Mimo rekordów jakie w środę ustanawiały notowania ropy naftowej, amerykańcy inwestorzy wykazali nadspodziewany, godny naśladowania hart ducha, w efekcie czego mogli kończyć notowania w dosyć dobrych nastrojach.
Cena baryłki ropy zwyżkowała w środę do niewyobrażalnej do niedawna wartości 42,45 USD. Na szczęście na tym poziomie nie zagościła na długo, a jej dalszy wzrost powstrzymywały oczekiwania na wyniki czwartkowego posiedzenia krajów OPEC. W powszechnej opinii, najwięksi eksporterzy „czarnego” złota zwiększą wydobycie. Nie milkną jednak spekulacje odnośnie potencjalnych problemów z dostawami ropy, snute są wizje ataków terrorystycznych na ropociągi, tankowce i firmy handlujące ropą.
W takim kontekście, nawet pozytywna dla konsumentów decyzja OPEC może nie znaleźć większego przełożenia na ich portfele. Ropa jak była droga, tak może pozostać. Na razie udało się jej jednak spaść o ponad 5 proc. Surowiec w lipcowych dostawach wyceniano na nowojorskiej giełdzie surowcowej na 39,96 USD/b.
Gracze w Stanach żyli jednak podczas dzisiejszej sesji przysłowiową „chwilą” i starali się, a przynajmniej takie sprawiali wrażenie, patrząc przez pryzmat nieco wyższych niż w poprzednich dniach obrotów, skupić się przede wszystkim na informacjach ze spółek. Faktem jednak jest, że ich działania cechowała ostrożność wynikająca z mającej nastąpić w piątek publikacji danych z rynku pracy. A mogą one przesądzić o podwyżce stóp procentowych. Jeśli liczba miejsc pracy poza sektorem rolniczym wzrośnie jak szacują analitycy z 216 do 288 tys., oznaczać to będzie, że rynek pracy w USA wyszedł na prostą, a to otwiera drogę Fed do zaostrzenia polityki monetarnej. Gorące nastroje starał się tonować sam szef Rezerwy Federalnej, Alan Greenspan, który zasugerował jednemu z senatorów, że ewentualne zmiany stóp będą bardzo umiarkowane i stopniowe,
O tym, że inwestorzy na Wall Street i Nasdaq nie dopuszczali do siebie złych informacji przekonuje dosyć spokojna reakcja na doniesienia o ataku rakietowym na bazę US Army w Kirkuku w północnym Iraku.
Po udanym początku, późniejszej korekcie, nowojorski rynek od połowy sesji zaczął odrabiać straty. Dopiero ostatnia godzina handlu przyniosła lekką zmianę trendu wywołaną realizacją zysków. Widać, że część inwestorów woli nie pozostawać z akcjami nawet przez noc.
Gracze szczególnie uważnie przyglądali się spółkom technologicznych, zwłaszcza producentom chipów. Mają bowiem w perspektywie czwartkowej sesji weryfikację prognoz przez Intela – największego na świecie wytwórcę mikroprocesorów. Patrząc na tracący na wartości kurs akcji spółki (-1,13 proc.) można oczekiwać, że nowe prognozy raczej nie zachwycą. Jak się wydaje, to właśnie obawy o zmniejszone szacunki sprzedaży przedstawicieli branży półprzewodników, doprowadziły w połowie sesji do znaczącego tąpnięcia rynku Nasdaq. Swoje trzy grosze miało w tym też, obniżenie rekomendacji dla Applied Materials dokonane przez analityków Citigroup. Kurs notowanej na Nasdaq spółki zniżkował o 2,8 proc.
Z grona spółek tworzących średnią Dow Jones słabo prezentował się w środę gigant detaliczny, Home Depot. Inwestorzy przychylili się do opinii specjalistów z Banc of America, którzy stwierdzili „..że mimo znaczącego progresu jaki spółka zrealizowała pod rządami Boba Nardelli’ego, niekorzystne cykle koniunkturalne na rynku doprowadziły do spadku liczby klientów”. Na dodatek, spółka niepotrzebnie zaczęła skłaniać się ku sprzedaży najdroższych towarów. W efekcie, cena akcji największej amerykańskiej sieci sklepów budowlanych spadła o 0,25 proc.
Na przeciwnym biegunie rynku znalazły się papiery Boeinga, Johnson&Johnson i Procter&Gamble, które dzięki środowej zwyżce znalazły się na najwyższych od 52 tygodni poziomach.
Na finiszu dzisiejszej sesji indeks Dow Jones zanotował wzrost o 0,59 proc. Nie udało się natomiast obronić zdobyczy rynkowi technologicznemu, który na zamknięciu mógł „pochwalić się” 0,09-proc. korektą.
WST