Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej złożył trwającą dobę wizytę roboczą w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Gdyby odliczyć spotkanie polonijne – nie w ambasadzie, lecz w nowoczesnym muzeum brytyjskiej armii – oraz obowiązkowe przy takich okazjach złożenie wieńca na cmentarzu polskich lotników w Northolt, to na spotkanie Karola Nawrockiego z Keirem Starmerem pod kultową dziesiątką (adres Downing Street 10) pozostało łącznie poniżej 45 minut w dwóch formułach – w cztery oczy oraz z udziałem delegacji. Takie są realia politycznych wizyt, w tak krótkim czasie daje się tylko coś tam wspomnieć z agendy przygotowywanej przez kancelarie oraz resorty spraw zagranicznych. Naprawdę chodzi bardzo prozaicznie o fizyczne zaznajomienie się polityków. Obaj uczestnicy widzieli się pierwszy raz, albowiem stałym protokolarnym partnerem premiera rządu Jego Królewskiej Mości po naszej stronie jest prezes Rady Ministrów i ci spotykają się regularnie. Keir Starmer w 2025 r. był w Polsce, ale wtedy gościł kurtuazyjnie jeszcze u Andrzeja Dudy.
Zagraniczne spotkania Karola Nawrockiego ze społecznościami polonijnymi skażone są tym samym syndromem, co niegdyś Andrzeja Dudy. W głosach oddanych w wyborach prezydenckich poza krajem – czyli przez stałą Polonię oraz Polaków będących akurat w podroży – w drugiej turze 1 czerwca 2025 r. Karol Nawrocki na ringu wyborczym z Rafałem Trzaskowskim padł znokautowany procentowo 36,51 do 63,49. W samej Wielkiej Brytanii również, chociaż rozmiary porażki były ciut mniejsze – 39,28 do 60,72, przy czym obwodów głosowania zorganizowano tam aż 108, zatem do urny dotarł każdy zainteresowany brytyjski Polak. Realia liczbowe ostatnich wyborów przypominam w małym sektorze zagranicznym nieprzypadkowo, albowiem w kraju sam Karol Nawrocki i jego dwór w kółko nagłaśniają ponad 10-milionową silną legitymację prezydentury. Całkowicie przemilczają niewygodną okoliczność, że rywal z zupełnie inną wizją Polski również zebrał ponad 10 milionów, różnica wyniosła zaledwie 370 tys. – zaokrągliłem ją po skorygowaniu na korzyść Rafała Trzaskowskiego fałszywek ujawnionych w protokołach kilkunastu komisji.
Komunikaty polityków po kurtuazyjnych rozmowach są standardowo przepojone ogólnikami. W ocenach sytuacji w agresywnej wojnie Rosji z Ukrainą nie usłyszeliśmy niczego nowego, Polska i Wielka Brytania trzymają sojuszniczą sztamę. Przy czym nieustająco trzeba pamiętać, że w naszym konstytucyjnym ustroju parlamentarno-gabinetowym prezydent RP ma do powiedzenia oczywiście więcej, niż na przykład brytyjski monarcha, ale jego decyzyjność własna (poza podpisywaniem aktów prawnych i dokumentów wytworzonych przez parlament, rząd lub inne organy) jest bardzo ograniczona. Wsłuchiwałem się w konkrety, jakie Karol Nawrocki miał do powiedzenia przed premierowskimi drzwiami na Downing Street. Nie było niczego o doświadczeniach brexitu, bo w tej kwestii gość usłyszałby akurat od Keira Starmera silną przestrogę, by nawet nie śmiał pomyśleć o inspirowaniu u nas kogokolwiek do polexitu.
Trafiła się jednak konkretna ciekawostka, prawdziwy cel wizyty w Londynie. Oto prezydent poprosił premiera o niezapominanie o Polsce w zaproszeniach na szczyt G20 w roku… 2027. Tą niesformalizowaną grupą obecnie rządzi osobiście prezydent Donald Trump i w grudniu 2026 r. w Miami będzie gościł Polskę w osobie Karola Nawrockiego, czego nie może przeżyć Donald Tusk. Kolejne roczne przewodnictwo przejmuje Wielka Brytania i to wyłącznie od jej premiera zależy, czy Polska ponownie uzyska na szczycie G20 status nadprogramowego gościa (dokładnie taki mamy w Miami) i kto fizycznie będzie nas reprezentował. Donald Tusk nie wyobraża sobie, żeby wtedy nie był to on, natomiast Karol Nawrocki już rozpoczął perspektywiczne starania, by zagościć na G20 powtórnie. W tej przyszłościowej rywalizacji istotne znaczenie będzie miał termin przyszłorocznego szczytu. Jeśli odbędzie się w listopadzie czy grudniu 2027 r., to Donald Tusk może już nie być premierem, podobnie zresztą jak… słabnący w sondażach Keir Starmer.

