Sytuacja na naszych drogach jest stanem klęski

Andrzej Witkowski
opublikowano: 2001-10-23 00:00

Na początku sezonu zimowego wypada napisać kilka zdań o horrorze panującym na polskich drogach. Z analiz służb odpowiedzialnych za stan bezpieczeństwa wynika, iż największą winę za to, co się dzieje, ponoszą kierowcy i piesi.

To przede wszystkim jeżdżący i chodzący po polskich drogach są winni, że w każdym tygodniu ginie na nich ponad sto osób, a kilkaset zostaje rannych. To przecież użytkownicy dróg nie przestrzegają przepisów, lekceważą poustawiane znaki, jeżdżą z nadmierną prędkością, siadają za kierownicą lub idą ruchliwą jezdnią nie bacząc, że wcześniej pili alkohol. Z danych statystycznych wynika, iż zły stan techniczny pojazdów i dróg faktycznie jest przyczyną niewielkiej liczby wypadków. Wszak olbrzymi ruch na polskich drogach, brak bezkolizyjnych przejazdów, konieczność poruszania się w tempie żółwia i tkwienie w korkach, brak autostrad i nowoczesnych dróg szybkiego ruchu — nie mają raczej wpływu na psychiczne motywacje kierowców co do stylu podejmowanej jazdy.

Jeżeli zatem głównie w tzw. czynniku ludzkim upatruje się istniejących zagrożeń, to może najlepszym wyjściem byłoby wydanie... zakazu ruchu pojazdów po polskich drogach? W sposób ślamazarny budujemy nowe trasy, toczymy bezdecyzyjne dyskusje o przebiegu polskich autostrad, łatamy w najgorszy z możliwych sposobów dziury na kiepskich ulicach — bo przecież nie tu leży przyczyna wypadków drogowych.

Radą na stale rosnącą liczbę śmiertelnych wypadków jest, dotychczas, powoływanie różnorodnych rad pod najwyższym patronatem, które po ukonstytuowaniu się i podjęciu decyzji o konieczności opracowania kompleksowego programu naprawy — nie znajdują już czasu na dalszą pracę. Gołym okiem widać, że tak naprawdę nic się w tej sprawie nie da zrobić, na brawurę polskich kierowców zaś nie ma rady. Czy naprawdę?

Czy:

- ...nie należałoby podjąć decyzji o działaniach nadzwyczajnych, zbliżonych do mających miejsce po klęsce żywiołowej? Na polskich drogach od lat ginie rocznie ponad sześć tysięcy osób, rannych zostaje ponad siedemdziesiąt tysięcy. To tak, jakby w dużym mieście w ciągu roku wszyscy uczestniczyli w wypadkach i zostali w nich ranni, a co dziesiąta osoba zginęła. Przecież to stan klęski!

- ...poszkodowani w wypadkach drogowych i ich najbliżsi nie potrzebują swojego pełnomocnika z odpowiednimi uprawnieniami, wspieranego działaniami psychologów i osób kompetentnych w zakresie niesienia pomocy? Tysiące osób każdego roku nie przychodzi do pracy, bo w wyniku wypadku drogowego przebywa w szpitalu, na zwolnieniu lekarskim, załatwia formalności powypadkowe.

- ...nie potrzebujemy — zamiast organizowania doraźnych akcji i powoływania komitetów z udziałem osób kompetentnych, ale na co dzień zajmujące się innymi sprawami — stałego organu administracji państwowej oraz odpowiednich w skali każdego województwa ośrodków dowodzenia i koordynowania spraw, obejmujących czynniki wpływające na stan bezpieczeństwa na polskich drogach?

- ...nie należałoby powołać Narodowego Funduszu Modernizacji Polskiej Sieci Drogowej, na który wpłaty można by odliczać od podatku?

- ...nadal wszyscy, zarówno kierowcy, jak i policja mamy traktować system punktów karnych — chwilowo zawieszony — jak strachy z bajki dla niegrzecznych dzieci?

Takich „czy” można by zadać jeszcze wiele, ale problem przecież nie zniknie. Jeżeli w możliwie najkrótszym czasie nie zostaną podjęte na najwyższym szczeblu decyzje wynikające z faktu, iż stan bezpieczeństwa na polskich drogach jest stanem zagrożenia państwa — to wszelkie wycinkowe i doraźne działania, mniej czy bardziej skuteczne, nie pomogą w ocaleniu w najbliższych latach życia i zdrowia tysiącom spośród nas.