Sprawca przerzuca odpowiedzialność na sojuszników

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2026-03-31 18:07

Donald Trump twardo wypiera ze swojej świadomości coraz bardziej oczywiste niepowodzenie rozpętanej na jego rozkaz, zaś bezpośrednio sprowokowanej przez Benjamina Netanjahu wojny napastniczej z Iranem.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Na samym początku nieprawdopodobnie skutecznie zostali namierzeni i zabici – ale przez Izrael – ajatollah Ali Chamenei oraz kilku innych wysokich dowódców. Naloty i bombardowania Iranu spowodowały oczywiście wiele zniszczeń, ale niesłabnące odpowiedzi republiki islamskiej potwierdzają jej żywotność. Szok przeżywają atakowane odwetowo niejako przy okazji bogate państwa arabskie nad Zatoką Perską, które jeszcze niedawno na rozkaz Donalda Trumpa zgłosiły potulnie akces do jego kadłubowej tzw. Rady Pokoju, która po 28 lutego 2026 r. mogłaby przemianować się na Radę Wojny.

Po miesiącu agresji Donald Trump stanął na decyzyjnym rozdrożu. Jego alternatywa jest w sumie prosta – albo brnięcie coraz głębiej w wojenne bagno, albo podwinięcie ogona i zawieszenie ataków, oczywiście przykryte wizerunkowo fanfarami wyimaginowanego zwycięstwa. Bagnem byłoby zajęcie przez amerykańskie wojska lądowe irańskiej wyspy Chark, czyli odległego od stałego lądu o 25 kilometrów głównego terminala morskiego, przez który wychodzi 90 proc. irańskiego eksportu ropy. Byłby to odwet za zamknięcie przez Teheran Cieśniny Ormuz, przez którą do wybuchu wojny przepływało z Zatoki Perskiej około 20 proc. światowej ropy oraz skroplonego gazu ziemnego.

Prezydent USA zmienia wersje co chwilę, ale według najnowszych przychyla się jednak do podwinięcia ogona. Wymyślił hybrydę, jak stopniowo wycofać się z frontu wojny na Bliskim Wschodzie i zarazem zrzucić z siebie odpowiedzialność za pogłębiający się światowy kryzys paliwowy i skokowy wzrost cen surowców energetycznych. Zasugerował państwom członkowskim Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO), które nie chciały go poprzeć w wojnie z Iranem – absolutnie nieuzgodnionej z sojusznikami oraz łamiącej Kartę Narodów Zjednoczonych – a teraz narzekają na niedobory paliwa, zwłaszcza lotniczego, by surowiec kupowały od Stanów Zjednoczonych lub po prostu… wzięły go sobie same z zablokowanej Cieśniny Ormuz. Co ważne uderzył zwłaszcza w europejskie potęgi militarne NATO, posiadające broń atomową i status stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ – Wielką Brytanię i Francję. Premier Keir Starmer i prezydent Emmanuel Macron trzymają się jak najdalej od decyzyjnej nieodpowiedzialności Donalda Trumpa, nie chcieli słyszeć o wsparciu szkodliwej dla całego świata samowolki wojennej. Być może jednak oba ważne państwa NATO zostaną rozwojem sytuacji zmuszone – ale w porozumieniu z Iranem – do wysłania do Cieśniny Ormuz jednostek konwojowych oraz oczyszczających akwen z min.

Polska dotychczas znajduje się na uboczu wojennej awantury Donalda Trumpa. Podobnie jak cały świat odczuwamy oczywiście ogromny wzrost cen surowców energetycznych, chociaż akurat przez Ormuz sprowadzamy tylko skroplony gaz. Niespodziewanie jednak objawił się problem pośrednio związany z wojną amerykańsko-izraelską z Iranem, natomiast bezpośrednio z obronnością Polski. Intensywność nalotów, a także konieczność odpowiedzi na zaskakujące kontrakcje napadniętej republiki islamskiej, spowodowały bardzo szybkie wyczerpywanie się amerykańskich zasobów uzbrojenia, zwłaszcza rakietowych. W związku z tym Pentagon na razie wstępnie sonduje u sojuszników w Europie ewentualność przerzucenia sprzedanych im przez USA cennych broni na bliskowschodni teatr działań wojennych.

We wtorek upowszechnione zostało nieoficjalnie takie oczekiwanie wobec Polski. Chodziłoby o zabranie jednego zestawu rakiet Patriot, spośród zainstalowanych już na stałe w osłonie Warszawy w 37. Dywizjonie Rakietowym Obrony Powietrznej. Od grudnia 2025 r. stolica ma zapewnioną obronę przeciwko atakom pocisków balistycznych, bo wcześniej stosowane systemy miały jedynie możliwość niszczenia celów aerodynamicznych. Pierwsza odpowiedź ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza na nieoficjalne pogłoski była jednoznaczna – o jakimkolwiek osłabieniu zasobów już wprowadzonych do służby w siłach zbrojnych nie ma mowy. Zupełnie innym rozdziałem, który się nieuchronnie otwiera, jest natomiast kwestia wiarygodności Stanów Zjednoczonych Ameryki w harmonogramie dostaw do Polski nowego sprzętu zgodnie z podpisanymi kontraktami.