Józef Szmich nie robi z tego wielkiego halo, bo z synem ręka w rękę pracuje już od dekady. A nowe cyfrowe czasy domagają się zmiany pokoleniowej. Dwudziestolecie firmy uznał za dobry moment na przekazanie sterów, co nie znaczy, że wybrał beztroski żywot rentiera. Zostawił sobie miejsce w radzie nadzorczej tudzież doglądanie prac remontowych i budowlanych.

— Skoro Karol wciągnął się w zarządzanie operacyjne, było tylko kwestią czasu, kiedy zajmie moje stanowisko. Nadaje się do tego doskonale — podkreśla Józef Szmich, twórca i współwłaściciel — z żoną Aliną — spółki Delia Cosmetics.
Nieprzerwana ekspansja zagraniczna, rozszerzanie oferty, walka o rynkową rozpoznawalność. Junior chce kontynuować strategię, którą z powodzeniem realizowali seniorzy. A jego własne pomysły na rozwój rodzinnego biznesu? Na pierwszy ogień idzie digitalizacja.
— Postęp technologiczny to nie tylko nowoczesny park maszynowy i wydajne linie produkcyjne. Z pomocą systemów IT staramy się usprawniać wszystkie procesy biznesowe, w tym zakupy, marketing, sprzedaż i HR — mówi Karol Szmich, nowy prezes Delii Cosmetics.
Alchemia sukcesu
Firma Delia Cosmetics powstała w 1998 r. Przygoda Józefa Szmicha z branżą piękna trwa jednak od początku lat 90., kiedy jeszcze pracował jako wykładowca chemii na Politechnice Łódzkiej. Razem z kolegami z uczelni uruchomił produkcję kosmetyków. Z jednej strony chciał podreperować domowy budżet, z drugiej — sprawdzić się w roli przedsiębiorcy, tak różnej od kariery pracownika naukowego. Biznesowy start wyszedł aż nadto dobrze. Głównie dzięki rozjaśniaczowi do włosów, który ponad nazwą „biała henna” rozchodził się wśród Rosjanek jak świeże bułeczki. Gdyby widziały skromne warunki, w których powstawał ich ulubiony specyfik — cała produkcja od mieszania po pakowanie odbywała się ręcznie.
— W pewnym okresie niemal co tydzień wysyłaliśmy na Wschód tira z białą henną. Gdy takim mianem ochrzciłem nasz hit eksportowy, nie wiedziałem, że wnoszę cenny wkład w rozwój języka naszych słowiańskich braci: „biełaja hna” przyjęła się u nich na stałe jako określenie rozjaśniaczy. Szkoda, że zawczasu nie opatentowałem tej nazwy — uśmiecha się Józef Szmich.
Potem drogi wspólników się rozeszły z powodu odmiennych priorytetów. Seniora rodu Szmichów bardziej interesował rozwój działalności niż szybka zamiana zysków na mieszkania i samochody. Spieniężył swoje udziały, co pozwoliło mu kupić dwa budynki produkcyjne w Rzgowie pod Łodzią i rozpocząć nowy rozdział życia pod szyldem Delia Cosmetics. Skąd nazwa?
— Delia to romańskie imię żeńskie, bardzo popularne także w Rumuni i Wielkiej Brytanii. Jest piękne, ładnie się dzieli na sylaby i doskonale pasuje do branży kosmetycznej. Poza tym brzmi tak samo w każdym języku i podkreśla kobiecy charakter marki — tłumaczy założyciel firmy.
Po 1989 r. zagraniczne koncerny wykupiły czołowe polskie firmy kosmetyczne, a nasze drogerie zostały zalane przez towary z importu. Większość krajowych producentów nie była w stanie temu zapobiec, o czym decydowały dwa czynniki: ich krótki, zwykle kilkuletni, staż na rynku i brak kapitału. Zachodni potentaci liczyli na to, że wykupią ich szybko i za bezcen. Przeliczyli się — dziś na rynku działa około
300 firm z polskim kapitałem. Tajemnica sukcesu? Warto wspomnieć o dwudziestoleciu międzywojennym. Wtedy dorobiliśmy się wykwalifikowanych kadr, infrastruktury technologicznej i renomy w wielu zakątkach świata. A w PRL — na szczęście — kontynuowano to, co dobre. Obecnie jesteśmy piątym krajem pod względem produkcji kosmetyków na rynkach Unii Europejskiej, z produkcją przewyższającą rocznie 6 mld EUR, z czego ponad połowa trafia na eksport.
