Ogłoszone wczoraj przez GUS dane o wynikach gospodarki pokazują obraz bardzo złożony. Żonglując umiejętnie dobranymi wskaźnikami, można dowieść, że jest dobrze lub że jest źle. Winić lub chwalić za to można tych z lewej lub tych z prawej, wedle upodobania lub zamówienia.
To prawda: wielkość przyrostu PKB nie poraża, zwłaszcza na tle wyniku poprzedniego roku. Ale też wynik roku 2004 pozostawał pod wpływem zjawiska „pierwszego dnia w UE”, przed którym to dokonywano zmasowanych transakcji, trochę na wszelki wypadek. Rok 2005 był tymczasem pierwszym pełnym rokiem członkostwa Polski w UE i jako taki jest jedyny w swoim rodzaju. Ponadto te smętne 3,2 proc. wzrostu PKB kształtowało się przez cały rok, a ten miał swoją dynamikę. Okazuje się na przykład, że tempo rozwoju zwiększało się w kolejnych kwartałach i z końcem roku tryby gospodarki poruszały się już całkiem żwawo (prawdopodobnie, bo nie znamy jeszcze szczegółowych danych dotyczących IV kwartału).
Po stronie pozytywów zapisać też trzeba skalę wzrostu inwestycji. To dobrze wróży na przyszłość, a ponadto wiadomo, że rozwijane inwestycje w pierwszym okresie pozornie hamują przyrost PKB. Cieszyć również może relatywnie wysoka dynamika eksportu, przy wyraźnie mniejszym wzroście importu.
Liczby pokazują zatem gospodarkę maszerującą w niezłej kondycji. I to największa pułapka, bo w 3-procentowym tempie Polska Europy nigdy nie dogoni. Potrzebny jest nie marsz, nawet rytmiczny, ale bieg — i to na długim dystansie. Spacery są dobre dla emerytów.