotni poranek. Samotny rybak łowi ryby w morzu. Nagle widzi wynurzającą się łódź podwodną. Dzwoni do lokalnej gazety — oferującej 1 tys. koron za ciekawostki — z informacją, że widział jednostkę — sowiecką chyba, bo flaga jakaś podobna. Dyżurny reporter po prostu odłożył słuchawkę... Ale już po 48 godzinach Karlskrona przeżywała najlepsze dni! Przyjechał premier, a dziennikarzy zleciała taka chmara, że spali na podłodze hotelowej pralni! Nawet morderstwo na Olofie Palmem nie nagłośniło tak Szwecji w zagranicznych mediach — ze swadą opowiada Sven, przewodnik w forcie Kungsholm.
I cóż się okazało? Błąd w nawigacji! Kapitan — Łotysz — był przekonany, że wylądowali w Gdyni...
— Ojcowie miasta ustawili atrapę U137 w nadziei, że jeszcze raz uda się zrobić Karlskronie taką reklamę. Także „nasz” kapitan przyjeżdża tu od czasu do czasu... — dodaje Sven.
W piątki Karlskrona należy do Polaków — przypływa prom, z którego wylewa się około 700 pasażerów. Większość zostaje w Karlskronie jeden dzień — podróż z Gdyni trwa zaledwie 10 godzin. A do zwiedzenia w Karlskronie — sporo. Podczas jednodniowej wycieczki da się jednak „zaliczyć” najważniejsze atrakcje. Pierwsze kroki skierować warto na rynek Fiskorget — do muzeum Blekinge, pokazującego życie XVIII- -wiecznego miasta (wstęp 20 koron, to około 10 zł). Ekspozycje zajmują kilka starych domów. Opowiadają o ciężkiej pracy rybaków, harówce robotników w kamieniołomach (gnejsy i granity wydobywane na Tjurkö, jednej z wysp archipelagu, eksportowano do wielu krajów), a także o próżności i zabawach arystokracji. Muzealne budynki otaczają piękny barokowy ogród. Gwoździem programu jest pałac admirała Hansa Fryderyka Wachmeistera — jednego z założycieli miasta — z 1705 r. Gości wita sam gospodarz i jego siostra, hrabina Sofia Luisa Wachmeister. Choć to tylko przebrani w stroje z epoki przewodnicy, sprawiają nie lada niespodziankę — czystą polszczyzną konwersują z turystami z Polski. Cóż, znak czasu. Goście z drugiej strony Bałtyku są ważni i oczekiwani — szwedzkie badania wykazały, że zostawiamy w tym kraju więcej pieniędzy niż turyści z Niemiec.
— Blekinge to coś więcej niż muzeum. To żyjąca historia! Hrabia Wachmeister oprowadza turystów po swoim domu, pokazuje drzewa zasadzone własną ręką w ogrodzie, opowiada swoje przygody i ciekawostki z historii miasta... A potem zaprasza na tradycyjną szwedzką przekąskę: chleb, ser, aquavit. Wszystko z jego własnych dóbr! — zapewnia Susan Ström, szef informacji w muzeum Blekinge.
Pałacową kuchnię przerobiono na przytulną kawiarenkę. Ci, którym nie wystarczyła przekąska przy hrabiowskim stole, mogą tam zjeść obiad — za 60 koron (około 30 zł).
Archipelag Karlskrony najlepiej podziwiać z łodzi. Napięcie wzrasta, gdy przepływa się w pobliżu owej mielizny, gdzie osiadł U137... Co jeszcze można zobaczyć? Dwie okrągłe budowle wyrastające wprost z morza to małe twierdze, postawione w latach 20. XIX w., by zatrzymać szybkie jednostki napędzane parą wodną, mogące zagrozić Karlskronie. W latach 50. XIX w., gdy para wodna odchodziła w przeszłość, twierdze przestały pełnić swoją rolę. Z sześciu obiektów do naszych czasów przetrwały dwa. W jednej z twierdz, nazywanej „Dobranoc”, jeszcze do I wojny światowej mieszkała pewna rodzina. Druga służyła za magazyn broni. Można popłynąć do Drottningskär, XVII-wiecznej twierdzy na Aspö — jednej z większych wysp (idealne miejsce do rowerowych przejażdżek). Warto zawinąć do Kristianopel, XVI-wiecznej wojskowej osady otoczonej 11-metrowym murem (już nie pełni funkcji obronnej, służy za ogrodzenie kempingu i mariny). Z kolei spokojny przylądek Torhamn to siedlisko ptaków. Najciekawszy jednak jest fort Kungsholm. Wciąż szkoli się tu żołnierzy (w sezonie w forcie mieszka około 150 osób), nic więc dziwnego, że przybyszom z zagranicy zezwolono na wstęp dopiero w 1997 r.