— W Polsce istniała tradycja produkcji kosmetyków, środków czystości i farmaceutyków. Wystarczyło nam tylko tych dobrych tradycji nie zepsuć — wskazuje Józef Szmich. Aczkolwiek na początku transformacji ustrojowej perspektywy polskiego przemysłu kosmetycznego ze względu na brak kapitału i nowoczesnych urządzeń nie wyglądały najlepiej. Ale to już przeszłość. Polskie przedsiębiorstwa reprezentują najwyższe standardy produkcyjne, a ich wyroby i marki znów się cieszą pozytywnym odbiorem na całym świecie. Wyjątkiem jest Francja, do której należy jedna czwarta światowego rynku beauty. Pozostałe państwa europejskie stoją przed nami otworem. Podobnie jak Bliski i Daleki Wschód, Afryka, Azja i obie Ameryki.
— Coraz trudniej wskazać zakątek globu, w którym nie można kupić produktów Delii. Jesteśmy obecni w 79 krajach. Niedawno pozyskaliśmy nowego partnera handlowego w Nepalu — mówi Karol Szmich. Jest spokojny o przyszłość branży. Utwierdzają go w tym spostrzeżenia z dorocznych targów branży kosmetycznej Cosmoprof w Bolonii, największej imprezy wystawienniczej sektora piękna na świecie. W tegorocznej 50. edycji uczestniczyło prawie 2,7 tys. producentów z 68 państw, w tym liczna reprezentacja z Polski — ponad 150 firm.
— Kiedy w 2006 r. pierwszy raz braliśmy udział w targach w Bolonii, oprócz nas wystawiały się tam tylko dwie inne polskie firmy. Musiała nam wystarczyć prowizoryczna przybudówka. Teraz nasze krajowe przedsiębiorstwa zajmują najbardziej okazałe pawilony. A prezentujemy się o niebo lepiej niż producenci brytyjscy czy niemieccy, którzy spoczęli na laurach — ocenia sukcesor.
Kosmetyki znad Wisły — przekonuje — wygrywają relacją ceny do jakości i innowacyjności. Jako przykład podaje swoją firmę, której receptury powstają zgodnie z najnowszymi technologiami, przy współpracy z wyspecjalizowanymi placówkami z USA, Francji i Niemiec. Zwraca też uwagę, że nie ma liczącego się koncernu międzynarodowego, który części produkcji nie przeniósł do Polski. W opakowaniach znanych światowych marek znajdują się specyfiki z laboratoriów, zakładów i fabryk w Łodzi, Warszawie, Krakowie, Poznaniu i Trójmieście. Czy umiemy docenić swoje atuty?
— Niemców i Francuzów cechuje patriotyzm zakupowy. Dla wielu Kowalskich zagraniczne ciągle jeszcze jest synonimem tego, co lepsze i bardziej wartościowe. Wykorzystuje to część krajowych przedsiębiorców, którzy starają się przekonać konsumentów, że ich wyroby powstają poza Polską. Wbrew oczywistym faktom, które przemawiają na korzyść artykułów opatrzonych metką „made in Poland” — argumentuje 38-letni szef Delii.
Poza schematem
Podobno życie jest tym, co się nam przydarza pomiędzy planami. Biografia Józefa Szmicha w 100 proc. potwierdza tę tezę. Uwielbiał chemię i czuł, że nie będzie szczęśliwy, jeśli nie zwiąże kariery zawodowej ze swoją pasją. Jako najlepszy student Politechniki Łódzkiej dostał przydział na mieszkanie od samego Edwarda Gierka, co zostało uwiecznione w pewnej gazecie na zdjęciu, którym nigdy się nie chwalił. Natomiast zawsze był dumny ze swojego wyboru: by zostać pracownikiem naukowym i nauczycielem akademickim. Gdy jednak zajął się produkcją kosmetyków, właśnie ta działalność stała się jego miłością. Miłością zazdrosną, zaborczą, wymagającą wyłączności.
