Stodoła, nisze i priwyczki

Karol Jedliński
opublikowano: 2006-10-06 00:00

Sprzedają szyby do fabryki Lamborghini. A w przerwach między rajdami off-road i podróżami planują podbój niemieckiego rynku.

Wiekowy Czapajew (rocznik 48) wyje niemiłosiernie. A jedzie niezbyt szybko, może z 50 km na godzinę. Jak to po mieście, w tym wypadku — Koszalinie. Zresztą leciwy prędkościomierz w radzieckim wojskowym dżipie szwankuje. Za to lśnią przednie szyby.

— U nas wstawiane — mówi Janusz Jankowiak, współwłaściciel firmy Jaana, i skręca w gruntową drogę.

Nieźle buja, ale większe wrażenie robi odważna architektura dopiero co wybudowanej, trzeciej już fabryki szyb samochodowych, wyłaniającej się zza zbocza. W środku, na kilkunastu tysiącach metrów kwadratowych zmieściło się kilkadziesiąt maszyn, od pieców, przez komory ciśnieniowe, po lakiernię. Trwa rozruch, oficjalne otwarcie w przyszłym roku. Gdzieniegdzie szkło skrzypi pod nogami.

— Tu ruszymy też ze szkłem hartowanym, m.in. dla budownictwa, zaczynamy nowy etap — przekonuje współwłaściciel koszalińskiego Jaana.

Kasety z łóżka

Nie ma powodów, żeby mu nie wierzyć. Gdyby takie deklaracje składał kilkanaście lat temu, nikt by nie brał ich na poważnie. Dziś Jaan szybko zmierza ku milionowi szyb rocznie opuszczających trzy fabryki. Ponad tysiąc różnych wzorów, do każdego prawie samochodu — od malucha po maserati. W ofercie są też czołowe szyby autobusowe i do pociągów. Te ostatnie potrafią kosztować od 2 do 4 tys. euro. Do tego dochodzi ponad 30 lokalnych oddziałów i hurtowni, punktów serwisowych i kilkudziesięciu partnerów, gdzie można kupić i wstawić szybę. Jak dobrze pójdzie, w przyszłym roku takich montaży będzie ze sto tysięcy. W skład Jaana wchodzi na razie Nordglass, producent szyb samochodowych, i Autoglass Jaan wykonujący montaże w całej Polsce.

Zaczęło się od polowego łóżka na ulicach Koszalina i przydomowych garaży. Dwóch wspólników, niedługo po studiach. Znajomi ze szkoły średniej — Janusz Jankowiak i Andrzej Woźniakowski.

— Od początku chcieliśmy kreować rynkowe nisze — tak o strategii firmy mówi ten ostatni.

Naleśniki w stodole

Mimo że dziś pracowników jest ponad 700, a przychody spółki sięgają 145 mln złotych, wciąż nie są biznesowymi gwiazdami. Są za to największym inwestorem w słupskiej strefie ekonomicznej. Owszem, był tytuł Gazeli Biznesu, nagrody od wojewody, ale jeśli ktoś ich zna, to raczej lokalnie. Za mało widowiskowa branża.

— Na początku lat 90. były kasety i opony — Andrzej Woźniakowski wylicza wcześniejsze zajęcia przedsiębiorców.

Potem pojawiły się szyby.

— Zaczęliśmy budować sieć montażową, ale koszty importu nas podjadały. Ponad 80 proc. ceny zakupu szyby stanowiły podatki, opłaty administracyjne, cła — opisuje Andrzej Woźniakowski.

Przypadkowo, w poszukiwaniu tańszego towaru trafili do Finlandii, do niewielkiego zakładu produkującego szyby.

— Skoro ten gość może to robić w takiej stodole, to możemy i my — zawyrokował Janusz Jankowiak.

Sprzęt i wiedzę kupili właśnie od Fina, a pierwszy prawie dwudziestoletni piec — z Norwegii. Zaczęli od produkcji naleśników, czyli szyb o niezbyt wyrafinowanych kształtach. Bo szyba samochodowa wymaga technologii nie tylko ze względu na to, z czego się składa i czy ma wtopione anteny, czujniki światła albo deszczu. Im bardziej pogięta, tym bardziej skomplikowana. Tu klucz do sukcesu tkwi w piecu. Dlatego po roku kupili nowy.

Nieplanowany zakład

Mercedes wśród szyb — to był i jest podstawowy cel. Dziś, co rusz do koszalińskiej fabryki wjeżdżają nowe maszyny. 1,5 mln euro na nowy piec? Proszę bardzo.

— Teraz wszystkim steruje komputer, kiedyś operator obserwował, jak się szyba gnie i zależnie od tego włączał lub wyłączał grzałki. Raz mu wyszło lepiej, raz gorzej — zaznacza Janusz Jankowiak.

45 minut, w temperaturze 150 stopni Celsjusza i pod ciśnieniem 10 barów — tyle trwa produkcja jednej szyby. 43 mln zł — tyle wyniosły nakłady inwestycyjne Jaana w ostatnich miesiącach. Za te właśnie pieniądze powstał nowy zakład. Choć miało go nie być.

