Świat się sprzysiągł, by zrobić ci dobrze

opublikowano: 17-09-2021, 14:15

Odwrotny paranoik: uważa, że wszechświat spiskuje tylko po to, by jemu żyło się lepiej. Po kilku dekadach Jan Czeremcha porzucił bankowość i jeździ po polu traktorem, a w wolnej chwili rozkręca start-up ze studentami.

Pionierzy:
Pionierzy:
Na naszych oczach rodziła się prywatna bankowość w nowej Polsce. Wspólnie budowaliśmy ją niemal od zera, tworząc nowe produkty i regulacje wewnątrzbankowe – wspomina Jan Czeremcha, były wiceprezes Raiffeisen Bank Polska, który karierę finansisty zaczynał w czasach rodzącej się III RP.
Marek Wiśniewski

Nestor polskiej bankowości. Jeden z twórców jej standardów i pierwszych wzorcowych procedur. Karierę finansisty zaczynał w 1988 r.

– Wtedy nawet nie było jeszcze komputerów. Gdy pisaliśmy umowę dla klienta, z jej wzorca wycinało się paragrafy wymagające zmian, pisało ich dobrą wersję na maszynie, wklejało w wycięte miejsce i kserowało. Dopiero dwa lata później napisałem pierwszy kontrakt na komputerze – wspomina Jan Czeremcha.

Przygodę bankową zakończył w 2018 r. na stanowisku wiceprezesa Raiffeisen Bank Polska, wraz z jego włączeniem w struktury BNP Paribas. Choć nadal otrzymywał propozycje z branży, ostatecznie postawił na start-up i… wieś.

Z Podlasia do Warszawy

Na swoim:
Na swoim:
Po rozstaniu z Raiffeisen Bankiem Jan Czeremcha odpalił – z pomocą grupki studentów z SGGW – własny start-up Birdcherry, po polsku czeremcha zwyczajna. Skupia się na zarządzaniu nadwyżkami finansowymi opartym na usługach podobnych do faktoringu odwrotnego.
Marek Wiśniewski

Pochodzi z Szudziałowa, wioski położonej niedaleko granicy z Białorusią. Ojciec był rolnikiem, zdunem i budowlańcem. To naturalne, że Jan Czeremcha swoją przyszłość wiązał z rolnictwem – dostał się na Wydział Ekonomiczno-Rolniczy warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Pierwszy rok rozpoczął z przytupem, bo na fali stanu wojennego.

– Wszyscy wtedy strajkowali, studenci też. Niektórzy do tego stopnia, że nie byli w stanie podnieść się z łóżka na obiad wydawany w stołówce do godz. 16 – śmieje się.

Pięć lat później z dyplomem magistra pod pachą zaczął się rozglądać za pracą. Wydział, który skończył, w tamtych czasach uchodził za wylęgarnię dyrektorów PGR-ów, trafił więc do jednego z mazowieckich państwowych gospodarstw na stanowisko głównego ekonomisty i specjalisty od ochrony roślin. Razem z pracą dostał mieszkanie. Trzydzieści metrów kwadratowych. Mówiąc krótko, bajka dla młodego pokolenia z peerelu. Rodzicom jednak to było nie w smak.

– Namawiali, żebyśmy z żoną wrócili w rodzinne strony. Uległem. Na Podlasiu załatwiłem sobie posadę głównego księgowego w mleczarni w Sokółce. Nie zdążyłem nawet rozpocząć tej pracy, bo teściowie akurat dostali mieszkanie w Warszawie – z przydziału, po prawie 30 latach czekania. Zachęcali nas do przyjazdu do stolicy. Tak też się stało – zamiast na wsi wylądowaliśmy w Warszawie. Bez pracy, ale za to z mieszkaniem – opowiada Jan Czeremcha.

W trakcie szukania nowego zajęcia trafił w gazecie na ogłoszenie rekrutacyjne Banku Handlowego (dziś Citi Handlowy). Placówka nęciła wszystkimi wolnymi sobotami. Obiecywała też pracownikom szkolenia.

– To było novum jak na owe czasy. Spodobały mi się przede wszystkim te wolne soboty – bo wtedy większość jeszcze była roboczych. A przecież w wolne soboty można sobie dorabiać – uśmiecha się.

