Spokój zachowują tylko budżetowe święte krowy

Jacek Zalewski
13-09-2006, 00:00

W tym roku nie zachodzą przesłanki „wyjątkowości”, przewidziane w art. 222 Konstytucji RP, a w związku z tym projekt ustawy budżetowej na rok 2007 ma wpłynąć do Sejmu najpóźniej 30 września. I wpłynie, chociaż takiego zgiełku w rządowej fazie prac nad budżetem nie było jeszcze nigdy. Premier Jarosław Kaczyński nie powinien jednak czuć się nim zaskoczony, albowiem wojna o pieniądze była wpisana w logikę dokooptowania Andrzeja Leppera i Romana Giertycha do rządu. Z punktu widzenia przygotowania projektu budżetu sytuacja gabinetu mniejszościowego okazuje się wręcz... komfortowa. Najśmieszniejsze, że powstanie większościowej koalicji PiS z Samoobroną i LPR wcale nie zagwarantowało powodzenia ustawy w Sejmie, a jedynie przeniosło konflikty do Rady Ministrów.

Przypomnijmy, że w trosce o finanse publiczne Konstytucja RP od roku 1997 zakazuje parlamentarzystom zwiększania deficytu budżetowego ponad kwotę ustaloną w projekcie rządowym. Oczywiście posłowie — ze wszystkich partii! — szybko nauczyli się obchodzić ten przepis, sztucznie podnosząc dochody i całkowicie realnie zwiększając wydatki. Sejm potrafi „doszacowywać” dochody dokładniej od wstrzemięźliwego resortu finansów. W tym roku minister Stanisław Kluza okazał się wyjątkowo ostrożny i najpierw „zagubił” gdzieś 4 mld złotych, by później cudownie „znaleźć” 3 mld. Jeśli wróci wicepremier Zyta Gilowska, to odnajdzie czwarty miliard i wszystko wróci do kwot zaprojektowanych jeszcze przez nią.

Populistyczni koalicjanci zdają sobie sprawę, że w najbliższych kilkunastu dniach rozstrzygnie się, na jakim poziomie deficytu zapadnie rządowa klamka — dlatego tak walczą o dociążenie 30-miliardowej kotwicy przynajmniej 3 miliardami. Ale wszystko co mogą zrobić, to zgłosić sprzeciw wobec projektu budżetu — i najwyżej zostaną przegłosowani. W tej chwili konstytucyjnych członków Rady Ministrów jest (licząc z premierem) 22, tymczasem Samoobrona dysponuje 3 głosami, a LPR — 2. Notabene wczoraj Roman Giertych wraz z posłusznym mu Rafałem Wiecheckim przećwiczyli wobec jednej ustawy taki sprzeciw, mający znaczenie wyłącznie polityczno-propagandowe.

Koalicyjnymi wojnami zupełnie nie przejmuje się specyficzna kategoria budżetożerców, czyli słynne „święte krowy” — kancelarie prezydenta i parlamentu, sądy i trybunały, rzecznicy rozmaitych praw etc. Owe rozpasane finansowo instytucje po prostu wstawiają projekty swoich budżetów do projektu ustawy i Radzie Ministrów nic do tego. Ewentualne przycięcie wydatków może nastąpić dopiero w parlamencie, ale jeśli do niego dochodzi, to tylko symbolicznie. Przy inflacji poniżej 2 proc., „święte krowy” popodwyższały sobie budżety o kilkanaście procent, chociaż trafiają się odchyłki od średniej — na przykład Kancelaria Sejmu chce więcej tylko o 0,3 proc., za to Kancelaria Senatu aż o 21,3 proc. W każdym razie te cząstkowe projekty są najlepszym dowodem, że idea taniego państwa okazała się tylko wyborczą parą Prawa i Sprawiedliwości i już dawno uleciała w gwizdek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Spokój zachowują tylko budżetowe święte krowy