— Nigdy nie zapomnę, z jak ciężkim sercem składałem wypowiedzenie na Politechnice Łódzkiej. Naprawdę spełniałem się w pracy nauczyciela akademickiego — wzdycha założyciel Delii. Kiedy firma rozrosła się na tyle, że Józef Szmich potrzebował pomocy w jej prowadzeniu, dołączyła do niego żona Alina — dla Delii zrezygnowała z kariery na Uniwersytecie Łódzkim.
Wyższa konieczność
Również Karol poszedł inną drogą, niż zamierzał. Kontynuować rodzinną tradycję? Nigdy — myślał. Został inżynierem mikroelektroniki, a później dobrze opłacanym konsultantem w międzynarodowych strukturach Accenture. Mieszkał w Warszawie i dużo podróżował służbowo po świecie. Tak miało pozostać. Ale 10 lat temu stało się coś nieoczekiwanego — wskutek wypadku jego ojciec doznał poważnego urazu kręgosłupa. Potrzebował długiego leczenia. Przyszłość Delii wisiała na włosku.
— To był stan wyższej konieczności. Zwolniłem się z pracy w korpo i przejąłem obowiązki taty. Oczywiście z głębokim przekonaniem, że to tylko na czas jego powrotu do zdrowia — wspomina Karol Szmich.
Przekazanie firmy dzieciom wydaje się naturalną koleją rzeczy. Nic bardziej mylnego — zapewnia senior. Synowie i córki przedsiębiorców znają problemy, trudności i stresy związanez prowadzeniem biznesu. Nie dziwnego, że często zupełnie inaczej układają sobie życie.
— Wprowadziliśmy z żoną żelazną zasadę: w domu żadnych rozmów o interesach, pracy, finansach. Ale w biznesie trudno osiągnąć zalecany przez psychologów stan równowagi. Czy rano, czy wieczór, zawsze się coś dzieje. Nie potrzeba słów, by wyszły na jaw nasze zmartwienia, niepokoje i stres — wyjaśnia Józef Szmich.
Ale jego syn powoli wsiąkał w firmę, którą w 2008 r. przyszedł ratować. Najwyraźniej przejadło mu się życie, które wcześniej prowadził. Pięć lat na walizkach. W hotelach, z których każdy podobny jest do tysięcy innych hoteli na świecie. Przede wszystkim zaś zaczynał mu się podobać biznes rodzinny. Najpierw przeżył szok kulturowy, bo w korporacji wszystko jest poukładane, a w mniejszym przedsiębiorstwie panuje twórcze napięcie.
— Z czasem coraz bardziej zacząłem doceniać indywidualne podejście do ludzi, o które trudno w anonimowej i poddanej rygorowi procedur grupie. Chłodna, zdystansowana postawa nie zaraża energią i entuzjazmem. Z drugiej strony, emocjonalne aspekty zarządzania mogą iść w parze z koncentracją na celach, z czego słyną korporacje — podkreśla młody prezes.
Czuje na swoich barkach ciężar oczekiwań — nie tylko nestora, ale też pracowników i miejscowego środowiska przedsiębiorców.
— Ojciec zbudował biznes od zera, bo jaki można mieć kapitał początkowy, gdy było się pracownikiem akademickim w czasach PRL? Przy tak wysoko zawieszonej poprzeczce trudno było się nie wahać — przyznaje Karol Szmich. Za swój atut uważa doświadczenie, które zdobył poza rodzinnym gniazdem. To, że był pracownikiem, a nie pracodawcą — uściśla — daje mu inne spojrzenie na biznes.
