Świat to za mało

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2014-11-28 00:00

W filmie pod takim tytułem James Bond odwiedza w 1999 r. Azerbejdżan. Klienci Orbisu docierali tam znacznie wcześniej. Przez ponad dziewięćdziesiąt lat byli po prostu… wszędzie, jako że nazwa ta po łacinie oznacza świat.

Najbardziej znana polska marka turystyczna bardzo pasuje do przypomnienia w cyklu „Było, nie minęło”. Polskie Biuro Podróży Orbis powstało wkrótce po odzyskaniu niepodległości, w dramatycznym roku 1920 we Lwowie. Ojcowie założyciele — bankowcy Ernest Adam, Maksymilian Liptay i Józef Radoszewski, posłowie Władysław Kesłowicz i Aleksander Skarbek oraz prawnik Ozjasz Wasser — od początku myśleli o stworzeniu firmy z międzynarodowym standardem usług, która byłaby oknem na świat dla obywateli młodego państwa. I to im się udało. W ciągu pierwszych pięciu lat powstało 28 oddziałów. Orbis w 1928 r. uzyskał status narodowego biura podróży, a w 1933 r. jego akcje kupiła Pocztowa Kasa Oszczędności. Siedziba spółki została wtedy przeniesiona do Warszawy, powstał także znak handlowy oparty na uskrzydlonym globusie. Firma rozwijała się dynamicznie i w branżowych rankingach znalazła się w dziesiątce najlepszych biur podróży na świecie! Do wybuchu wojny Orbis dysponował już 136 oddziałami w kraju oraz 19 za granicą. W czterech własnych hotelach oferował 360 pokoi. W 1939 r., gdy sezon turystyczny został gwałtownie przerwany 1 września, zdążył obsłużyć 5 mln klientów.

Zawierucha wojenna oczywiście przerwała wszelką działalność biura. Polacy przemieszczali się masowo po świecie, ale z powodów zupełnie innych niż turystyczne. Większość majątku Orbisu na obszarze Polski została zniszczona, przetrwały jednak biura zagraniczne — w Londynie, Brukseli, Nowym Jorku oraz Tel Awiwie.

Wyselekcjonowana zagranica

Nowa władza pod koniec 1944 r. w Lublinie reaktywowała biuro, które jako przedsiębiorstwo państwowe Orbis wykupiło akcje przedwojennej spółki. Do końca lat czterdziestych skupiało się na międzymiastowych połączeniach autobusowych w kraju. Dysponowało kilkoma hotelami, oferując zakwaterowanie Polakom i bardzo nielicznym wtedy goś- ciom zagranicznym. Zarządzało także siecią pensjonatów oferujących 5 tys. łóżek oraz obsługiwało wagony sypialne i restauracyjne w pociągach. Mimo ostrego kursu na polityczną konfrontację z kapitalizmem władze PRL zdawały sobie sprawę z konieczności utrzymywania kontaktów z cudzoziemcami także zza żelaznej kurtyny. Dlatego w 1951 r. podjęta została ważna decyzja o włączeniu do Orbisu dziewięciu najlepszych polskich hoteli, co zapoczątkowało sieć przygotowaną do obsługi gości dewizowych. W statystykach podstawą działalności firmy były jednak przewozy ludu pracującego miast i wsi, organizacja ideologicznych zjazdów młodzieży itp. Pierwsza połowa lat pięćdziesiątych to okres całkowitego zastoju wyjazdowej turystyki zagranicznej. Sytuację zmieniła dopiero odwilż po październiku 1956 r. Klienci Orbisu znowu ruszyli za granicę. W przeważającej liczbie oczywiście do bratnich krajów obozu socjalistycznego, gdzie wycieczki były zdecydowanie tańsze niż gdzie indziej. Popularnością cieszył się radziecki Krym, węgierski Balaton, bułgarskie i rumuńskie Morze Czarne. Specyficznym kierunkiem była Jugosławia z atrakcyjnym wybrzeżem Adriatyku (dzisiaj to Chorwacja), siedząca okrakiem na granicy dwóch systemów. Komplety uczestników zbierały rejsy „Batorym”, potem „Stefanem Batorym” oraz wycieczkowymi statkami radzieckimi.

