STOLICA POTRZEBUJE NOWYCH HOTELI

Renata Zawadzka
opublikowano: 18-06-1999, 00:00

STOLICA POTRZEBUJE NOWYCH HOTELI

Tylko spokojnie: Oczywiście Warszawa nigdy nie będzie Frankfurtem, Londynem czy Paryżem, nie mniej fakt włączania nas do struktur europejskich czy światowych prowokuje zwiększoną potrzebę kontaktów. Moim zdaniem, gdy w ciągu najbliższych pięciu lat, powstanie pięć podobnych hoteli do naszego nie będzie żadnego zagrożenia dla tych, które już są — mówi Grzegorz Zientkowski, dyrektor hotelu Holiday Inn.

Warszawski hotel Holiday Inn obchodzi w tym roku swoje dziesięciolecie. Już za rok rozpocznie się jego rozbudowa. Zdaniem Grzegorza Zientkowskiego, dyrektora Holiday Inn, każdy hotel starzeje się nie tylko materialnie, ale i moralnie. Musi być więc stale modernizowany. Zaś rozbudowa obiektu to sprawa koniunktury. W opinii dyrektora Warszawa może w ciągu najbliższych pięciu lat wchłonąć pięć podobnych hoteli, bez żadnego zagrożenia dla tych, które już są.

„Puls Biznesu”: W ciągu dziesięciu lat nastąpiło w naszym kraju wiele zmian. Które z nich okazały się najistotniejsze dla hotelu?

Grzegorz Zientkowski: Będąc już „pomazanym” przez dyrektora Orbisu, uczestniczyłem w rozmowach dotyczących tego hotelu jeszcze w fazie, kiedy był na deskach kreślarskich. Formalnie od 1 sierpnia 1987 r. urzędowałem na placu budowy, wówczas jeszcze w baraku, i organizowałem całą firmę od początku. Kiedy podejmowano decyzję o budowie hotelu, to był „dziki zachód” — taka była potoczna nazwa tego rejonu. Wszyscy się dziwili, pukali w głowę. Ja to samo robiłem. W tej chwili jest to najlepsza lokalizacja dla hotelu obsługującego ludzi interesu. Proszę popatrzeć, jak zmieniło się otoczenie hotelu. Jest już Centrum Finansowe, Warsaw Tower, Kaskada, nowy obiekt ma powstać w miejsce Akwarium, będzie PZU zaraz przy rondzie ONZ i wielkie Centrum Złota. Tu przenosi się realne centrum Warszawy. Nasza lokalizacja, kiedyś wyśmiewana, dziś jest prestiżowa.

— Czy tego prestiżu nie obniża dworzec kolejowy, który nie jest najbardziej ekskluzywnym miejscem w Warszawie?

— Nie narzekam. Mamy znakomity dojazd z lotniska. Nawet dworzec, który do niedawna dla kogoś, kto myślał o lokalizacji eleganckich hoteli, był kulą u nogi, niebawem stanie się punktem strategicznym. Mamy już intercity, będzie eurocity i kolej stanie się podstawowym środkiem lokomocji. Ludzie nie będą podróżować samolotami do Krakowa czy Katowic. Tak więc rośnie ranga tu zlokalizowanych hoteli, naszego czy Marriotta. To między innymi skłania Orbis do rozbudowy obiektu. Rozpoczął się już proces projektowania. To trochę potrwa. Poza naszymi marzeniami muszą być bowiem uwzględnione dwa podstawowe elementy: wytrzymałość konstrukcji i prawo budowlane. Niestety nawet na własnej działce nie można sobie dowolnie szaleć.

— Czy rzeczywiście Pana zdaniem rozbudowa jest konieczna?

