Ewentualne spowolnienie globalnego ożywienia zniechęca inwestorów
Na rynki napływały w ostatnim czasie jeszcze bardzo dobre dane makroekonomiczne. Dotyczy to nie tylko Polski, gdzie sprzedaż detaliczna sunie w górę (kwiecień był wyjątkiem), produkcja przemysłowa jest w silnym trendzie wzrostowym, a na rynku pracy zatrzymały się negatywne tendencje. Płace wzrosły w kwietniu mocniej niż ceny, wzrosło też zatrudnienie. Ekonomistów pozytywnie zaskoczyła również strefa euro. Dobrym przykładem z ostatnich dni jest odczyt marcowych nowych zamówień w przemyśle Eurolandu. Przyspieszenie trendu mogło zadziwić sceptyków (dane pobiły oczekiwania ponad dwukrotnie). Marcowy skok o 5,2 proc. miesiąc do miesiąca i 19,8 proc. rok do roku był poprzedzony zwyżką w lutym o 1,9 proc. m/m i 12,5 proc. r/r. W całej UE wzrost zamówień w przemyśle skoczył z plus 1,1 do 5,9 proc. m/m oraz z 12,9 do 20,7 proc. r/r.
Pozytywne nastroje wśród producentów i konsumentów, za którym podążało globalne ożywienie, widać w PKB, całościowym, choć nie pozbawionym wad, mierniku aktywności gospodarczej. Od wielu lat ospała strefa euro wzrosła o 0,5 proc. r/r (dane bez sezonowego wyrównania), dość żwawo zwyżkowały gospodarki USA i Japonii (warto jednak pamiętać o efekcie niskiej bazy), a kryzysowe zielone wyspy nie zwalniały tempa. Gospodarka Chin urosła aż o 11,2 proc. r/r, a PKB w Polsce zwiększył się o 3,1-3,5 proc. Widać więc przyspieszenie trendów wzrostowych, także w ujęciu kwartał do kwartału.
Wśród spółek publicznych z całego świata duża grupa pobiła w pierwszym kwartale oczekiwania analityków wobec zysków. W Polsce w pierwszych trzech miesiącach tego roku przedsiębiorstwa nadal odkuwały się po załamaniu. O ile przychody firm z sektora niefinansowego wzrosły rok do roku o 1 proc. (dane GUS), o tyle ich łączny wynik finansowy netto skoczył o 87 proc., do 18,3 mld zł. Przede wszystkim dzięki zniżce strat netto o 53 proc., do 7,4 mld zł. Odrodził się popyt i nie ma już problemu "toksycznych" derywatów. Mimo rosnących inwestycji i malejącemu popytowi na kredyt firmy mają więcej gotówki wobec bieżących zobowiązań. Wskaźnik płynności I stopnia wzrósł bowiem z 31,9 do 38,7 proc.
Problem jednak w tym, że dane te dotyczą okresów historycznych. Rynki finansowe żyją przyszłością, a właściwie oczekiwaniami wobec kolejnych miesięcy. Tu dobrze sprawdzają się z reguły wskaźniki wyprzedzające. Widać w nich teraz zawahanie globalnej gospodarki. Ogólnie szybki marsz w górę wyhamował także w Polsce. To podatny grunt dla giełdowych spadków, które spotęgowała eskalacja i nagłośnienie problemów fiskalnych w strefie euro. Amerykanie mają mocniejsze nerwy i tamtejszy indeks nastrojów Conference Board wciąż szybko rośnie. Polska gospodarka powiązana jest jednak najmocniej z UE. Spójrzmy więc na popularny wskaźnik PMI (ankiety wśród menedżerów logistyki). Dla wytwórców strefy euro wciąż oznacza rozwój (graniczna jest wartość 50), ale w maju odczyt spadł z 57,6 do 55,9 pkt (dla usług jeszcze wzrósł). W Polsce PMI sektora przemysłowego (odczyt kwietniowy) zamarł przy 52,5 pkt, choć zamówienia rosły siódmy miesiąc z kolei, a produkcja — dziewiąty. U naszych głównych partnerów gospodarczych, czyli w Niemczech, rosnący pesymizm udzielił się nie tylko branży finansowej (indeks ZEW spadł w maju z 53 do 45,8 pkt), ale również menedżerom z różnorakich firm sektora niefinansowego (indeks Ifo, wbrew prognozom, nie wzrósł, ale nieznacznie spadł — do 101,5 pkt).
Miesięczne odczyty produkcji przemysłowej, które bardzo dobrze wskazały w I kwartale 2009 r. dno mijającego kryzysu, obecnie nie wskazują na ponowne włączenie przez gospodarki wstecznego biegu. Trzeba jednak obserwować sytuację, choć spodziewane cięcia wydatków rządowych w strefie euro czy USA niekoniecznie muszą prowadzić do spowolnienia rozwoju gospodarek. Wszystko zależy bowiem od siły konsumpcji gospodarstw domowych i inwestycji przedsiębiorstw. To z kolei zależy od nastrojów wobec przyszłości. Jeśli obecne przystopowanie optymizmu okaże się trwalsze, dość szybko zobaczymy to, niestety, w twardych danych. Taka ewentualność nie powinna jednak zbyt mocno uderzyć w naszą gospodarkę i zyski krajowych spółek.
Fale zwiększonej awersji na rynkach finansowych to w praktyce odpływ kapitału z rynków wschodzących, w tym z Polski, do USA, Japonii czy Szwajcarii, czyli tzw. bezpiecznych przystani. Wprost oznacza to nie tylko spadki na GPW czy zmiany rentowności obligacji skarbowych, ale przede wszystkim osłabienie złotego. Widzimy to od maja. O ile od początku roku do kwietnia euro staniało z 4,1 do 3,85 zł, a dolar kosztował mniej niż 2,9 zł, o tyle pod koniec maja zobaczyliśmy już nawet ponad 3,4 zł za dolara i 4,2 zł za euro (interweniował BGK). To jednak zwiększa konkurencyjność naszego eksportu, koła zamachowego gospodarki, zwiększając również w dłuższym okresie wartość złotego. Majowa powódź nie powinna mieć tu większego znaczenia, gdyż nie spowoduje zwiększenia deficytu budżetowego. Niepewność na Zachodzie wobec jutra nie powinna też oznaczać nagłej zapaści w konsumpcji. Można natomiast spodziewać się szukania tańszych dostawców, m.in. z Polski. Słabe euro wspiera niemiecki eksport, dla którego część komponentów pochodzi przecież z Polski. To dobrze wróży krajowym firmom, którym wciąż pomaga także silna konsumpcja wewnętrzna. Spadek sprzedaży detalicznej w kwietniu to raczej efekt żałoby narodowej.