Nie, no... pan to chyba przesadza! — takimi słowami zwrócił się do mnie pracownik stacji benzynowej, na której zatrzymałem się w celu zagrania w totolotka. Pamiętacie ostatnią kumulację? Było 60 milionów złotych do zgarnięcia. Postanowiłem dać sobie szansę. Pracownik stacji mówił jednak coś o dawaniu szansy innym i że dwa razy z rzędu to ja kumulacji raczej nie trafię.
— Jakie dwa? O co panu chodzi? — O świeże Audi R8, którym pan przyjechał — żartował dalej. To R8 V10 Plus — oznajmiłem z dumą, by zaraz zdać sobie sprawę z tego, że sobie nie pomagam. Poza pracownikiem stacji łacha ze mnie darła już połowa kolejki.
Poczułem się dziwnie. Czym prędzej zgarnąłem bilet za 10 zł na 60 mln zł i wsiadłem do auta za… 1 mln zł.
Szpital świadomości
Różnica między tym, co mam, a tym, co musiałbym mieć, by być właścicielem Audi R8 V10 Plus, jest tak ogromna, jak kwota na bilecie, który włożyłem do kieszeni, a dychą, którą zapłaciłem. Ale w tej konkretnej chwili zupełnie mi to nie wadzi. Oto ja, skromniś z Warszawy, dostałem we własne łapy prawdziwy supersamochód. Nie jego wizerunek na plakacie, nie katalog. Po prostu moje „własne” 610 koni w opakowaniu przyprawiającym o dreszcze. Audi nawet nieprzypuszcza, jak dobrze mi zrobiło. Bo nikt w Audi wiedzieć nie mógł, że, po pierwsze, spełnił jedno z moich motoryzacyjnych marzeń, i po wtóre, zafundował mi kurację. Spa dla duszy, Ciechocinek dla serca, no i — jak się zaraz okaże — sterydy dla pychy. Świecie! Nadchodzę! Powiedz, jak leczysz umęczoną codziennymi problemami duszę? Jak poprawiasz sobie humor? Jak odreagowujesz stres? Kiedy przychodzi ten moment, gdy zostajesz sam na sam ze sobą, to co wtedy robisz? Alkohol? Znieczula… ale jest niebezpieczny. Sport? Wybiegasz stres. Zmęczenie pozwoli na chwilę zapomnieć. Ale twoje kolana wyraźnie oponują. Dobra książka? Film?
Jest wiele sposobów. Moim są auta. Jak tylko zamknę drzwi samochodu, obudzę silnik i ruszę, zapominam o całym świecie. Nagle uwielbiam być sam. Przestaję tęsknić, martwić się i obawiać. Żaden psychoterapeuta z dyplomami nie wskóra tyle, ile mogą mi dać cztery koła. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, zatem nie będę. Ja i maszyna. Wystarczy do odcięcia się od wszystkiego, od czego odciąć się chcę lub potrzebuję. Moc silnika? W zasadzie nieistotna. Choć mocniejsze są skuteczniejsze — nie tylko szybciej jeżdżą, ale i szybciej działają. A tym razem zmęczony codziennością Marcin dostał maszynę przez duże M. Jedno z największych M, jakie w życiu widział. Nie mogłem więc przejść obojętnie obok możliwości skorzystania z tak atrakcyjnej kuracji. Zupełnie jak alkoholik nie przejdzie obojętnie obok darmowej wódki. Zacząłem się R8 najzwyczajniej w świecie upijać.
Serce w plecaku
Pierwotnie pod tym śródtytułem miała być oda do silnika. Pełna pochwał, cyferek określających poszczególne parametry i onomatopei oddających wrażenia dźwiękowe. Ale to nie ma sensu. Ograniczę się do kilku podstawowych wskaźników. Silnik pod przeszkloną pokrywą tuż za plecami kierowcy, V10, wolnoossący i „kręcący” się do niemal motocyklowych wartości. 3,2 sekundy po naciśnięciu pedału przyspieszenia do oporu na liczniku pojawia się 100 km/h, w nieco ponad 7 s jest już 200 km/h. Auto przestaje się rozpędzać dopiero po osiągnięciu 323 km/h. Ale w R8 nie o oszałamiające osiągi chodzi. Nie o ryk silnika i nawet nie o cenę. Chodzi o unikatowość obcowania z elitą motoryzacji. Z supersamochodem. Motoryzacyjną elitę stanowią obiekty, które rozpalają wyobraźnię. Można na nie patrzeć i patrzeć i nadal odkrywać kolejne detale i ciekawostki. W superautach dodatkowo forma podąża za funkcją. A R8 to auto do szybkiej, bardzo szybkiej jazdy. I tylko do tego. Fotel ustawiony, kierownica przysunięta, pasy zapięte. Wciskam czerwony guzik i momentalnie się uśmiecham. To będzie dobry dzień. Już przegazówka towarzysząca odpaleniu silnika sugeruje nadchodzącą falę adrenaliny i endorfin. Kłopoty odpływają razem ze spalinami. Tylko ja i ta dziesięciogłowa hydra za plecami. Hydra pod moimi rozkazami.