— Każdy taki obiekt się starzeje nie tylko fizycznie, ale i moralnie. Klient za swoje, niemałe przecież pieniądze, oczekuje stale czegoś nowego. Tymczasem konstrukcje, materiały, które dziesięć lat temu były atrakcją, dziś są niemodne. W ciągu ostatnich trzech lat kompletnie przeobraziliśmy obydwie restauracje, sale konferencyjne, bary, recepcję. Jedno piętro zostało całkowicie zmodernizowane. W lipcu-sierpniu czeka nas przebudowa kolejnego. Zerwane zostanie wszystko do gołych ścian i skonstruowane na nowo z wprowadzeniem energooszczędnych instalacji. Modernizacji wymagają także podłogi i sufity. Chcieliśmy wprowadzić zmiany w otoczeniu hotelu. Są już projekty, rysunki, jak to ma wyglądać, ale całość prac wstrzymałem. Bo skoro za chwilę ma tu stanąć dźwig, to szkoda na to pieniędzy.

— To na co Pan je w takim razie wyda?

— Planujemy nadbudowanie trzech kondygnacji i rozbudowanie części niskiej: pierwszego i drugiego piętra. Tym sposobem zyskamy dodatkowo około 120 pokoi, rozszerzymy ofertę konferencyjną hotelu do łącznej powierzchni brutto około 2,5 tys. mkw. W tej chwili mamy mniej niż jedną czwartą tego. Już zaczynamy się dusić, a hotel, który nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom klientów, po prostu ich traci. Poza tym szkoda by było nie wykorzystać tak znakomitej lokalizacji.

— Chcecie zwiększyć powierzchnię użytkową hotelu. Czy to znaczy, że Warszawa cierpi na deficyt hoteli nastawionych na obsługę biznesu?

— Zdania na ten temat są podzielone. Ja uważam, że jest ich zdecydowanie za mało. Nie widzę powodu, by Warszawa za 15-20 lat miała być z tego punktu widzenia inna niż podobne europejskie miasta. Rozwój gospodarki powoduje aktywizację kontaktów międzyludzkich. Nie wszystko da się załatwić przez telefon. Zawsze trzeba sobie coś na ucho powiedzieć i popatrzeć głęboko w oczy partnerowi, z którym się negocjuje. Oczywiście Warszawa nigdy nie będzie Frankfurtem, Londynem czy Paryżem, niemniej fakt włączania nas do struktur europejskich czy światowych prowokuje zwiększoną potrzebę kontaktów. Organizuje się u nas coraz więcej różnych sympozjów, seminariów, konferencji. Raz jest to odprawa z dystrybutorami światowej sieci, w innym wypadku kongres poważnych naukowców. Mamy coraz więcej delegacji natowskich czy wojskowych przyjeżdżających w celu wymiany doświadczeń. Nie tylko my jeździmy do Brukseli, urzędnicy stamtąd też chętnie przyjeżdżają zobaczyć nowy kraj. To jest ruch, który przez najbliższe lata będzie wzrastał. Moim zdaniem, gdy w ciągu najbliższych pięciu lat powstanie pięć podobnych hoteli do naszego, nie będzie żadnego zagrożenia dla tych, które już są.

— To jednak może spowodować okresowe załamanie koniunktury. Obawy polskich hotelarzy budzi także perspektywa wejścia zagranicznych łańcuchów hotelowych. Jak Pan ocenia to zagrożenie?

— Wraz z pojawieniem się nowych obiektów frekwencja oczywiście spada. Musi minąć jakiś czas, zanim goście hotelowi dokonają powtórnie selekcji. Przez dwa, trzy miesiące trwa zamieszanie. Sheraton osiągnął podobną frekwencję do naszej, w ciągu kilku miesięcy. Raz tylko obserwowaliśmy duże załamanie koniunktury, w 1993 roku. Przybyły Mercure, Bristol, Jan III Sobieski, a Forum oddało dużą liczbę pokoi po remoncie — w krótkim czasie podwoiła się ilość pokoi hotelowych w Warszawie. Ten krach pozostał już tylko w pamięci.

Jeśli chodzi o zachodnie łańcuchy hotelowe, to nie łudźmy się, że rozprzestrzenią się one w Polsce z dnia na dzień. W 1993 roku w Amsterdamie Brian Langton, ówczesny prezydent systemu Holiday Inn, zapowiedział oficjalnie wszystkim z całej Europy, że podpisano porozumienie z jednym z amerykańskich inwestorów, gwarantujące, że w ciągu najbliższych 14 miesięcy w Polsce powstanie 21 dwugwiazdkowych hoteli Holiday Express. Minęło sześć lat i nic się nie stało. Właściciele systemu czerpią bowiem zyski z opłat licencyjnych, a nie z eksploatacji hoteli. W systemie Holiday Inn 90 proc. hoteli funkcjonuje na zasadzie franchisingu. Nasz np. należy do Orbisu.

