ŚWIAT LICZY NA KORZYŚCI ZA POMOC USA

Aneta Królak
opublikowano: 2001-09-19 00:00

ŚWIAT LICZY NA KORZYŚCI ZA POMOC USA

Tragedia w Ameryce nie zahamuje procesu globalizacji, ponieważ izolacjonizm jest zbyt kosztowny i — co ważniejsze — nie chroni przed terroryzmem. Nawet najtragiczniejsze wydarzenia są przy tym szansą dla państw i firm na osiągnięcia korzyści. Zagrożone mogą zaś czuć się przede wszystkim duże przedsiębiorstwa.

„Puls Biznesu”: Jak zamach na Amerykę może odbić się na stosunkach Ameryki i Europy ze światem arabskim? Czy możliwe jest zacieśnienie współpracy między USA a Europą — w wymiarze politycznym czy gospodarczym?

Krzysztof Obłój, dyrektor Międzynarodowego Centrum Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego: Dramat Ameryki jest wielką ludzką tragedią. Ale rządy to nie społeczeństwa stawiające kaganki i kwiaty przed ambasadami. Każdy rząd wysyła kondolencje, jednak analizuje tę tragedię nie tylko w kategoriach zagrożeń, ale także szans. I każdy rząd — od Izraela, Indii, Japonii, Rosji aż po całą Europę — oferuje pomoc Ameryce licząc na benefity. Dla Izraela wskazanie Palestyńczyków czy Arabów jako sprawców oznacza carte blanche dla ewentualnego zniszczenia państwa palestyńskiego i walkę ze światem arabskim. Nikt nie będzie ich już nazywał terrorystą lub okupantem. Z kolei Rosja wskazuje na pakistańską grupę islamską Jaamat e-Islami jako potencjalne źródło zamachu. Chce jej likwidacji, bo jest to grupa powiązana z Czeczenami. Indie myślą o pomocy Ameryki w zlikwidowaniu terrorystów (z ich punktu widzenia, a bojowników o wolność z innego) operujących w Kaszmirze. Brytyjczycy pewnie nie będą mówili, że to IRA, a Hiszpanie, że Baskowie, ale każdy z tych krajów ma interes polityczny w zdjęciu kajdanek demokratycznych reguł i w wykorzystaniu potencjału wywiadowczego i militarnego Ameryki w walce z terroryzmem na świecie i u siebie. I dlatego USA stoją wobec dylematu. W im większym stopniu zaakceptują pomoc innych krajów, tym bardziej będą wciągnięte w ich interesy. Jednocześnie muszą zaakceptować te oferty, bo same sobie z globalnym terroryzmem nie poradzą. Prawdopodobnie więc zachowają się pragmatycznie — zaakceptują pomoc, ale wybranych krajów i w ograniczonym stopniu. Jednak na kontakty gospodarcze te decyzje nie bę- dą miały praktycznie żadnego wpływu.

„PB”: Świat jest systemem naczyń połączonych. Czy ostatnie wydarzenia w USA są w stanie naruszyć dotychczasowy porządek gospodarczy?

K.O.: Nie, tragiczny w skutkach atak terrorystyczny i wydarzenia, które po nim nastąpią, nie naruszą systemu gospodarczego poza krótkookresowymi spekulacyjnymi szokami, jak w przypadku ropy naftowej czy zmian kursów walutowych. Powód jest prosty — wszyscy duzi gracze gospodarczy mają wspólny interes w maksymalnie szybkiej stabilizacji systemu. Inną sprawą natomiast są objawy stagnacji i recesji w wielu krajach świata — tutaj system naczyń połączonych prowadzi do wzajemnego napędzania się zjawisk recesyjnych.

„PB”: Jak długi czas jest potrzebny na otrząśnięcie się po tragedii? Czy naturalnym mechanizmem zabezpieczającym przed konsekwencjami nie będzie zamykanie się firm i krajów?

K.O.: Ameryka szybko dojdzie do siebie. Jest praktyczna — szybciej niż kiedykolwiek rozwinie się sektor prywatnego wywiadu, ochrony, zabezpieczeń itp. Ale będzie to dotyczyło wielkich firm, tych, które mogą być celem. Dla milionów firm — od Oklahomy po Normandię, Polesie i Daleki Wschód — nic się nie zmieni, bo nie są one i nie będą celem ataków.

