Szewc z góralską pasją

Jacek Konikowski
18-05-2007, 00:00

Wojasowie od pokoleń żyją z butów. Dziadek szył, ojciec szył. I chociaż najmłodszemu kopalnia się zamarzyła, też szyje.

apytajcie Wiesława Wojasa o pyrlik, o różnicę między kęsami a groszkami, o to, kto i dlaczego musi skakać przez skórę albo czym może się skończyć złe dobranie górniczych skarpetek. Odpowie bez namysłu, że pyrlik w górniczej gwarze oznacza młotek górniczy, kęsy to dziesięć razy większe kawałki węgla niż groszki. A nowicjusze zanim staną się górnikami, muszą złożyć ślubowanie i skoczyć przez skórę trzymaną przez dwóch starych kopaczy.

— Na Barbórkę organizuje się karczmy piwne i combry babskie. Pierwsze dla górników, drugie dla ich kobiet. Takie spotkanie kadry z górnikami przy piwie. Organizują je kopalnie, związki zawodowe, uczelnie górnicze. Tradycja. Uczestnicy karczmy siadają przy dwóch długich stołach, starsi (stare strzechy) przy jednym, młodsi (młode strzechy) przy drugim. Dzielą się na tzw. tablice: wyższą i niższą. Obie ze sobą współzawodniczą na punkty. Władzę nad tablicami sprawują kontrapunkty. Powołuje ich Wysokie Prezydium w Sprawach Piwnych i Nie Tylko Piwnych, Nigdy Nieomylne. Wszyscy w mundurach górniczych. Biada temu, kto źle dobierze skarpetki górnicze. Niezdara kończy zakuty w dyby lub musi wypić piwo z solą — opowiada Wiesław Wojas, z tematu górniczych zwyczajów wywołany do tablicy.

Czemu z górniczych? Bo jakby znudziło go robienie butów, zawsze może fedrować. W końcu górnicze papiery ma, był młodym strzechą i nawet przeżył pasowanie na górnika.

W młodości napędził porządnego stracha całej rodzinie. Poszedł na Akademię Górniczo-Hutniczą, kierunek maszyny górnicze. Potrafi długo opowiadać o obyczajach górniczych. Bo ciekawe są. Na szczęście, woli o butach.

Dwa fasony na kryzys

Wojasowie od pokoleń robili buty. Nie wiadomo, czy rodzina przycisnęła, czy Wojas zmiękł, ale młodzieńczy bunt Wiesława nie na wiele się zdał. Jak się pochodzi z okolic Kalwarii Zebrzydowskiej, to trudno inaczej. Tu na każdym kroku albo stolarze, albo szewcy. Na 2 tys. firm połowa to jedni albo drudzy. O Kalwarii i okolicach mówi się nawet skórzana dolina. Polski odpowiednik włoskiego zagłębia obuwniczego w Civitanova. Niedoszły górnik od 1981 r. pracował jako konstruktor w zakładach obuwniczych Podhale w Nowym Targu. Tych samych, których drużyna hokejowa trzydzieści razy była mistrzem lub wicemistrzem Polski.

Minęło 9 lat. Dla Podhala kiepskie, bo zakład coraz gorzej przędł, za to dla Wojasa przeciwnie.

— Po półtora roku pracy w biurze zaczęło mnie nosić. Wspólnie ze znajomymi założyliśmy przyzakładową spółdzielnię mieszkaniową. Zostałem jej prezesem — wspomina Wojas.

Parę lat deweloperki, pięć bloków w Nowym Targu i cztery w Krakowie. Lata osiemdziesiąte, przeobrażenia. Wiesław Wojas nie przestawał myśleć o czymś swoim. Przez kilka następnych lat pałętał się od garażu do pakamerki. W Kalwarii wraz z ojcem i bratem robił buty. Z metką Zakład Produkcyjno-Handlowy Wojas. Początek lat dziewięćdziesiątych okazał się przełomowy.

— Miałem trochę na kupce, więc kupiłem od syndyka upadającego Podhala pierwszy wydział produkcyjny, potem dokupywałem kolejne. Doszły nowe hale. I ludzie. Początkowo pracowało stu, teraz prawie 800. 1993 rok, pierwszy eksport, do Anglii. I poszło — wspomina Wiesław Wojas.

Dzisiaj ma biuro blisko dawnych hal Podhala. Z okien gabinetu widać, co pozostało po dawnym molochu. Niewiele.

Początki jak to w czasach przeobrażeń. Szło wszystko, bo niczego nie było.

— Raz w tygodniu Wiesław przyjeżdżał do mojego sklepu przy Krupówkach z workami pełnymi butów, dwa, trzy fasony w jednym kolorze, czasem w dwóch. Na ich widok ustawiała się kolejka i wszystko znikało w mgnieniu oka. A jak Czesi przyjechali, to jeszcze szybciej — wspomina czasy wspólnych interesów z Wojasem Adam Bachleda-Curuś, najbogatszy polski góral.

Sklep z butami działa do dzisiaj w jego pasażu przy Krupówkach. Tyle że czasy się zmieniły. Bachleda nie żyje już z butów, lecz z nieruchomości. Wojas jest królem butów, ale zerka ku nieruchomościom. W Zakopanem ma dwa hotele — Skalny i czterogwiazdkowy Grand Hotel Stamary.

Choć Adam Bachleda-Curuś jest najbogatszym góralem, to Wiesław Wojas bez wątpienia jest najbogatszym góralskim fabrykantem. Góralskim, bo uważa się za górala. Mówi po góralsku i myśli jak góral.

— Nie tak piękną góralszczyzną jak profesor Chodorowicz, który dla mnie jest wzorcem góralszczyzny, duchowym przywódcą górali — zastrzega Wojas.

