Czerwone paznokcie. Taki tam kolor lakieru. Kobieta twojego życia takiego używa. I używała, kiedy ją poznałeś i kiedy się w niej zakochiwałeś. Minęły miesiące, lata, a może dekady. Moda się zmieniła. Kobieta też. Ma inną fryzurę, ubiera się u innego krawca. Ale spojrzenie ma to samo. I te paznokcie. Nadal czerwone. Po co to piszę? Bo w świecie, w którym wszystko zmienia się tak szybko, że nie zdołasz się przyzwyczaić, dobrze mieć jakiś punkt odniesienia. Taki południk. Nawet, jeśli są nim paznokcie. Czerwone.
Uśmiech czterdziestolatka
W motoryzacji też są takie paznokcie. Bo z jednej strony — fascynuje nas technologia. A z drugiej, starsza (co nie znaczy stara!) część wielbicieli samochodów nieco tęskni za tym, jak to drzewiej w motoryzacji bywało. Dlatego dobrze, że są producenci, którzy, podążając za zmianami, pamiętają o sentymencie do „czerwonych paznokci”. W czasach walki o niską emisję CO 2 i innych „enoiksów”, co niektórych zapędza w kozi róg oszustwa, w epoce umieszczania w autach ekranów telewizyjnych i dociążania dziesiątkami najróżniejszych systemów, w czasach, gdy klienci wymagają, by auto pracowało za nich i de facto samo jeździło, można odnieść wrażenie, że producenci są zmuszani, by zarzucili to, co tak naprawdę kochają maniacy motoryzacji. Albo po prostu o tym zapomnieli. Tym bardziej cieszy więc, że wciąż są takie firmy jak Mazda. Które pamiętają i przypominają czasem podstarzałym już tygryskom, co drzewiej lubiły najbardziej. Jeśliś urodzony przed przełomem wieków, jeśli na karku dźwigasz doświadczenia przynajmniej trzydziestu kilku wiosen, to za kółkiem nowej Mazdy MX-5 poczujesz się jak w ramionach pierwszej dziewczyny. To samo co kiedyś podniecenie. Serio.
Oporna na zmianę
Pomyśl. Jak wyobrazi sobie nowoczesnego roadstera dwudziestoletni młodzieniec? Mocny silnik, skóra, elektryczne sterowanie wszystkim, doskonały system dźwiękowy, prestiżowa marka, no i pewnie sztywny dach (by dało się jeździć także zimą). Przyspieszenie najlepiej nie więcej niż 5 s do 100 km/h. No i żeby palił mało i mało wypluwał CO 2 i innych świństw. Nie od rzeczy byłaby pewnie ultraszybka dwusprzęgłowa przekładnia biegów. A jak ty pamiętasz roadstery? Lekkie auto, dwa miejsca i trochę brezentu? Jeśli tak, to Mazda MX-5 jest dla ciebie. Zgoda — to nie jest roadster z „rodowodem” — takie są tylko w Anglii. Z tym, że już ich nie robią. Ten to „Japończyk”. Z krwi i blachy. I do tego z puszki (za chwilę szczegóły). Mazda MX-5 oficjalnie zadebiutowała w 1989 r., czyli w czasach, kiedy małe i lekkie roadstery znikały z rynku jeden po drugim. Budowanie i próba sprzedawania takiego właśnie samochodu były w tamtych czasach objawem co najmniej odwagi. Tymczasem auto okazało się hitem. Od debiutu Mazda sprzedała niemal milion MX-5. Pobiła rekord Guinnessa, a model stał się najbardziej popularnym roadsterem na świecie. Wiesz, kim był Nicolas Appert? Francuzem. I wynalazcą, nazwanym przez potomnych „ojcem konserwowania”. To on wpadł na pomysł upychania jedzenia do puszek, by miesiące czy nawet lata po upolowaniu czy zerwaniu, nadal nadawało się do spożycia i przypominało w smaku to sprzed upchnięcia w metalowy garniturek. Appert wpadł na pomysł utrwalania smaku potraw w XIX w. A Mazda wpadła na pomysł utrwalenia charakteru auta. Sporo później. Ale to właśnie „zakonserwowanie stylu” jest sekretem sukcesu Mazdy MX-5. Wsiadając do najnowszej — czwartej — wersji, czujesz „zapuszkowane” emocje gościa, który wsiadał do pierwszej. Zmiany? Owszem są, ale nie charakteru. A to nie jest łatwe. Szczególnie, jeśli mówimy o samochodzie, któremu nadano dumny status „kultowego”.
Popatrz na VW Garbusa. Był kultowy, a z każdą kolejną wersją stawał się coraz bardziej „zwykły” i jednocześnie mniej dostępny (bo coraz droższy). Zupełnie zatracił swój styl i charakter. Subaru Impreza? No cóż… Mitsubishi Evo? Nowe ma być hybrydą. A może BMW M3? Nie jest złe, tyle że im starsze, tym „szczersze”. Innymi słowy: samochody zmieniają się tak, jak otaczający je świat. I te zmiany często wymuszają zmianę tego, o co w samochodzie chodzi. Charakteru. Tymczasem Mazdzie udaje się w MX-5 ten charakter zachować. Z generacji na generację jest nowocześniejsza, ale charakter pozostaje ten sam. Zupełnie, jakby go ktoś wyciągał z puszki i zainstalował w nowej konstrukcji...