Żeby to zagrożenie mogło być realne, potrzebny jest odważny kapitał, który uwierzy w to, że w Polsce można zrobić interes w tak dużym zakresie. W każdym razie, ci którzy obawiają się nadmiaru hoteli sieci Accor czy Holiday Inn, mogą spać spokojnie, póki nie znajdzie się kapitał inwestycyjny. A o to nie tak łatwo.

— Jak mógłby Pan podsumować dziesięciolecie hotelu?

— Dobrze się przyjęliśmy na rynku. Mamy dobrą opinię wśród naszych gości. Przez te dziesięć lat z usług hotelowych korzystało ponad 700 tys. osób. Niektórzy wracają do nas dziesiątki razy. W restauracjach, barach, kawiarniach gościliśmy ponad 3,6 mln osób.

Byliśmy bardzo wysoko oceniani przez system. Już po pierwszym roku funkcjonowania otrzymaliśmy Development Award — nagrodę za najlepsze osiągnięcia ekonomiczne dla hotelu w danym roku wchodzącego do systemu. Potem sześciokrotnie otrzymywaliśmy wyróżnienia przyznawane hotelom świadczącym usługi na najwyższym poziomie. Do tego, można powiedzieć, już się przyzwyczaiłem. Natomiast bywa, że coś miłego spotyka mnie niespodziewanie. W 1991 r. dość przypadkowo znalazłem w jednym z niemieckich magazynów wypowiedź mojego „zwierzchnika” z systemu, z której wynikało, że w Polsce jest tylko jeden hotel, właśnie Holiday Inn, który mógłby z powodzeniem funkcjonować w Niemczech. I to mnie, wprawdzie bardzo mile, ale zaskoczyło, bowiem ten pan jeszcze dwa lata wcześniej podchodził bardzo krytycznie do wszystkiego co polskie.

— Czy polski Holiday Inn różni się czymś od innych?

— Prestiżowi klienci, nagrody, wyróżnienia, pozytywne opinie potwierdzają, że potrafimy utrzymać standard. A jednak nadal jesteśmy inaczej postrzegani niż hotele tej samej klasy w Europie. Ostatnio np. we wszystkich hotelach Holiday Inn (tzw. zielonych) wprowadzono jednolite śniadanie i identyczną kartę dań. U nas żywność nie jest gorsza, niektóre marki identyczne, a jednak spotykam się z uwagami, że jest za skromnie, że za mały wybór — choć identyczny dla 300 tys. pokoi hotelowych funkcjonujących w systemie

Miałem okazję bywać w wielu hotelach Holiday Inn na świecie. Moim zdaniem, mamy lepszy standard niż inne obiekty podobnej klasy. Mamy lepiej przygotowanych i lepiej pracujących ludzi. Natomiast naszą narodową słabością jest brak swobody, otwartości. Za poważnie za solidnie chcemy wszystko zrobić iÉ z zaciśniętymi ustami. Tymczasem sam nieraz wybaczam nawet poważne uchybienia, jeśli potem następują przeprosiny okraszone uśmiechem od ucha do ucha. Tego Polacy nie umieją.

“Jeśli chodzi o zachodnie łańcuchy hotelowe, to nie łudźmy się, że rozprzestrzenią się one w Polsce z dnia na dzień. W 1993 roku w Amsterdamie Brian Langton, ówczesny prezydent systemu Holiday Inn, zapowiedział oficjalnie wszystkim z całej Europy, że podpisano porozumienie z jednym z amerykańskich inwestorów, gwarantujące, że w ciągu najbliższych 14 miesięcy w Polsce powstanie 21 dwugwiazdko-wych hoteli Holiday Express. Minęło sześć lat i nic się nie stało”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Renata Zawadzka

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / STOLICA POTRZEBUJE NOWYCH HOTELI