Gwary nauczył się od pracowników i — jak trzeba — to zakląć po ichniemu potrafi. Mimo że jest krzakiem.

— Jestem krzokiem. To ktoś taki, kto tu przyjechał i mieszka, w przeciwieństwie do pnioka, który żyje pod Tatrami z dziada pradziada. Jest jeszcze ceper, czyli taki, który przyjeżdża z dudkami, a wyjeżdża bez nich — mówi Wojas.

Góralszczyzna w jakiś sposób pomaga w biznesie?

— Nie spotkałem się z kimś, kto miałby coś przeciwko góralom, raczej z sympatią, także wśród klientów. Tatry budzą w nich dobre skojarzenia, a to w jakimś małym procencie pomaga w biznesie — sądzi Wojas.

A cechy osobowe. Wiadomo, kto z góralem zadrze, z życiem nie ujdzie.

— Górale cenią trzy rzeczy: upór, uczciwość i słowo. Dla górala podanie sobie ręki i stwierdzenie, że jest umowa, to jak cyrograf. Danie słowa to świętość. Raz oszukaj górala, to do końca życia ci nie zapomni. Bo jest zawzięty, ręki nie poda, a będzie, choćby latami, czekać na okazję, żeby się odkuć. Wiem coś o tym, bo u mnie prawie sami górale pracują. Z góralami lepiej nie zadzierać — radzi Wojas.

Kanada dla ministra

Ponoć kobiety oceniają mężczyzn po butach. Same też potrafią dla nich stracić głowę. Nie tylko one. Niektórzy przywiązują się do swoich butów jak do żony.

— Pamięta pan ministra Pałubickiego? Był naszym klientem. Specyficznym klientem — mówi Wojas.

Janusz Pałubicki, ten w swetrze od służb specjalnych w rządzie Jerzego Buzka. Co z nim?

— Upodobał sobie parę butów, które dawniej produkowało Podhale. Chodził w nich siedemnaście lat i szukał takich samych. Pamiętam ten model, Kanada. Mógł mieć inne, podobne, ale on się uparł, te i żadne inne, bo w nich zaczął swoje wędrówki po Tatrach. Więc robiliśmy z nimi, co mogliśmy, żeby pana ministra zadowolić. Udało się, jeszcze trochę w nich pochodził — wspomina Wojas.

Król butów

Ponoć szewc bez butów chodzi, ale Wojas chodzi w „wojasach”. Rocznie produkuje ich ponad 600 tysięcy par. Najwięcej w kraju, więc jest polskim królem butów. A komu król szyje buty?

— Teraz robimy kontrakt na buty dla Bundeswehry. Prawie sto tysięcy par. Bardzo proste buty, halowe. Jeden wzór i kolor. Za to te dla policji w Ghanie wyglądają śmiesznie, trochę jak trumniaczki. Na razie to tylko wzory, które spodobały się afrykańskiemu kontrahentowi. Ale nie palę się do sprzedawania mu na kreskę — zwierza się Wojas.

Wojas o sobie nie lubi mówić król. Dmucha na zimne, bo wielu przed nim abdykowało.

— Na królewskie dwory też nie robię czółenek, za to glany, czemu nie. Od zeszłego roku szyjemy dla Dr. Martensa jeden z jego topowych modeli — wyjawia Wojas.

Rzecz o tyle nietypowa, że większość kultowych martensów jest dziełem Chińczyków. Wojas szyje w Polsce, ale na Chiny też zerka ukradkiem.

Pierwsza para butów „od Wojasa”?

— Gdzieś ją nawet mam, ale gdzie? Bardziej pamiętam wzór, który okazał się pierwszym rynkowym hitem. To było na początku lat 90. Kolejki się po niego ustawiały. Nazywał się Harvard. Sam wymyśliłem fason, znalazłem specjalną skórę. Niektórzy mówią, że był podobny do Salamandry. Rocznie sprzedawało się prawie 300 tys. par. Dzisiaj to marzenie, wtedy jak los na loterii. Drugi to był półbut z dwoma zameczkami. Rocznie sprzedawałem 60 tys. par. Też nieźle. Harvarda to nawet niektórzy podrabiali, tak się dobrze sprzedawał. Zastrzegłem nazwę, to sprzedawali jako Carward — mówi Wojas.

Dzisiaj takie liczby tylko kręcą w głowie i przywodzą wspomnienia. Sklepy pełne. Teraz, żeby jeden model się utrzymał na rynku, musi się sprzedać 10 tys. par rocznie, a to już sukces. Ale wtedy dzięki tym dwóm modelom butów Wojas pociągnął do przodu.

Zapytajcie go dzisiaj, gdzie będzie za pięć albo dziesięć lat. Usłyszycie, że przyszłość swą widzi świetlaną. Ale nie marzy o ekspansji na świat.

— Wbrew pozorom, zagranica wcale tak dobrze nie płaci. Lepszą rentowność ma produkcja krajowa — uważa Wojas.

A jednak w butach spod Tatr chodzą Irlandczycy, Amerykanie, Niemcy, Francuzi, Litwini, Węgrzy i Rosjanie.

Od trzech lat Wiesław Wojas buduje drugą firmę — dystrybucyjną. Wojas Trade Sp. z o.o. prowadzi 63 sklepy w całej Polsce. Od 2002 r. do 2006 r. był prezesem zarządu Polskiej Izby Przemysłu Skórzanego w Łodzi. Od 2001 r. jest głównym sponsorem klubu sportowego i jednej z najlepszych polskich drużyn hokejowych Wojas Podhale, spadkobiercy Szarotek — Podhala Nowy Targ. Niedawno hokeiści Wojasa zdobyli mistrzostwo Polski. Gruchnęła nawet plotka, że Wojas zacznie robić łyżwy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Szewc z góralską pasją