Szkoda komornika na dłużnika

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 11-05-2011, 00:00

Eksmisja to ostateczność. Banki wolą restrukturyzować kredyty lub postraszyć windykatorem.

1,6 mln osób spłaca kredyt hipoteczny. Kilkanaście tysięcy zalega, ale banki windykują kilkuset

Eksmisja to ostateczność. Banki wolą restrukturyzować kredyty lub postraszyć windykatorem.

Kredyty mieszkaniowe spłacamy wręcz wzorowo. Komisja Nadzoru Finansowego podaje, że na koniec 2010 r. — to najnowsze dane — wartość przeterminowanych kredytów wynosiła 17,8 mld zł, z tym, że pula ta obejmuje również kredyty dla deweloperów. Wartość długu niespłacanego dłużej niż 30 dni wynosi 7,5 mld zł. To zaledwie 2,8 proc. całego portfela kredytów mieszkaniowych, wartego na koniec ubiegłego roku 267,5 mld zł. Na potrzeby mieszkaniowe zadłużyło się dotąd ponad 1,6 mln osób, co jednak nie przekłada się na liczbę kredytów, bo czasem do jednej umowy przystępuje kilku kredytobiorców. Nie wiemy dokładnie ilu kredytobiorców wpadło w tarapaty i zaprzestało spłaty zobowiązań. Ale są sygnały, że ich przybywa — wczoraj PKO BP podał, że odsetek kredytów mieszkaniowych z utratą wartości skoczył w I kwartale aż o 35 proc. do 2,9 proc. Bank tłumaczy, że to efekt okresowego przeglądu portfela. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że w skali kraju co najmniej kilkanaście tysięcy dłużników ma mniejsze lub większe obsuwy w spłacie. W przełożeniu na liczbę mieszkań daje to miasteczko średniej wielkości. Tymczasem banki windykują kredytobiorców, których można pomieścić w jednym bloku — wynika z danych Związku Banków Polskich, do których dotarł "Puls Biznesu".

Windykowane miasta

W styczniu windykowane były 544 kredyty. Banki nie przejęły ani jednego mieszkania, spłacony został jeden kredyt. W lutym w rubryce spłacone jest 5, w marcu 6. Nie została natomiast przejęta ani jedna nieruchomość.

— Unikamy postępowań windykacyjnych. Staramy się sprzedać mieszkanie na wolnym rynku w porozumieniu z klientem. Dochodzi do tego zresztą dopiero wówczas, kiedy nie ma już żadnych nadziei na restrukturyzację kredytu — mówi Marcin Wojtachnio, zastępca dyrektora ds. windykacji w MultiBanku i mBanku.

Problem ze spłatą dotyczy głównie, żeby nie powiedzieć niemal wyłącznie, mieszkańców dużych miast, głównie wojewódzkich. W mniejszych przypadki windykowania kredytobiorców są absolutnym wyjątkiem.

Kredyt do serwisu

Egzekucja jest czasochłonna, kosztowna i wcale nie musi zakończyć się po myśli banku. Standardowo postępowanie sądowe i komornicze trwa dwa lata. Trzeba to wszystko opłacić, a na koniec i tak okaże się, że dłużnika z mieszkania usunąć się nie da, bo chroni go prawo.

Co zatem dzieje się z tysiącami kredytów, które widnieją w bilansach jako stracone? Michał Handzlik, prezes DT Partners, firmy windykacyjnej, mówi, że banki poza tzw. restrukturyzacją lub prowadzeniem działań monitujących, nie do końca mają pomysł, co z nimi zrobić na etapie, kiedy pojawia się zaległość.

— Standardowo banki same próbują miękkiej windykacji lub zanim ją rozpoczną — zmierzają do zawarcia umowy restrukturyzacyjnej. W bardziej złożonych przypadkach, gdzie porozumienie w sprawie spłaty jest niemożliwe, częściowo wspierają się zleceniami do firm windykacyjnych, a dalej kierują sprawę do egzekucji sądowo-komorniczej — mówi Michał Handzlik.

W skali jednego banku takich spraw może być kilkadziesiąt. Za mało, żeby zawracać sobie nimi głowę. Poza tym najczęściej banki nie posiadają "działów sprzedaży przejętych zabezpieczeń", czyli nieruchomości. Zwykle mieszkanie trafia na licytację komorniczą.

Do tego dochodzi problem z tworzeniem rezerw na windykowany dług. Bank musi to robić, kiedy pojawi się ryzyko ściągalności kredytu. W trakcie trwania procesu windykacyjnego rezerwy trzeba sukcesywnie powiększać. Dlatego łatwiej temat przemilczeć i nie ujawniać zbyt wielkiej puli problematycznych kredytów.

I trudno się dziwić, bo dobrego wyjścia z sytuacji nie ma. Teoretycznie dług hipoteczny mógłby trafić na rynek windykacyjny do wyspecjalizowanych firm. Sprzedawany jest jednak w śladowych ilościach. Dla banków i windykatorów jest to kłopotliwy towar, bo eksmisja lokatora może okazać się niemożliwa, a sama windykacja właścicieli nieruchomości to sprawa delikatna społecznie. Poza tym cały biznes, choć się opłaca, jest na początku kosztowny. Żeby sprzedać wierzytelność należy wycenić mieszkanie, a operat szacunkowy to ładnych kilkaset złotych. Do tego dochodzą wydatki na przeniesienie zabezpieczenia na nabywcę. Łączne koszty mogą wynieść powyżej 1 tys. zł.

— Przy jednym mieszkaniu nie jest to problem, ale przy 100 robi się istotna suma, a przecież powodzenie windykacji jest obarczone ryzykiem — mówi Michał Handzlik.

Na rynek windykacyjny trafiają resztówki z postępowań egzekucyjnych, kiedy wartość nieruchomości była mniejsza niż wielkość długu. Bank inkasuje sumę ze sprzedaży mieszkania, a resztę, która została do ściągnięcia, sprzedaje specjalistom. Takich postępowań też jednak nie ma zbyt wielu. Banki raczej nie wchodzą w egzekucje kredytów, których wartość przekracza wartość zabezpieczenia.

— Eksmisje dłużników są absolutną rzadkością. W całości trafiają do nas kredyty sprzed 6-10 lat, zaciągnięte przy niekorzystnej marży. Wystarczy go zrefinansować, żeby dłużnik odzyskał zdolność do spłaty. To też są jednostkowe przypadki. Często natomiast banki kierują do serwisu windykatorów kredyty z opóźnionymi dwiema, trzema ratami. Wtedy też wystarczy przypomnieć dłużnikowi, jakie są konsekwencje zaprzestania spłaty, żeby na powrót zaczął regularnie spłacać dług — mówi Piotr Krupa, prezes Kruka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu