Wczoraj obchodziliśmy Dzień Samorządu Terytorialnego, ustanowiony na pamiątkę pierwszych wolnych wyborów do rad gmin z 27 maja 1990 r. Bronisław Komorowski wykalkulował, że po uruchomionym na początku roku cyklu obchodów „25 lat Samorządności” niczym po wygodnych schodach wejdzie do drugiej kadencji — ale się potknął. Środowa gala miała być triumfalnym zwieńczeniem tego sprytnego planu, tymczasem przerodziła się w gorzkie pożegnanie.
Prezydent podkreślał, że samorządność to przede wszystkim zwiększenie roli obywateli. I w tym kontekście przypomniał, że w 2013 r. wniósł do Sejmu projekt ustawy „o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym na rzecz rozwoju lokalnego i regionalnego oraz o zmianie niektórych ustaw”. Zawiera on masę propozycji, a wśród nich minę podłożoną pod samorządność — skokowe podwyższenie progu frekwencyjnego referendum w sprawie odwołania wójta/burmistrza lub rady. Obecny warunek ważności głosowania to co najmniej 60 proc. frekwencji zanotowanej w wyborach danego organu. Prezydent zaproponował… co najmniej powtórzenie frekwencji z wyborów, czyli 100 proc. W polskich realiach oznaczałoby to całkowite wytrącenie obywatelom możliwości pozbycia się w trakcie kadencji źle wybranej władzy. Dlatego dla samorządnej Polski to wielkie szczęście, że po pierwszym sejmowym czytaniu ustawa z tak bezmyślnym zapisem utknęła już drugi rok w komisji i z końcem kadencji trafi do kosza.