Załapał się na stanowisko młodszego inspektora, zajmował się finansowaniem przedsiębiorstw przetwórstwa rolno-spożywczego. Praca w swoistym stylu korpo – biurko na 11. piętrze w pierwszym warszawskim biurowcu przy ul. Chałubińskiego, uchodzącym wtedy za jeden z najnowocześniejszych budynków. Pensja za to skromna – 25 dolarów miesięcznie. By spokojnie prosperować od pierwszego do pierwszego, w wolne soboty dorabiał na tokarce, obrabiając tralki do zegarów w wynajętym blokowym zsypie. Tymczasem w 1990 r. Stanisław Pacuk odpalił jeden z pierwszych prywatnych banków – Kredyt Bank. Placówka zaczęła polować na talenty.

– Szukali pracowników z doświadczeniem, a takich ludzi było jak na lekarstwo. Na dzień dobry zaproponowali mi więc trzykrotność mojej dotychczasowej pensji. Nie zastanawiałem się długo – wspomina Jan Czeremcha.

W 1991 r. zmienił więc barwy, obejmując w Kredyt Banku posadę specjalisty, a niedługo później – naczelnika wydziału kredytów.

– Kto to jest naczelnik? – pyta z chochlikiem w oku. – Jeszcze nie dyrektor, a już świnia – odpowiada ze śmiechem.

Na karuzeli zmian

Daleko pod zgiełku:
Daleko pod zgiełku:
Przyzwyczaiłem się do wsi. Warszawa mnie nawet męczy. Gdy wracam z niej po spotkaniach, chętnie przesiadam się z samochodu na kosiarkę albo traktor. To mnie odpręża – mówi Jan Czeremcha.
Marek Wiśniewski

Na jego oczach rodziła się prywatna bankowość w nowej Polsce.

– Wspólnie budowaliśmy ją niemal od zera, tworząc nowe produkty i regulacje wewnątrzbankowe – opowiada.

Nie zagrzał jednak długo miejsca w Kredyt Banku – gdy w 1993 r. Dariusz Ledworowski zaczął organizować Bank Rolno-Przemysłowy, ściągnął do siebie Piotra Czarneckiego, bezpośredniego przełożonego Jana Czeremchy. Niedługo później i on wylądował w BRP jako wicedyrektor departamentu kredytowego. Niemal z miejsca doświadczył pierwszej fuzji – bank już w 1993 r. przejęła holenderska grupa Rabobank, ukierunkowując go na finansowanie większych producentów rolno-spożywczych. Jan Czeremcha, przemianowany na dyrektora departamentu ryzyka, przeszedł wtedy ostre szkolenie „po holendersku”. Błyskawicznie musiał też opanować finansowe niuanse w języku angielskim. Pod skrzydłami finansjery z kraju tulipanów pozostał całą dekadę. Odszedł w 2004 r., gdy Holendrzy przymierzali się do reanimacji targanego w tym czasie wieloma problemami głównego kasjera polskiego rolnictwa – Banku Gospodarki Żywnościowej. Do 2008 r. Rabobank International Holding powiększył akcjonariat w BGŻ do 50 proc., a w 2012 r. do ponad 98 proc. Dwa lata później BNP Paribas odkupił od Holendrów wszystkie udziały BGŻ. Rabobank wycofał się z Polski.

– Holendrzy niestety na tym projekcie się wyłożyli. Nie byli w stanie uzdrowić państwowego molocha – komentuje Jan Czeremcha, który w czasie potyczek Rabobanku z BGŻ był już zupełnie gdzie indziej.

Nie tylko banki i doradztwo:
Nie tylko banki i doradztwo:
10 lat temu Jan Czeremcha zainwestował w pięć hektarów ziemi obok Łochowa. Myśli o działalności agroturystycznej, jednak koronawirus nieco przystopował te plany. Ma nadzieję, że uda mu się wystartować w przyszłym roku.
archiwum prywatne Jana Czeremchy

Najpierw trafił do stajni Leszka Czarneckiego jako wiceprezes od biznesu firmowego w Getin Banku – zajmował się finansowaniem przedsiębiorstw i samorządów, rozbudowując struktury sprzedażowe w Warszawie. W Getinie pozostał niewiele ponad rok.

