Święty Mikołaj właśnie odjeżdża

Adam Zaremba
opublikowano: 2009-12-02 00:00

Rajd Świętego Mikołaja i efekt stycznia to dwa tematy, o których inwestorzy dyskutują co roku, licząc na zyski na przełomie roku. Niestety, ostatnie lata nie przyniosły najlepszych doświadczeń pod tym względem. W grudniu 2008 r. wartość WIG praktycznie się nie zmieniła, a w styczniu spadła o niemal 10 proc. Zawiódł również przełom lat 2007/08. Gdzie podziewa się Święty Mikołaj? Historycznie najstarszy jest efekt stycznia, którego inwestorzy zza oceanu dopatrzyli się już w latach 80. Analizy stóp zwrotu w Stanach Zjednoczonych pokazują, że w styczniu inwestorzy mogli zarobić statystycznie dużo więcej niż w pozostałych miesiącach roku. Średni styczniowy zysk inwestora w latach 1927-2001 to niemal 4 proc., podczas gdy w pozostałych miesiącach stopy zwrotu wynosiły niecały 1 proc.

Czas małych spółek

Zainteresowanie naukowców pozwoliło rzucić więcej światła na tajemniczy efekt stycznia. Właściwie całość styczniowych wzrostów można przypisać pierwszym tygodniom miesiąca. Nie wszystkie akcje zyskują  w styczniu na wartości równomiernie. Noworoczna zwyżka jest o wiele wyraźniejsza dla spółek małych, aniżeli dla dużych. Jeżeli przyjmiemy, że małe spółki przynoszą wyższe stopy zwrotu niż duże, to połowę tej różnicy zarabia się w zaledwie kilka pierwszych dni roku. Historycznie w styczniu najwięcej zyskiwały walory firm, których ceny charakteryzuje wysoka zmienność. Nowszym okryciem wśród finansistów jest rajd Świętego Mikołaja, czyli wzrosty indeksów w ostatnim miesiącu (a właściwie w ostatnich dniach) roku.

Podatki i window dressing

Najpopularniejsze wyjaśnienie styczniowych zwyżek dotyczy kwestii podatkowych. Mówi się, że inwestorzy pragnąc "zoptymalizować" wysokość płaconych podatków, sprzedają przed końcem roku papiery, na których ponieśli stratę, a następnie odkupują je na początku stycznia, pchając ceny w górę. Wyjaśnienie to jest o tyle trafne, że tłumaczyłoby również efekt stycznia. Niestety, to wyjaśnienie ma jedną poważną wadę. Efekt stycznia zaobserwowano też na przykład w Australii, która posiada zupełnie inny rok podatkowy.

Druga racjonalna przesłanka, która mogłaby tłumaczyć noworoczne wzrosty, wiąże się z zachowaniem inwestorów instytucjonalnych. Zauważono, że w grudniu instytucje sprzedają więcej, a kupują mniej niż zwykle, a w styczniu odwrotnie. Dlatego popyt dźwiga ceny na początku roku. Skąd tak dziwne zachowanie instytucji? Prawdopodobnie chodzi o wyczyszczenie portfeli ze spółek, które mogą przynieść spore zyski, ale kiepsko wyglądają w rocznych raportach. Mowa tu między innymi o małych i ryzykownych firmach, co tłumaczyłoby, dlaczego efekt stycznia dotyczy głównie małych spółek.

Obie anomalie nie są obce Polakom. Średnia grudniowa stopa zwrotu z WIG w latach 1995-2008 wynosiła 3,4 proc., a analogiczna wartość dla stycznia 4 proc. To dość dużo, biorąc pod uwagę, że średnia stopa zwrotu we wszystkich miesiącach to zaledwie 0,8 proc. Co ciekawe — u nas małe spółki zwykle zachowywały się w grudniu i styczniu gorzej niż duże.

Świętego Mikołaja nigdy nie było…

Oprócz uporczywego tłumaczenia, skąd się bierze efekt stycznia, warto rozważyć jeszcze jeden scenariusz. Mianowicie, że efekt stycznia nie istnieje. Czy to możliwe? Oczywiście. Wzrosty w styczniu mogą być na przykład efektem najzwyczajniejszego w świecie przypadku. Skoro mamy w roku 12 miesięcy, to któryś musiał przez ostatnie kilkanaście lat przynosić największe stopy zwrotu. Tak się złożyło, że był to akurat styczeń. Być może w ciągu kolejnych lat bardziej zyskowny okaże się inny miesiąc, a gazety będą się rozpisywać na przykład o "efekcie kwietnia". Z drugiej strony, efekt stycznia, może być złudzeniem inwestorów, którzy często powtarzają popularne hasła, a rzadko zdobywają się na pogłębioną samodzielną analizę. Historyczne statystyki notowań na GPW faktycznie potwierdzają znaczne zwyżki w styczniu i grudniu, ale jeszcze większe wzrosty pojawiają się w kwietniu. Czyżby więc czas "efektu kwietnia" już nadszedł?

…albo pozbyli się go inwestorzy

Gracze giełdowi liczący na grudniowo-styczniowe zwyżki indeksów powinni być świadomi jeszcze jednego niebezpieczeństwa. Nawet jeżeli efekt faktycznie istnieje, inwestorzy w szybkim tempie doprowadzą do jego samounicestwienia. W jaki sposób? Zamiast nabywać akcje w grudniu i styczniu, inwestorzy ruszą na zakupy jeszcze wcześniej, by załapać się na bożonarodzeniowe zwyżki. W efekcie osłabnie popyt na przełomie roku, a wzrośnie wcześniej, wskutek czego stopy zwrotu wrócą do długoterminowej średniej.

Więcej na www.pb.pl

Adam Zaremba