— Moja rada dla wszystkich potencjalnych sukcesorów: odetnijcie pępowinę, idźcie w świat, pokażcie, że jesteście ambitni, niezależni i samodzielni. Znajdźcie zatrudnienie u kogoś obcego lub otwórzcie swoją działalność. Tak zdobędziecie wewnętrzną siłę, pewność, zaufanie do siebie, bez których sukcesja okaże się klęską — podpowiada Karol Szmich.
Nowa ziemia obiecana
„Ja chcę, żeby moja Łódź rosła, żeby miała pałace wspaniałe, ogrody piękne, żeby był wielki ruch, wielki handel i wielki pieniądz” — oświadcza w filmie „Ziemia Obiecana” Żyd Dawid Halpern. Właściciele Delii podpisują się pod tym cytatem, zastrzegając, że wizja kapitalizmu oddana przez reżysera Andrzeja Wajdę kłóci się z ich postrzeganiem biznesu. Działalność nastawiona wyłącznie na zysk, lekceważąca zaangażowanie społeczne, to coś, co ich odrzuca. Cieszą się, że są ludźmi spełnionymi, że odnoszą sukcesy i realizują marzenie. Tylko co z tymi, którzy zostali z tyłu? — pytają.
— Zdaję sobie sprawę, że miałem w życiu wiele szczęścia. Urodziłem się w Polsce w okresie jej największego rozkwitu, poza tym w miarę zamożnej rodzinie. Innych los nie potraktował tak łaskawie. Dlatego jest dla mnie oczywiste, że muszę się dzielić — oświadcza Karol Szmich.
Filantropia i CSR zawsze leżały na sercu jego mamie Alinie Szmich, która wszystkich wokół ujmuje empatią. Syn chce ją w tym naśladować. Na liście beneficjentów firmy Delia Cosmetics znajdują się m.in. szpitale, ośrodki pomocy społecznej, domy samotnej matki, a także szkoły i potrzebujące rodziny.
— Dostajemy wiele wyróżnień, nagród i laurów od instytucji branżowych, biznesowych i mediów. Najbardziej jednak cenimy tytuł „Dobroczyńca Roku 2017” przyznany za wspieranie Fundacji Gajusz, która opiekuje się nieuleczalnie chorymi dziećmi — informuje Józef Szmich. Z różnych badań wynika, że Polacy uznają CSR za wiarygodny tylko wtedy, gdy towarzyszy mu dobre traktowanie pracowników. Jak to wygląda w Delii?
— Przykład: nasza firma zatrudnia około 400 osób, z czego około 85 proc. to kobiety. Jeśli któraś zostaje mamą, może być pewna, że po urlopie macierzyńskim wróci na swoje stanowisko — odpowiada Józef Szmich.
A Karol Szmich dorzuca, że dla niego — podobnie jak dla rodziców — największym kapitałem firmy są ludzie. Przypomina, że od 10 lat, czyli od kiedy pracuje na rodzinnym poletku, właściciele nie wypłacili sobie nawet grosza dywidendy. Cały zysk przeznaczają na rozwój przedsiębiorstwa i filantropię. Według prezesa, nie można stawiać znaku równości między prowadzeniem biznesu a zarabianiem, tak jak nie stawia się znaku równości między byciem człowiekiem a wytwarzaniem komórek i krwi — owszem, organizm musi je produkować, ale nie na tym polega sens ludzkiego istnienia. A ponieważ to, co najwyższe, na najniższym wznosi się i opiera, nie traci z oczu spraw praktycznych, podstawowych.
— Moje główne cele: przeprowadzić firmę przez transformację cyfrową, zrobić z Delii markę rozpoznawalną na świecie i podbić wiele nowych rynków. Na świecie jest ponad 220 krajów, więc nie zabraknie mi roboty na kilkadziesiąt lat — śmieje się szef kosmetycznego imperium spod Łodzi. A będzie miał komu je przekazać? Jak najbardziej. Jego czteroletnia córeczka Tosia powiedziała niedawno dziadkowi, że zostanie — podobnie jak jej mama — lekarką, natomiast jej 1,5-roczny brat Kuba będzie… „deliowcem”. &
