To nie leczenie pacjentów będzie w ciągu najbliższych lat największym wyzwaniem dla placówek medycznych. Większe trudności przysporzy im stan szpitalnych budynków i przestarzałe wyposażenie. Z raportu Związku Powiatów Polskich (ZPP) wynika, że do 2030 r. szpitale muszą przeprowadzić inwestycje warte 58 mld zł, z czego blisko 34 mld zł potrzebują „mury”, reszta trafi na sprzęt medyczny. Szacunki są oparte na badaniach ankietowych, w których wzięło udział 200 placówek.
![BOMBA TYKA: Inwestycje w placówki medyczne są konieczne, szczególnie biorąc pod uwagę demografię. Trzeba je przeprowadzić możliwie jak najszybszej, zanim starzejące się społeczeństwo postawi cały system pod ścianą — mówi Marek Wójcik, ekspert ds. zdrowia w Związku Powiatów Polskich. [FOT. TP] BOMBA TYKA: Inwestycje w placówki medyczne są konieczne, szczególnie biorąc pod uwagę demografię. Trzeba je przeprowadzić możliwie jak najszybszej, zanim starzejące się społeczeństwo postawi cały system pod ścianą — mówi Marek Wójcik, ekspert ds. zdrowia w Związku Powiatów Polskich. [FOT. TP]](http://images.pb.pl/filtered/8ef6e6c6-a55c-4bdf-b750-fa0d23ac2af8/6c24f80d-bdd5-5748-aa6a-e7a5cafb6ba5_w_830.jpg)
— Co piąty budynek ma więcej niż 70 lat, a zdarza się, że szpitale funkcjonują w obiektach z XVIII wieku — twierdzi Marek Wójcik, ekspert ds. zdrowia w ZPP.
Krótka perspektywa
Najwięcej pieniędzy potrzebują szpitale wojewódzkie i resortowe — inwestycyjne braki oszacowały na 23 mld zł. Co zaskakujące, prywatni przedsiębiorcy, którzy mają kilkuprocentowy udział w rynku, również mają duże apetyty. Chcą zainwestować w remonty, rozbudowę oraz sprzęt medyczny 8 mld zł. I choć perspektywa 2030 r. wydaje się odległa, szpitali wcale to nie uspokaja. Powód? Według szacunków ZPP, co czwarty złoty z 58 mld zł musi zostać wydany w ciągu czterech lat.
— Szpitale muszą się dostosować do standardów informatycznych, sanitarnych i technicznych, stawianych m.in. przez UE — tłumaczy Marek Wójcik.
Twórcy raportu nie mają złudzeń — tych pieniędzy nie mają ani szpitale, ani ich właściciele, czyli w większości przypadków samorządy. Z ich pozyskaniem również będzie problem. Zdaniem Marka Wójcika, na dotacje unijne lecznice w nowym rozdaniu nie mają co liczyć. Jak zapowiedziało Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, w programach regionalnych pieniędzy dla placówek medycznych nie będzie. Pozostało kilka programów, dzięki którym szpitale mogą starać się o zastrzyk gotówki (Norweski Mechanizm Finansowy czy Szwajcarsko-Polski Program Współpracy).
— Trzeba się cieszyć z tego wsparcia. Mówimy jednak o kwotach rzędu kilkudziesięciu milionów euro w ciągu 5-7 lat. To nie jest nawet kropla w morzu potrzeb — zaznacza Marek Wójcik. Światełkiem w tunelu miało być partnerstwo publiczno-prywatne (PPP). Problem w tym, jak twierdzą autorzy raportu, że w Polsce praktycznie nie istnieje. Drogi miał przecierać InterHealth Canada i jego inwestycja w szpital w Żywcu. Kanadyjczycy utknęli na początku drogi — do tej pory nie udało się im zdobyć finansowania.
— W Polsce PPP nie wychodzi. Pozytywnym wyjątkiem jest radioterapia, ale przy inwestycji w wieloprofilowe szpitale formuła się nie sprawdza — uważa Lech Wąsowski z Warbudu.
Czas selekcji
ZPP ma receptę na te problemy. Bardziej przyjazne zasady PPP, uruchomienie funduszu wspierającego inwestycje w sektorze (pieniądze z VAT, które płacą podmioty, które nie mogą go odliczyć, np. szpitale), premiowanie konsolidacji lecznic — to przykłady proponowanych rozwiązań. Inaczej widzi sprawę prywatny biznes. Zdaniem Roberta Mołdacha, eksperta ds. gospodarki zdrowotnej w Pracodawcach RP, nie stać nas na remont wszystkich placówek medycznych, co zresztą, jego zdaniem, nie ma sensu.