Nikt mnie nie lubi
Po kilkuset kilometrach na torze, autostradzie i w trasie dochodzę do wniosku, że to najdoskonalsza maszyna, jaką miałem pod kontrolą prawej stopy. Po szaleństwach z przyspieszaniem i hamowaniem (jak on hamuje!) nabieram pewności, że choć przychodzą „mojej hydrze” z łatwością, nie to jest celem jej istnienia. A co jest? Lśnienie na promenadzie, głośne przejazdy na pierwszym biegu i zwracanie na siebie uwagi. Cel i istota takich aut.
Kto widział w Monte Carlo korki supersamochodów na wąskich uliczkach, wie, o co mi chodzi. Śmiem zaryzykować twierdzenie, że duża część właścicieli takich pojazdów nie tyle chce je mieć, co po prostu musi. To tak jak ze smokingiem. W pewnych okolicznościach jest wymagany, a każdy inny strój to wtopa. W świecie właścicieli jachtów za kilkadziesiąt milionów euro (nie mówiąc już o tych za kilkaset) najzwyczajniej superauto należy mieć w garażu. Choćby Audi R8. Po to powstają. By pozwolić właścicielowi wyjść z twarzą. Znaczy, żyć z twarzą… a nie czuć się jak na kolacji u królowej w „wieczorowym” dresie z kreszu. I teraz wróćmy do mnie. Marcina w aucie dla elit. Jak się czuję? Jeśli chodzi o osiągi auta — doskonale. Chandra mija, radość jest, szczęście nawet. Ale czuję się też nielubiany. Wzrok przechodniów nie pozostawia złudzeń. Nienawidzą mnie. Otwarte okno pozwala co nieco usłyszeć:
— Patrz, jakie auto! — Taa, synalek komunisty! — I pedał!
Tłum z aparatami
Jednak samo R8, a tym bardziej jego mocniejsza wersja, czyli „moje” R8 V10 plus, budzi tylko pozytywne emocje. Z kawiarni obserwowałem tłum chłopaków, którzy zachwycali się jego linią i radowali, że pierwszy raz na żywo widzą najnowszy model. Robili zdjęcia. Część tych fotek widziałem potem w internecie. Pasjonaci. Kto inny gania z aparatem po Warszawie w nadziei, że upoluje jakieś fajne auto?
Chciałem z nimi pogadać. Pokazać auto w środku. I dać szansę przynajmniej na zajęcie miejsca kierowcy. Bo nie mają tyle szczęścia co ja. Podszedłem. Na mój widok uciekli. Dosłownie. Podobnych sytuacji było więcej. Scenariusz jeden. Zainteresowanie budzi R8, ale jego kierowca budzi strach i niechęć. Lub — co chyba częstsze — poczucie braku linii porozumienia. Dlatego chcę się wyspowiadać. Przed wami. Zgrzeszyłem. I żałuję. R8 V10 Plus to demon. Kusi przyspieszeniem i rykiem. Nakłania do złego. Ma tyle agresji, że przelewa ją na nieobytego z elitami kierowcę. No i przelał. Szybciej w życiu nie jechałem. I to na drodze publicznej. W życiu też nie zapłaciłem wyższego mandatu. Policjant, który mi go wypisywał, powiedział coś, co sprawiło, że poczułem się jak dziecko skarcone przez ojca.
— Panie Marcinie, przykro, że dziennikarz motoryzacyjny robi tak nieodpowiedzialne rzeczy. Innym mówię, że autostrada to nie tor. Pan to wie. I dlatego to jest najzwyczajniej w świecie przykre — tak mi wygarnął. No i miał rację. A ja, przegoniwszy moje złe duchy, oddałem R8 bez żalu. To doskonały samochód, jeden z najdoskonalszych, z jakimi obcowałem. Ale wymaga obytego w elitarnej kindersztubie kierowcy. Takiego, co ma jacht, kilka rezydencji i wystarczy mu świadomość mocy, jaką dysponuje. Nie musi jej udowadniać. To auto dla gościa z klasą. A ja? Ja nawet pontonu nie mam… &
NA ZDJĘCIACH:
Cena. Na Audi R8 coupé z silnikiem 5.2 FSI quattro trzeba u nas wysupłać 790 000 zł. Jeżeli zaś chcecie się sycić słowem „plus” w nazwie, trzeba wydać 895 000 zł. W zamian dostaniecie więcej mocy i ceramiczne hamulce.
Wzorzec. Są dziedziny, w których Audi R8 jest dla innych superaut wzorem godnym naśladowania. To pojazd na każdą pogodę, bo napęd quattro jest naprawdę świetnym sprzymierzeńcem 610 koni, gdy nagle przyjdzie im walczyć z mokrym asfaltem.