Sashimi roadster
Jeżeli nie jesteś fanem japońskich motorozwiązań, to sobie od razu odpuść Mazdę. Wszystko w niej bowiem — od kokpitu po kształt maski — krzyczy: „Jestem Japonką”. Nawet małe i wąskie światła MX-5 przypominają o pochodzeniu. Ale choć z wyglądu najnowsza wersja jest najbardziej agresywna (trzy poprzednie były raczej delikatnej aparycji), to wystarczy usadowić się za kierownicą, by poczuć się jak… no, jak w prawdziwym roadsterze. Ze spraw istotnych dla konstrukcji i jazdy, trzeba zaznaczyć, że rozkład masy wynosi 50:50, a całe auto jest cięższe jedynie od pierwszej generacji i waży nawet o 100 kg mniej niż poprzednik. Waga podstawowej wersji rozpoczyna się od astronomicznie niskiej, jak na obecne czasy, wartości 950 kg. Przyznacie: potencjał zacny.
Oczywiście każdą, nawet najpiękniejszą kompozycję kulinarną mogą zepsuć źle dobrane przyprawy lub środki konserwujące. W przypadku Mazdy MX-5 są to jednostki napędowe. Na starym kontynencie Mazda proponuje dwa silniki benzynowe. Oba wolnossące, czterocylindrowe i z technologią Skyactive-G. Pierwsza ma 1,5 l pojemności, 131 KM i 150 Nm momentu obrotowego. Druga jest dwulitrowa i o 29 KM mocniejsza. Do dyspozycji kierowcy oddaje o 50 Nm momentu obrotowego więcej. I jest… bez sensu.
Mały silnik, duża frajda
To nie uwielbienie dla małolitrażowych silników wpływa na ten sąd, lecz to, że w przypadku MX-5 nie konie mechaniczne czynią jej wielkość, tylko frajda. A ta jest przy mniejszym silniku większa. Po pierwsze — podczas jazdy różnicy prawie się nie czuje, po co więc przepłacać (MX-5 z 1,5 l silnikiem kosztuje 89 900 zł, a z 2,0 — 96 900 zł). Po wtóre — charakter pracy mniejszego silnika jest bliski temu, co działo się pod maskami japońskich aut z lat 80. i 90. Sportowych aut. Mały silniczek kręci się jak za starych, dobrych czasów. Pełną moc osiąga przy, bagatela!, 7000 obr./min. Auto jest nieco lżejsze od tego z „dwulitrowcem” (o 25 kg, waży 975 kg) i w odróżnieniu od mocniejszej wersji ma idealny rozkład masy między przednią a tylną osią (50:50). 150 Nm momentu obrotowego osiąga przy 4800 obr./min. Do tego czerwone pole obrotomierza zaczyna się dopiero od 7500 obr./min, co czyni tę wersję niezwykle „charakterną”. Owszem, dla pełnego szczęścia i prawdziwej frajdy silnik trzeba wysoko kręcić, ale tak naprawdę radość z jazdy zaczyna się już między 3 a 4 tys. obr./min i trwa przez następne tysiące… aż do odcięcia. Wspinanie się górskimi serpentynami to wybór między czyhającym na wciśnięcie gazu (jak dziki kot na upolowanie ofiary) drugim biegiem, a nieco spokojniejszym, ale podobnie zadziornym trzecim. Przy czym dzięki dość płaskiej krzywej momentu obrotowego zmianę biegu można przeciągać niemal w nieskończoność. Bajka! I dowód, że radości z jazdy nie mierzy się (znaczy: nie tylko) koniami mechanicznymi.
Surowa ryba
Miejsce mi się kończy. Pora więc na finał. Mazda MX-5 nigdy nie była przeznaczona do rozwijania zawrotnych prędkości. Była, i co ważniejsze — jest, sposobem na czerpanie nieograniczonej frajdy, która powstaje dzięki tym wszystkim cechom, które przez ponad ćwierć wieku określają ten model i wyznaczają standardy dla konkurentów. Tylny napęd, nieduża, idealnie rozłożona masa i sztywna konstrukcja, do tego świetna skrzynia biegów i wzorcowe prowadzenie. Jest najprawdziwszym roadsterem, a roadster jest w motoryzacji tym, czym sashimi w japońskiej kuchni. Surowa ryba po prostu. Jeśli doszukujesz się w nim innych „smaków”, będziesz zawiedziony. Jest mistrzem w dostarczaniu frajdy i tylko w tym. Część klientów (podobnie jak w restauracjach z japońskimi specjałami) myli go z sushi, czyli pojazdem bogatszym w „smaki”. Ale jeśliś fanem sashimi, to poczujesz się jak w Japonii. W najlepszej knajpie, oferującej takie zbytki. Jeśli nie, będziesz pluł z obrzydzeniem. Ale tak czy inaczej Japończycy udowodnili, że wiedzą, jak dobrze zrobić auto, które daje masę radości z jazdy przy zastosowaniu obiektywnie słabego silnika i ograniczonej liczby gadżetów. Pokazali, że wiedzą, co czyni samochód kultowym i jak tego pierwiastka nie pominąć, wprowadzając kolejne modyfikacje. Tutaj wszystko jest na miejscu, takie, jak być powinno. Dlatego, jeśli nadal oglądasz się za czerwonymi paznokciami, zajadając sashimi, to otwieraj tę puszkę. Frajda z doświadczania przeszłości doprawdy zasługuje na opanowanie sztuki jedzenia pałeczkami. &