— Miejskie biuro turystyczne w Karlskronie organizuje wycieczki do fortu Kungsholm cztery raz w tygodniu. Kosztuje to około 100 koron od osoby (50 zł) — mówi Magdalena Kurczewska-Svensson, honorowy konsul RP w Karlskronie.
Kungsholm — wybudowana w 1680 r. — zachwyca unikalnym, okrągłym portem i pięknym ogrodem botanicznym. Rosną tu magnolie, czeremchy, a nawet winogrona dające plon i setki innych gatunków.
— To zbiór drzew i krzewów z całego świata. Dzięki mikroklimatowi przyjęły się najbardziej egzotyczne sadzonki. Przy każdej roślinie stoi tabliczka z nazwą rośliny i informacją, która jednostka wojskowa ją przywiozła — kiedy i skąd. To ponad stuletnia tradycja — wyjaśnia Sven, który odbywał w Kungsholm służbę wojskową.
Ogród botaniczny porasta dawny plac apelowy. W 1870 r. zbudowano mały, okrągły port i przeniesiono tam zbiórki. Ówczesny kapitan fortu — z zamiłowania botanik — zaczął sadzić rośliny. Do dziś, gdy szwedzcy kadeci wracają z rejsu, przywożą ze sobą flance. Ich przekazanie komendantowi fortu to prawdziwa uroczystość. A po konsultacjach z ogrodnikiem wybiera się każdej roślinie najlepszą kwaterę.
— Kolejna atrakcja Kungsholm to muzeum urządzeń wojskowych. Są tu np. aparaty mierzące odległość w czasach, zanim pojawił się radar. Albo tzw. wielkie uszy. Maszyna akustyczna z lat 30. XX w. Żołnierz nasłuchujący nieprzyjacielskich samolotów miał siedzieć na wmontowanym w środek urządzenia stołku, przytykając uszy do ogromnych słuchawek. Maszyny nigdy jednak nie użyto, bo technika poszła naprzód — twierdzi Sven.
Kungsholm przybliża życie codzienne żołnierzy różnych epok. W forcie eksponuje się piętrowe prycze, krzesła i stoły, cynowe zastawy, telefony polowe, mundury...
I ostatni punkt programu jednodniowej wycieczki po Karlskronie. Muzeum Marynarki Wojennej na Stumholmen (wstęp 50 koron, około 25 zł). Prześledzimy tu nie tylko fascynującą historię lądowania U137 u szwedzkich brzegów. Wybudowane „na wodzie” muzeum powstało po to, by odpowiednio wyeksponować 24 galeony (figury dziobowe). Większość — autorstwa Johana Törnströma — przeszła chrzest bojowy podczas wojny z Rosją w latach 1788-90. Rzeźby z drewna sosnowego ważą około 1,5 tony każda! Inne ciekawe eksponaty to m.in. 80 drewnianych modeli okrętów — większość z XVIII wieku, okresu największej świetności Karlskrony i jej stoczni. Oko przyciąga zwłaszcza najstarszy na świecie zachowany model konstrukcyjny łodzi podwodnej z XVIII wieku. Polaków zainteresuje z pewnością ekspozycja broni używanej na morzu — jednym z eksponatów jest bowiem polska długa rusznica zdobyta przez Szwedów pod Toruniem w 1702 r.
Kończy się dzień w Karlskronie — mieście marynarki wojennej. Pokolenia jego mieszkańców pracowały dla wojska przez setki lat. Szewc, szwaczka, krojczyni, magazynier, praczka, rzeźnik, piekarz, chłopiec na posyłki, pończoszarka — to tylko kilka wykonywanych przez nich zawodów. Żywność i odzież na potrzeby floty przygotowywano właśnie na Stumholmen. Wyspa należała do wojska do 1993 r.
— Gdy dowództwo marynarki wojennej zlikwidowało działalność na Stumholmen, wyspę sprzedano gminie za symboliczną koronę. Ale dawne wojskowe budynki ciekawie zagospodarowano. Na przykład każda cela aresztu została wynajęta innej firmie informatycznej. W tak nietypowym pomieszczeniu może pracować jedna, dwie osoby — tłumaczy Magdalena Kurczewska-Svensson.