— Kiedy budowaliśmy drugi, powiedzieliśmy sobie — basta. Potem rozbudowaliśmy go dwukrotnie, ale i tak się tam nie mieściliśmy — przyznaje Andrzej Woźniakowski.

Tempo i skala rozwoju trochę ich zaskakuje. Ale niskie koszty produkcji czynią szyby konkurencyjnym produktem także na rynkach zachodnich.

— Na eksport idzie 50 proc., najlepiej zarabiamy na szybach pancernych — obrazuje sytuację Janusz Jankowiak.

Kiedyś sam majstrował przy maszynach. Kiedy wszędzie weszły procesory, swoją pasję skierował na stare samochody. Najlepiej terenowe.

Zabawki bez ciśnienia

Gdy w naszej rozmowie pojawia się temat czterech kółek, widać w jego oczach błysk, którego nie było, gdy opowiadał o biznesie.

W słoneczne dni przydaje się Czapajew. Ostatni nabytek to dodge pickup V8 z 1951 r., na razie czeka na remont. Wielką uwagę koszalinian przyciąga inna „zabawka” Janusza Jankowiaka — czerwony, błyszczący chevrolet apache V8 z 1959 r. Na dłuższe wycieczki czeka dwudziestoletni, wojskowy mercedes wolf. Do rajdów przeprawowych, taplaniu się w błocie, wiszenia na urwiskach zostaje przerobiony jeep wrangler.

— Off-road to raczej okazja do spotkań towarzyskich i pokoziołkowania po łące niż wyścigi. Bez ciśnienia na wynik — zaznacza biznesmen.

Kolekcję koni mechanicznych uzupełnia motor bmw 1150 RS. Do setki rozpędza się w 4,1 sek. Swoją motoryzacyjną pasję puentuje rosyjskim przysłowiem:

— U bagatych jest swoi priwyczki.

Obaj wspólnicy przyzwyczaili się też do tego, że raczej nie wchodzą sobie w drogę.

— Mamy zupełnie inną mentalność, dlatego kręcą nas różne aspekty biznesu — przyznaje Andrzej Woźniakowski, odpowiedzialny w Jaanie za rozwój sieci dystrybucji i punktów montażowych.

Produkcja to działka Janusza Jankowiaka. Jedynie strategiczne decyzje podejmują wspólnie. Na co dzień każdy działa na swoim odcinku frontu.

— Podejrzewam, że wspólnik nigdy nie był w połowie naszych punktów montażowych. Ja, wchodząc do fabryki, nie udaję, że wiem, co i do czego — dodaje Andrzej Woźniakowski.

Trzy lata temu jego biznesowa działka dostała duży zastrzyk. Koszalińska spółka podpisała umowę franczyzy z Belronem, największą firmą montażową na świecie. Stąd pojawił się Autoglass w nazwie punktów montażowych.

Tętent słonia

Koszty są niemałe, ale w zamian Belron daje dostęp do szkoleń, najlepszych materiałów do montażu i prestiż. Spadła liczba reklamacji, wzrosła wydajność.

Dzięki m.in. takim decyzjom Jaan (czyli dwie pierwsze litery od imion właścicieli) ma udziały w rynku montażu i produkcji szyb samochodowych w Polsce na poziomie 30-40 proc.

— Zaczynamy zerkać za granicę — zdradzają zachodniopomorscy biznesmeni.

Tam szyby idą nie tylko na aftermarket. Niektóre nowe modele Lamborghini, Maserati czy Wiesmanna montowane są z szybami Nordglass. Biznesmeni chcą spróbować sił w Niemczech, otworzyć tam własne hurtownie.

— Wydzierając 5-7 proc. niemieckiego rynku, osiągniemy takie obroty jak przy 40 proc. polskiego — kalkuluje Andrzej Woźniakowski.

Jego samego też ciągnie za granicę. Niekoniecznie w celach służbowych. Bo w biznes trzeba się angażować, ale i umieć go dozować. W przerwach jest właśnie czas na przyjemności, czyli wyjazdy w dzikie zakątki. Ale nie takie quasi-dzikie, z opieką Leszka Cichego czy Wojciecha Cejrowskiego.

— Wszystko organizuję sam, zbieram znajomych, szykuję sprzęt fotograficzny. Jeśli przewodnik, to tylko miejscowy — opowiada.

Wynajmują dżipy i wio, choćby w afrykański busz. Biznes przyzwyczaił go do ofensywnego stylu działania, kontakt z dziką naturą uczy pokory. Jak wtedy, gdy podchodzili stado słoni w Namibii. Nagle zmienił się wiatr, zwierzęta wyczuły intruzów. Instrukcja przewodnika była prosta: uciekajcie na wprost, jak usłyszycie tętent tuż za piętami, skręcajcie gwałtownie w bok. Słoń siłą rozpędu poleci prosto i po kilku razach da wam spokój. Sytuacja zupełnie odwrotna od tej w biznesie — tu to on musiał się liczyć z dużym.