Szkolenie to czy sport

Dorota Czerwińska
opublikowano: 2007-06-29 00:00

Podczas szkolenia outdoorowego młoda kobieta nie przeżyła uderzenia w drzewo, gdy zjeżdżała na linie.

Jak dbać o zdrowie i życie pracowników

Podczas szkolenia outdoorowego młoda kobieta nie przeżyła uderzenia w drzewo, gdy zjeżdżała na linie.

Tragiczny wypadek zdarzył się w Kazimierzu Dolnym. Lina służąca do wyhamowania prędkości odpięła się od szelek. Szkolenie dla firmy telekomunikacyjnej z Pomorza prowdziła lubelska Akademia Przygoda. Trwa śledztwo, czy zawinił instruktor, czy był to nieszczęśliwy wypadek.

Treningi outdoor to zajęcia w plenerze, wykorzystujące elementy zajęć sportowych i gier terenowych, czasem sportów ekstremalnych. Chodzi o zintegrowanie grupy, ukazanie roli lidera, komunikacji i zarządzania ludźmi, ale także o konkretne umiejętności, np. pracy w zespole projektowym. Zdaniem specjalistów, treningi outdoorowe są skuteczniejsze od prowadzonych w salach wykładowych, bo opierają się na konkretnych zdarzeniach i towarzyszących im emocjach.

Chcemy adrenaliny

Czy jednak pracownicy, których firma wysyła na takie zajęcia, nie są narażani na utratę zdrowia, a nawet — jak pokazuje przykład z Kazimierza —życia? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo żadna firma szkoleniowa nie prowadzi jawnej statystyki wypadków.

— Nie mamy nic do ukrycia. Przez siedem lat działalności mieliśmy trzy przykre zdarzenia. Raz podczas zjazdu na linie uczestnik zerwał mięsień czterogłowy. Z ubezpieczenia pokryliśmy koszty leczenia i straty pracownika. Drugi raz pracownikowi podczas skoku z wysokości 80 cm pękła kostka. Za trzecim razem pękł łuk brwiowy podczas pływania tratwami, gdy jedna osoba uderzyła drugą wiosłem — wylicza Rafał Szczepanik z firmy szkoleniowej Training Partners.

Jego zdaniem, niebezpieczne wypadki zdarzają się najczęściej wtedy, kiedy instruktorzy nie mają odpowiednich kwalifikacji lub sprzęt nie jest regularnie sprawdzany i konserwowany.

— Czasem może się przytrafić także wypadek losowy. Ktoś się przewróci, potknie, uderzy, upadnie itp. — dodaje Jakub Górski z firmy outdoorowej Postero.

Przyznaje, że coraz więcej szkoleniowych firm outdoorowych zaczyna się zajmować sportami ekstremalnymi i tym stara się przyciągnąć klientów. Reklamują się hasłami: „emocje, przygoda, ekstremalne przeżycia, 200 proc. adrenaliny”, choć nie zawsze są do tego przygotowane.

— Atrakcyjność wyjazdu jest dla nich ważniejsza niż strona merytoryczna. Tymczasem wchodzenie do grot czy wspinaczka po ściance nie wnoszą nic merytorycznego do szkolenia — zauważa Ewa Gołębiowska-Krzyżan, dyrektor personalna Kompanii Piwowarskiej.

Jakub Górski twierdzi, że nie działoby się tak, gdyby nie oczekiwania klientów.

— Firmy, które chcą, byśmy zorganizowali dla nich szkolenie outdoorowe, coraz częściej oczekują czegoś, czego jeszcze nikt nie robił. Chcą więcej bodźców, żeby pracownicy byli zaskoczeni i zadowoleni. To jest wyścig, ale w ślepej uliczce — liczba atrakcji jest ograniczona, a kolejne są coraz droższe. Rodzi się pytanie, czy pracownicy, a zwłaszcza firma, na pewno będą mieli z tego korzyści. W outdoorze nie chodzi o to, żeby było ekstremalnie. Jak ludzie zachowują się w trudnych sytuacjach, można pokazać nie tylko podczas ćwiczenia na linach nad przepaścią — stwierdza Jakub Górski.

Co daje wspinaczka

Ćwiczenia w plenerze powinny być poprzedzone zajęciami teoretycznymi, omówieniem umiejętności, jakich pracownicy mają nabyć. Finałem jest analiza tego, co się wydarzyło, co należy zmienić i jak przenieść te doświadczenia na grunt zawodowy.

— Pracownik powinien wiedzieć, czemu ma służyć udział w terenowej zabawie czy zadaniu, co pokazać i czego go nauczyć — wyjaśnia Ewa Gołębiowska-Krzyżan.

Ważne jest też posiadanie przez organizatora szkolenia własnego sprzętu, bo jeśli należy on do podwykonawcy, to rozmywa się odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo. Poza tym trener pracuje z urządzeniami, o których serwisowaniu nic nie wie.

— Warto korzystać z firm mających własny i atestowany sprzęt. Gdy rok temu w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej nasi pracownicy zjeżdżali po linie ze ściany skalnej, asekurowni przez ratowników górskich, mieliśmy poczucie bezpieczeństwa — potwierdza Katarzyna Kierzkowska, kierownik ds. zarządzania kadrami PSE Elektra.

Zdaniem Rafała Szczepanika, klienci są zwykle świadomi niebezpieczeństw, ale tylko na poziomie ogólnym: że zdradliwa jest głęboka woda czy wysoka skała. Rzadko wiedzą, jakie są wymagania organizacyjne i prawne dla imprezy w lesie, a jakie dla szkolenia w jaskini. Nie wiedzą też, że zwykłe turystyczne ubezpieczenie uczestnika albo podstawowe OC organizatora w razie wypadku może nie wystarczyć — potrzebne są specjalistyczne ubezpieczenia.

— Dobre firmy trenerskie je mają. To nietypowe polisy i nawet nie każdy agent ubezpieczeniowy o nich wie, więc tym bardziej przeciętny dyrektor personalny ich nie odróżnia — twierdzi Rafał Szczepanik.