Nokia i — ostatnio — Lahti (tam Małysz zdobył mistrzostwo świata) — to pierwsze skojarzenia związane z Finlandią. Laponia i św. Mikołaj spadły na dalsze miejsce. Szkoda! Bo pobyt za kołem podbiegunowym może dostarczyć równie egzotycznych przeżyć, jak niejedna ciepła wyspa.
Zaraz po lądowaniu w Rovaniemi, stolicy Laponii i siedzibie św. Mikołaja zarazem, zobaczyłam renifera. Właściwie to kilka reniferów, zaprzęgniętych do sań i karnie powiązanych w szereg. No cóż... wyobrażenia — to jedno, rzeczywistość — drugie. Te bardzo sympatyczne zwierzęta są... małe, niskie. Ale przejażdżka saniami wyściełanymi skórami reniferów to niecodzienne przeżycie. Trafił mi się jednak zaprzęg ze zwierzakiem, który za wszelką cenę próbował uwolnić się z pęt, a przynajmniej przewieźć mnie własną trasą. Na szczęście uniknęłam lądowania w zaspie. Dotarłam do wielkiego kota (amerykańscy Indianie nazywają ten typ budowli ze skór i żerdzi tipi) i tu dopiero miałam okazję odczuć egzotykę. Szamanka — młoda Finka w ludowym stroju — opowiedziała starą lapońską legendę, odprawiła kilka starodawnych rytuałów (m.in. wymazała mi czoło sadzą i poczęstowała mlekiem renifera — po raz drugi nie dałabym się namówić...) i wręczyła dyplom. Świadectwo, że przekroczyłam koło podbiegunowe.
Jeden kulig to za mało, nawet jak na kilkudniowy pobyt w Rovaniemi. Sił trzeba spróbować, powożąc zaprzęgiem husky. O tym, że psy wożące turystów doskonale znają trasę, pomyślałam dopiero wtedy, gdy dotarłam do celu. Przejechałam ją, stojąc na długich płozach sań i kurczowo trzymając się oparcia. Okrzyk zatrzymujący psy zupełnie wyleciał mi z głowy, podobnie jak to, którą nogą mam bardziej dociskać płozę przy skręcie w prawo, a którą — w lewo. Psy same dały sobie radę.
Finowie do perfekcji opanowali wykorzystanie obfitości śniegu. Po reniferach i husky warto zainteresować się skuterami śnieżnymi. Te niepozorne nieduże maszyny pozwalają na rozpędzenie się do ponad 100 km/h. Na wyjeżdżonych, pełnych muld leśnych ścieżkach to sporo. Tym bardziej że motor trochę waży i trzeba się pilnować, by nie wylądować w zaspie lub na jakimś pieńku (przestrzegam, bo mi się to przydarzyło).
Po przeforsowaniu się wypada odpocząć w saunie. Odważniejsi, wedle tutejszego zwyczaju, ochłodzą się w przerębli. Chętni mogą użyć rózg (wasta), którymi po umoczeniu w wodzie uderza się po plecach.
Laponia kusi nie tylko doskonale zorganizowanymi szaleństwami na śniegu. Na dalekiej północy nie da się nie zauważyć, że to bardzo czysta kraina. Finowie za punkt honoru postawili sobie zachowanie środowiska w stanie zbliżonym do pierwotnego — stąd się wziął zakaz zabijania żyjących tu zwierząt. Wyjątek stanowią komary, które podczas krótkiego lata dają się we znaki. Niezwykle czysta jest też woda — pije się ją bez obaw prosto z kranu. W pubie można śmiało poprosić o szklankę wody — podadzą ją za darmo. Oczywiście turystę bardziej interesują regionalne przysmaki. Lapońską specjalnością jest mięso z renifera, podawane na różne sposoby. Przypomina trochę naszą wołowinę, choć jest bardziej suche. Nie można sobie odmówić popróbowania łososia: nie przypomina tego zmrożonego z naszych sklepów. Ciekawym dodatkiem do dań są poziomki i jeżyny, które kolorem zupełnie nie przypominają naszych. Przygotowywane są z nich dodatki do dań mięsnych i nalewki. Właśnie one często nabywane są przez gości spoza Finlandii. Ale to nie nalewka jest alkoholem chętnie spożywanym przez Finów w czasie towarzyskich spotkań. Czarna ciecz podawana w kieliszkach to anyżówka. No... Dla amatorów.
Najwięcej o historii i warunkach życia Lapończyków (nazywają siebie Sámi) można dowiedzieć się z... muzeum. Wystarczy spojrzeć na budynek Arcticum, by ciekawość wzięła górę nad niechęcią do muzealnej nudy. Bo tej zresztą tu z pewnością się nie uświadczy. Ponad 170-metrowa galeria ze szkła, która — niczym długi palec — wskazuje północ, kryje wiele ciekawostek. Oj, żeby nasze muzea tak wyglądały: komputery, filmy (m.in. o zorzy polarnej) i elektroniczni przewodnicy (opowiadają o każdym eksponacie, w przypadku zwierząt — da się też posłuchać ich nagranych głosów). Zwiedzających — tłumek.
Trudno mówić o Rovaniemi, jeśli nie wspomni się dwóch kluczowych dla miasta miejsc: Santa Claus’Village i Santa Claus’Park. W wiosce pod miastem mieści się biuro świętego. Tu też można się starać o audiencję u miłego pana z długą, białą brodą. Dzieci, które widziałam podczas rozmowy z Mikołajem, były przejęte. Zresztą sama, szykując się do pamiątkowego zdjęcia, czułam się trochę nieswojo. Z jednej strony pełna komercja (fotografia z Mikołajem kosztuje 17 EUR), z drugiej — ma się przed sobą ucieleśnienie legendy.
Właśnie w wiosce turyści mogą wydać ostatnie euro w sklepach z pamiątkami. Jest tu wszystko — od pluszowych reniferów przez wzorzyste czapki, T-shirty, po różnej wielkości finki. Ostatecznie można wybrać się na pocztę i wysłać kartkę z pozdrowieniami do rodziny — obowiązkowo ze stemplem z podobizną świętego. Przez wioskę biegnie gruba biała linia, przy której wszyscy się fotografują. Nie należę do wyjątków. To przecież koło podbiegunowe!
— Gdybym miał 5 lat, tobym oszalał! — skomentował jeden z uczestników mojej wyprawy na północ Finlandii to, co zobaczył w parku św. Mikołaja. Nic nie zapowiadało niespodzianki. Głęboki bunkier wykuty w skale skrywa raj dla dzieci. Sklepy z zabawkami (znowu!), karuzele, kolejka wolno przejeżdżająca przez świat krasnoludków (wykonują różne prace), gabinet świętego (w gablotach listy od dzieci z całego świata), teatrzyk i kino, w którym wyświetlany jest film o zorzy polarnej (również w rosyjskiej wersji językowej). Pracownica parku, która nas oprowadzała, przyznała, że Rosjanie są coraz liczniejszą grupą turystów odwiedzających Rovaniemi. Nie ukrywała, że zostawiającą pokaźne sumy.
Polacy są oszczędniejsi.