Z kolei Piotr Czarnecki po przygodach z telekomunikacją został prezesem Raiffeisen Banku i znów chciał ściągnąć do siebie Jana Czeremchę. Ten nie odmówił. W ramach „rekompensaty” miał postawić Leszkowi Czarneckiemu butelkę dobrego wina. Kalifornijskie Opus One za prawie 2 tys. zł załatwiło sprawę szybkiego transferu.

Kolejne 13 lat spędził na posadzie wiceprezesa bankowości korporacyjnej. Pozostał w Raiffeisen Banku aż do sprzedaży polskiego banku do… nomen omen BNP Paribas.

– Lubiłem tam pracować. Panowała duża swoboda, ja miałem sporo pomysłów biznesowych, które mogłem wprowadzać. Zresztą jak tylko trafiłem do Raiffeisen Banku, od razu zmieniłem system motywacyjny dla swoich ludzi – odpiąłem bonus od pensji, a przypiąłem do tego, ile zarabiają dla banku, czyli mówiąc krótko, postawiłem na wyniki. Mocno rozwinąłem też faktoring i szybko staliśmy się liderem w grupie. Rozkręciłem też cross-selling i również osiągaliśmy w Polsce najlepsze wyniki pod kątem sprzedaży produktów na jednego klienta – opowiada.

Gdy w latach 2015-16 Raiffeisen Bank notował duże straty, Austriacy zaczęli szukać sposobu na poprawę wskaźnika kapitałowego. Jedynym dobrym rozwiązaniem wydawała się sprzedaż aktywów. Padło na Polskę.

– Kraj jeszcze się rozwijał, jest duży, więc Austriacy zakładali, że znajdą się chętni do kupienia polskich aktywów w dobrej cenie. Wcześniej jednak sami strzelili sobie w stopę, wykupując Polbank utopiony w tanich kredytach hipotecznych udzielanych we frankach. Znalezienie nabywcy na Raiffeisen Bank z tak śmierdzącym jajem nie było proste. Zresztą udało się do transakcji przekonać BNP Paribas dopiero po wydzieleniu ze struktur części obsługującej frankowe kredyty – tłumaczy Jan Czeremcha.

Wtedy stracił stanowisko. Jak to przy zmianach właścicielskich bywa, miejsca dla starej kadry już nie było.

Ze stolicy na wieś

Odwrotny paranoik:
Odwrotny paranoik:
Amerykański milioner Clement Stone utrzymywał, że cały świat się sprzysiągł, by mu pomagać. Na przykład gdy zagrażała mu konkurencja, to był znak, że musi coś zmienić. Zmieniał i zarabiał kolejne miliony. Jeśli coś idzie nie tak, ja również traktuję to jako znak do szukania innej drogi – przyznaje założyciel Birdcherry.
Marek Wiśniewski

Bolało?

– Nawet nie. Miałem 1,5-roczny zakaz konkurencji, za co dostawałem regularne wypłaty – odpowiada.

Czyli długi urlop?

– A skąd! Na szczęście od razu po rozstaniu z Raiffeisen Bankiem mogłem otworzyć indywidualną działalność doradczą – wyjaśnia.

Pracował… jeden dzień w tygodniu. A gdy kończył mu się zakaz konkurencji, dostał propozycję objęcia fotela wiceprezesa od spraw komercyjnych w Idea Banku. Przymierzył się na dwa tygodnie i podziękował.

„28 maja 2020 roku wiceprezes zarządu pan Jan Czeremcha złożył rezygnację z pełnienia funkcji w zarządzie. Rezygnacja została złożona z przyczyn osobistych” – można było przeczytać w oficjalnym komunikacie Idea Banku.

On tymczasem, z sześćdziesiątką na karku, z pomocą grupki studentów z SGGW odpalił własny start-up Birdcherry – po polsku czeremcha zwyczajna. Skupia się na zarządzaniu nadwyżkami finansowymi opartym na usługach podobnych do faktoringu odwrotnego. Jan Czeremcha testuje rynek. W głowie rodzą mu się kolejne koncepcje.

Będzie sukces?