— Po co przeprowadzać kosztowne inwestycje, np. w słabych placówkach o niskiej jakości? Lepiej remontować i doposażyć najlepsze lecznice. Milionowe inwestycje powinny być odpowiedzią na bieżące potrzeby i przeprowadzane w porozumieniu z regulatorem — tłumaczy Robert Mołdach. Takie podejście może być wyrokiem dla części lecznic, jednak — zdaniem przedstawicieli branży — nie da się tego uniknąć.
— Polska jest jedynym krajem, w którym buduje się nowe szpitale, a starych nie zamyka. Trzeba jednak przyznać, że mamy ich w Polsce za dużo i są placówki, które można byłoby zamknąć — twierdzi Dorota Gałczyńska, dyrektorka warszawskiego szpitala bielańskiego.
Zdaniem Piotra Gerbera, prezesa giełdowej sieci szpitalnej EMC Instytut Medyczny, problemy braku pieniędzy na inwestycje i ewentualnej selekcji lecznic rozwiąże niewidzialna ręka rynku.
— Publiczne pieniądze powinny być przeznaczane na leczenie, nie na inwestycje. Te trzeba zostawić prywatnemu kapitałowi. Przedsiębiorcy — w tym inwestorzy branżowi oraz ubezpieczyciele — będą swoistym drogowskazem, w które placówki warto inwestować. Pierwsi głosują inwestycjami i zainteresowaniem. Drudzy, poprzez wybór jednostek, w których leczą się ich klienci — mówi Piotr Gerber.
Branża zastrzega jednak, że pierwszy ruch należy do Ministerstwa Zdrowia. Bez zmian w koszyku świadczeń gwarantowanych (czyli tego, co pacjentowi należy się za darmo) rynek stanie w miejscu, o ile nie zacznie się cofać. W ramach reformy z koszyka powinny zostać wyjęte niektóre procedury medyczne. Pacjent, aby mieć je zapewnione, będzie musiał wykupić dodatkowe ubezpieczenie medyczne.
11 mld złTyle wynosi zadłużenie szpitali.
700 Tyle lecznic działa w Polsce.
Są pieniądze. Brakuje rozwiązań prawnych
Ustawa o działalności leczniczej okazała się nieskutecznym lekiem na problemy placówek medycznych. Miała skłonić samorządy — m.in. poprzez zachęty finansowe — do przekształcania szpitali w spółki prawa handlowego. Jeśli tego nie zrobią, będą musiały pokryć długi podległych lecznic. Autorzy raportu „Ustawa o działalności leczniczej — podsumowanie dwóch lat funkcjonowania” zwracają uwagę, że przekształcenia nie zahamowały i nie zahamują rosnącego zadłużenia placówek medycznych. To, mimo wzrostu wydatków na ochronę zdrowia, co roku rosło i wynosi obecnie ponad 10 mld zł. PwC, kancelaria DZP i uczelnia Łazarskiego, które opracowały analizę, uważają, że lecznicom powinno zapewnić się dodatkowe źródła finansowania oraz dać możliwość skorzystania z nich.
— Jest jeden płatnik — Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ), który ma coraz większe problemy z budżetem. Z drugiej strony, są na rynku podmioty, które mają pieniądze i które z chęcią „wpompują” pieniądze do systemu, jeśli będą miały zielone światło — mówi Mariusz Ignatowicz, ekspert w PwC.
W tej grupie znajdują się ubezpieczyciele, którzy w ramach dodatkowych ubezpieczeń mogliby wrzucić do szpitalnych kas dodatkowe miliardy, również te, które już dzisiaj pacjenci wydają m.in. na abonamenty czy płacąc za usługi. Ministerstwo Zdrowia widzi potrzebę wprowadzenia dodatkowych polis i jak zapowiada wiceminister Sławomir Neumann, projekt ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych będzie gotowy po wakacjach. Sęk w tym, że to, iż pacjenci będą mogli je kupić nie oznacza, że szpitalne sale będą mogły ich przyjąć. Powód? Zgodnie z interpretacjami obecnych przepisów, szpitale nie mogą świadczyć usług komercyjnych.
— Z jednej strony zarzuca się nam, że nie wykorzystujemy potencjału, bo np. po godz. 13 nowoczesny tomograf stoi niewykorzystany, z drugiej, zabrania się go nam w pełni spożytkować. Publicznych pacjentów trzeba czasami odsyłać z kwitkiem — czyli zapisywać na odległe wizyty, bo po przekroczeniu pewnego limitu NFZ nie płaci nam za wykonane usługi. Chorych, którzy chcieliby zapłacić, w ogóle nie możemy przyjmować — mówi dyrektor mazowieckiego szpitala chcący zachować anonimowość.