Powiew Zachodu dla nielicznych

Turystyczną śmietanką były rzecz jasna wycieczki do państw Europy Zachodniej oraz zupełnie egzotycznych, takich jak Egipt czy Turcja. Przed ich uczestnikami stawały jednak wysokie bariery. Takie podróże były przede wszystkim drogie, na Orbis mogła sobie pozwolić tylko wyższa półka finansowa, czyli prywaciarze i badylarze, a nie nauczyciele. Poza tym wyjazd na Zachód wiązał się z pokonaniem pod górkę ścieżki paszportowo-wizowej. W PRL paszporty wydawała Milicja Obywatelska, każdorazowe przekroczenie granicy wymagało napisania odrębnego wniosku, odmowa następowała bez żadnego uzasadnienia, warunkiem odbioru paszportu było zostawienie milicjantom w zastaw dowodu osobistego, a na końcu państwo ściągało haracz wysokiej opłaty paszportowej za każde przekroczenie granicy. Odrębnym tematem były bariery wizowe. Wyspecjalizowane służby Orbisu wędrowały od konsulatu do konsulatu z workami paszportów uczestników wycieczek. W epoce Schengen tamte realia wydają się jakąś abstrakcją. Przypomniane okoliczności miały jednak i dobrą stronę. W drogim Orbisie nie występował masowo problem tzw. pozostawania uczestników wyjazdów za granicą, czego doświadczały np. biura młodzieżowe. Wszystkie świadczenia stały na wysokim poziomie i wtedy w ogóle nie mieścił się w głowie np. problem sprowadzania klientów do kraju po bankructwie biura. Legendarnym wątkiem ubocznym wycieczek był prywatny handel zagraniczny, z którego Polacy znani byli w całej Europie. Lata siedemdziesiąte, czyli tzw. dekada przyspieszonego rozwoju pod przewodem Edwarda Gierka, zapisały się w dziejach Orbisu znaczącym rozwojem bazy hotelowej. W rozbudowie sieci istotną rolę odegrała zmiana podziału administracyjnego kraju w 1975 r. i utworzenie 49 niewielkich województw. W stolicy praktycznie każdego z nich musiał stać porządny hotel Orbisu, w sumie zbudowano 34. Tamta epoka wiązała się także z wchodzeniem do Polski pierwszych zagranicznych sieci hotelarskich, wybudowano wtedy sześć Novoteli, z których pięć funkcjonuje do dziś. Według stanu na 1980 r. do Orbisu należało 60 proc. pokoi hotelowych w kraju, przy średnim obłożeniu sięgającym 2/3. Połowa gości przyjeżdżała z tzw. drugiego obszaru płatniczego, przywożąc do Polski tak pożądaną twardą walutę. Oczywiście pożądaną nie tylko przez państwo, lecz także przez cinkciarzy oraz przedstawicielki sektora rozrywkowego. Hotele nigdy i nigdzie nie były klasztorami, a nasze orbisowskie wyróżniały się jedynie wyższymi stawkami. Na zapleczu recepcji dyżurował milicjant, który miał gwarantować właściwe relacje obsługi z zagranicznymi gośćmi. Na szczęście w Polsce na piętrach nigdy nie siedziały tzw. etażowe, będące instytucją w hotelach radzieckich. Wraz z rozwojem usług hotelarskich oraz obsługi podróży Orbis rozwijał także własną bazę transportu pasażerskiego. W dwudziestoleciu1960-1980 liczba firmowych autokarów zwiększyła się wręcz skokowo, z 35 do 555. Sieć hoteli natomiast w chwili zmiany ustroju w Polsce obejmowała 53 obiekty. Przedsiębiorstwo państwowe Orbis w 1991 r. standardowo przekształcono w jednoosobową spółkę skarbu państwa. Z jej struktury wyodrębnione zostały w 1993 r. dwie spółki córki: Orbis Travel oraz Orbis Transport. Od 1997 r. akcje spółki Orbis notowane są na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Przemiany rynkowe branży turystycznej radykalnie zmieniły jednak warunki funkcjonowania Orbisu. Klienci coraz częściej zaczęli wyjeżdżać z innymi biurami, z prozaicznego powodu — było taniej. Na hotelowej mapie Polski pojawiły się sieci zagraniczne: Sheraton, Radisson, Hilton, Hyatt. Teraz one stały się symbolem luksusu.

Strategiczny partner i kierunek

W warunkach zaostrzającej się konkurencji przełomowe znaczenie dla grupy Orbis miało wejście w 2000 r. partnera strategicznego — grupy Accor, europejskiego lidera na rynku hotelowym. Akcent zaczął przesuwać się na ten sektor. W 2010 r. grupa nie była już właścicielem Orbis Travel, czyli odnogi wycieczkowej, chociaż kupującemu ją funduszowi inwestycyjnemu przyznała prawo do używania nazwy. Jesienią 2010 r. doszło jednak do bardzo spektakularnego upadku Orbis Travel, a spółka matka w celu ochrony historycznej marki szybko cofnęła licencję. Współcześnie giełdowa spółka akcyjna Orbis koncentruje się na hotelach. Działają pod markami grupy Accor: Sofitel, Novotel, Mercure, Ibis, a jedynie resztówka dawnej sieci tworzy Orbis Hotels z tradycyjną nazwą. Grupa łącznie oferuje 10,5 tys. pokoi o zróżnicowanym standardzie — od luksusowych po ekonomiczne. Spółka Orbis rozpoczyna przejmowanie obiektów grupy Accor w 16 krajach Europy Środkowej oraz Bałkanów. Łącznie będzie to kilkadziesiąt hoteli w różnej formule prawnej — własnych, dzierżawionych, zarządzanych, franczyzowych. Do marek wspomnianych wyżej dochodzą jeszcze Pullman i MGallery. No cóż, pokoleniom klientów Orbisu pozostaje nadzieja, że przynajmniej w Polsce pod tradycyjną nazwą ostanie się choćby skromna hotelowa reprezentacja i efektowny globus na warszawskiej siedzibie spółki (zdjęcie na str. 14) nie będzie ostatnim wizerunkowym łącznikiem między dawnymi a nowymi laty.