Również państwa nie mogą się zamykać, bo to nie ma uzasadnienia politycznego i gospodarczego. Poza tym powstaje problem — przed kim. I tu dochodzimy to problemu amerykańskiej odpowiedzi. USA odpowiedzą na ten atak, bo muszą. Sytuacja jest jednak trudna. Wiadomo, jak walczyć z państwem, dlatego ogromną pokusą jest obwinić np. Afganistan, Syrię, Libię, Palestynę, bo potem wystarczy je zniszczyć. Ale jeśli mamy do czynienia z luźną międzynarodową siecią terrorystów, to powstaje problem. Trudno jest zniszczyć takiego wroga, a nawet spektakularnie zaatakować. Ale Ameryka coś zrobi, aby społeczeństwo poczuło, że sprawiedliwości stało się zadość.

Nie ma mowy o izolacjonizmie. On wcale nie zabezpiecza przed terroryzmem, a pociąga za sobą ogromne koszty. USA są największą gospodarką świata, najbardziej prężną i taką pozostaną, bo taka jest logika gospodarki opartej na wiedzy i jej transferze. Bezsporne jest jednak to, że globalizacja oznacza dramatycznie zwiększoną skalę i intensywność wszystkich powiązań. Otwiera wszystkie „bramki” — a to oznacza zarówno globalizację handlu, jak i terroryzmu.

„PB”: Czy obawa przed terroryzmem może zmienić wygląd wolnego rynku? Doprowadzi np. do zwiększonej kontroli przepływu pieniędzy i siły roboczej, a w konsekwencji do większej ingerencji władzy w biznes?

K.O.: Nie wolno popadać w przesadę. Terroryzm jest problemem politycznym i społecznym, a nie gospodarczym. Mówiąc brutalnie — czasami jest dla biznesu interesujący — odbudowa Manhattanu będzie wielkim biznesem, podobnie było w przypadku Jugosławii czy Kuwejtu. Ale zarządy wielkich firm i krajów, które mają problem z terroryzmem, dostały do ręki potężne argumenty na ograniczenie demokracji. I część władz na pewno z tego przyzwolenia skorzysta.

„PB”: Jakie są możliwości odcięcia terrorystów od źródeł finansowania, w jaki sposób firmy mogą się aktywnie włączyć w walkę z tego typu organizacjami?

K.O.: Są dwie podstawowe szkoły myślenia. Tradycyjna mówi, że nadal mamy do czynienia z terroryzmem wspomaganym przez grupę państw, dawniej głównie komunistycznych, a teraz arabskich. Biznes, który handluje z tymi krajami, jest zły. Istnieją możliwości ukarania go za współpracę, tak jak to było kilka lat temu z brytyjskimi i niemieckimi firmami sprzedającymi części do produkcji armat do Iraku. Poprzez międzynarodowe sankcje, kontrwywiad i militarne operacje można osłabić zaplecze terrorystów i dopaść ich samych.

Ale druga szkoła myślenia, nowoczesna, twierdzi, że współczesny terroryzm wyciągnął naukę z upadku komunizmu i przegranych różnych ruchów rewolucyjnych i stworzył model międzynarodówki terrorystycznej. Są to luźno powiązane grupy, motywowane podobnymi celami, mobilne, działające metodycznie i co najważniejsze — bez jednego centrum dowodzenia i kontroli. Współcześni terroryści mają oparcie w legalnych firmach, sektach, w niewielkim stopniu w państwach. Taki wróg jest prawie niewidzialny. Politycy i aparat militarny potrafią walczyć z organizacjami podobnymi im samym.

„PB”: Jak zareagują na ostatnie wydarzenia firmy? Czy jedyną reakcją będą zmiany na poziomie organizacyjnym — przecież podczas ataku zginęli członkowie zarządów pracujący w jednym miejscu. Pojawia się więc problem nakładów na ochronę i archiwizację oraz przechowywanie danych. A może zmieni się filozofia prowadzenia biznesu?

K.O.: Każda dobrze zarządzana firma przestrzega podstawowej zasady niezawodności von Neumanna, która mówi, że niezawodne układy buduje się z układów rezerwowych połączonych równolegle. Oznacza to, że bazy danych trzeba mieć dwie, trzy i trzymać je w różnych miejscach. Niektóre firmy mają procedury, które zabraniają np. trzem członkom zarządu lecieć tym samym samolotem lub jechać jednym samochodem. I myślę, że teraz część dużych firm, które nie wprowadziły jeszcze tych procedur, będzie je wdrażać. Dla mniejszych przedsiębiorstw oznaczałoby to koszty, niewygodę i sztuczność. Stanie się tak jak po każdej tragedii, np. wybuchu w fabryce Union Carbide w Bhopalu, czy uderzeniu w skałę tankowca Exxon Valdez. W wielkich firmach nastąpi przegląd procedur i zwiększenie kontroli nad ich wykonaniem, a mniejszych to w ogóle nie dotyczy.

Rozmawiała Aneta Królak

[email protected] tel. (22) 611-62-17