– Jeszcze nie wiem. Ale jeśli się nie uda, to znaczy, że tak miało być i mam się zająć czymś innym. Jestem odwrotnym paranoikiem, jak amerykański milioner Clement Stone. On utrzymywał, że cały świat się sprzysiągł, by mu pomagać. Na przykład gdy zagrażała mu konkurencja, to był znak, że musi coś zmienić. Zmieniał i zarabiał kolejne miliony. Jeśli coś idzie nie tak, ja również traktuję to jako znak do szukania innej drogi, bo trzymając się tej, pewnie w coś bym się wpakował – przyznaje.

Nad brzegiem rzeki:
Nad brzegiem rzeki:
Były prezes większość czasu spędza teraz na wsi. Postawił dwa domy – jeden dla siebie, drugi pod agroturystykę. Zainwestował w trzy traktory, zbudował tratwę do spływów Liwcem.
archiwum prywatne Jana Czeremchy

10 lat temu zainwestował w pięć hektarów ziemi obok Łochowa, na brzegu Liwca. Zbudował dwa domy, jeden dla siebie, drugi pod agroturystykę. Koronawirus nieco przystopował te plany, ale z pierwszym sezonem chce wystartować w przyszłym roku. Myśli o wynajmowaniu całego domu grupom szukającym miejsca na plenerowe spotkania, wypoczynek czy zyskujące ostatnio popularność workation. Może będzie tu też kawiarnia.

– O nasze plany zresztą warto zapytać okolicznych mieszkańców. Wiedzą najlepiej. Któregoś razu pracowałem przy ogrodzeniu w ubraniu roboczym. Ktoś do mnie podszedł i zapytał, czy nie wiem, co tu ma być. Bo ponoć jakiś dom opieki – śmieje się.

Większość czasu spędza teraz na wsi. Zainwestował w trzy traktory, zbudował tratwę do spływów Liwcem. Postawił ziemiankę. Razem z żoną uprawiają duży ogród warzywny.

Nie tęskni za korporacją?

– Na początku trochę brakowało mi kontaktu z ludźmi, bo przecież od lat miałem własny zespół pracowników i działaliśmy na szybkich obrotach. Przyzwyczaiłem się już jednak do wsi. Warszawa mnie nawet męczy. Gdy wracam z niej po spotkaniach, chętnie przesiadam się z samochodu na kosiarkę albo traktor. To mnie odpręża – mówi.

Zapytaj sąsiada:
Zapytaj sąsiada:
Któregoś razu pracowałem przy ogrodzeniu w ubraniu roboczym. Ktoś do mnie podszedł i zapytał, czy nie wiem, co tu ma być. Bo ponoć jakiś dom opieki – śmieje się Jan Czeremcha.
archiwum prywatne Jana Czeremchy

A jakieś inne hobby?

– Kiedyś przez parę lat ćwiczyłem tai chi, ale z powodu licznych wyjazdów musiałem odpuścić i już do tego nie wróciłem – przyznaje.

Dodaje, że lubi za to kolekcjonować… powiedzonka sytuacyjne. Opracował nawet kalendarz z mottem na każdy tydzień 2020 r. „Sprawdzona, skuteczna metoda zarządzania. Przypierdolić. Odpuścić” – przeczytamy przy czerwcowych dniach, a zimowe grudniowe motto brzmi: „Zmienność decyzji świadczy o ciągłości dowodzenia”.

Motto na marzec:
Motto na marzec:
Jan Czeremcha lubi kolekcjonować powiedzonka sytuacyjne. Opracował nawet kalendarz z mottem na każdy tydzień 2020 r.
archiwum prywatne Jana Czeremchy

Wydał ponad 100 egzemplarzy. Rozdał je wśród znajomych. Ma tak pokaźny zbiór powiedzeń, że, jak zapewnia, starczy na kolejnych kilka lat.

Mimo wiejskiej ciszy i spokoju myśl o emeryturze zupełnie go nie kręci.

– Popatrzmy np. na Zbigniewa Grycana, którego znam od dawna. W tym roku skończył 80 lat i mimo dużego wsparcia w rodzinie nie wydaje się zwalniać tempa. Czuwa nad kolejnymi projektami. Ja też się nie nadaję do emerytalnego odpoczynku – zapewnia Jan Czeremcha.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane