Taaaka przynęta

Tadeusz Prusiński
opublikowano: 2005-12-15 00:00

Co znaczy dobra przynęta, wie każdy wędkarz. Najlepsze są produkowane w Gietrzwałdzie pod Olsztynem. Doceniają je i Amerykanie, i Japończycy.

— Na nasze przynęty, po angielsku wobblery, biorą duże ryby. Powodzenie wyrobów wynika z wiedzy, praktyki i spotkań z doświadczonymi wędkarzami na całym świecie — mówi Piotr Piskorski, jeden ze wspólników gietrzwałdzkiej spółki Salmo.

Zuchwałe zamysły

Nie ma na świecie drugiego producenta przynęt, który obok pasji do wędkarstwa i zdolności ma wiedzę o biologii ryb.

Bo wędkarska pasja Piotra Piskorskiego i Radosława Zaworskiego zawiodła ich na rybackie studia w Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie. Poznali się w uczelnianym klubie wędkarskim. Piotr był naukowcem w Instytucie Rybactwa Śródlądowego, Radosław kończył studia na Wydziale Rybactwa i Ochrony Wód ART.

Wspólnie postanowili wyrabiać najlepsze na świecie przynęty, którym nie oprze się żadna ryba. Postawili na niepowtarzalne autorskie wzornictwo i najwyższą jakość. W kwietniu 1991 r. zarejestrowali firmę Salmo. Piotr wziął na siebie projektowanie przynęt. Radosław miał jak najszybciej wprowadzać te pomysły do produkcji. Nazwę spółki (od łac. Salmo trutta — pstrąg) wymyślił Piotr.

Zaczynali w akademiku, z „kapitałem dość śmiesznym”, jak mówi Piotr. Pierwsze przynęty wyrabiali z drewna lipowego. Były to serie Minnow i Bullhead, modele typowo pstrągowe.

Teraz rocznie wypuszczają milion mniejszych i większych rybek z pianki poliuretanowej, łudząco podobnych do żywych pierwowzorów: okonia, sielawy, szczupaka i płoci. Łącznie 1030 wzorów. Najmniejsza waży 1,5 grama i mierzy 2,5 cm, największa zaś — 105 gramów i 20 cm. 57-osobowa załoga Salmo wyrabia je na dwie, a nieraz i na trzy zmiany.

Każda przynęta przed zapakowaniem jest indywidualnie testowana i ustawiana. Każda podlega wielostopniowej kontroli jakości. Ponad 90 proc. procesu ich wytwarzania opiera się na pracy ręcznej.

Zmianowość w Salmo bierze się z ciasnoty pomieszczeń, więc wiosną przyszłego roku firma zacznie budowę nowej fabryki w sąsiednich Nagladach.

Wiara i magia

Prezesi Salmo jeżdżą na targi sprzętu wędkarskiego i w różne miejsca świata, by testować swoje wyroby.

— Trzy lata temu byłem w Mongolii. Ryby pięknie biorą, ale rynku dla naszych wobblerów jeszcze długo tam nie będzie — uważa prezes Salmo.

Siedemdziesiąt procent produkcji Salmo oszukuje drapieżne ryby w 43 krajach świata — od RPA, Argentyny, Chile, przez Europę Zachodnią po Japonię. — Z tymi kontaktami możemy założyć biuro podróży. Tylko nie mamy na to czasu — półżartem dorzuca Piotr Piskorski.

Najwięcej kupują wędkarze w USA, Kanadzie, Szwecji, Finlandii, na Ukrainie i w Rosji. Wędkuje prawie 45 mln Amerykanów. Są wygodni, nie chce się im kopać robaków. Kupują wędkę, do tego sztuczne przynęty, często na stacji benzynowej — i w weekendy całymi rodzinami jadą nad jeziora i rzeki.

Skąd taki popyt na gietrzwałdzkie sztuczne rybki?

— Sukces wędkarski według Amerykanów to ryba plus lokalizacja łowiska plus prezentacja przynęty. Ja bym dołożył jeszcze wiarę wędkarza. A bierze się ona z opowieści innych wędkarzy i z reklamy. W sumie wędkowanie to rodzaj magii, bo często trudno wytłumaczyć, dlaczego jednemu bierze ryba, a drugiemu na tę samą przynętę nie chce — tłumaczy Piotr Piskorski.

Mistrzowskie marzenie

Wyroby gietrzwałdzkiej spółki testuje ponad czterystu najlepszych wędkarzy świata, którym firma rozsyła swoje produkty. Słynny Holender Bertus Rozmeijer wyciągnął prawie dwumetrowego suma z hiszpańskiej rzeki Ebro na wobblera Salmo Fatso 14 RR. Inny mistrz spinningu, Czech Milan Ryba, złowił w mongolskiej rzece Delgemören 138-centymetrowego tajmienia (na wobblera Salmo Whitefish SW13J DR w kolorze Trout).

Piotr Piskorski w sierpniu wyciągnął z kanadyjskiego jeziora (Salmo Skinner 15 w kolorze GT) 18-kilogramowego szczupaka amerykańskiego — muskie. Miał 130 cm. Kolega sfotografował go z trofeum i po zmierzeniu prezes wypuścił rybę.

— Wychodzimy z założenia, że złowione ryby trzeba wypuszczać, żeby dzieci i wnuki też miały co łowić. Mój muskie miał ze 20 lat — tłumaczy Piotr Piskorski.

Na ścianie jego gabinetu wisi 13 dużych fotografii, na których pozuje z olbrzymimi okazami. Najwięcej wśród nich szczupaków z wód Szwecji. Nad drzwiami wisi replika złowionego muskie.

— To kultowa ryba Ameryki. „Rekordzistka świata” miała 161 cm. Pobicie tego rekordu jest moim marzeniem. Amerykanie mówią: „Ten, kto pobije rekord świata w łowieniu muskie, będzie milionerem”. A gdyby jeszcze złowić go na naszą przynętę, byłaby to niesamowita reklama dla firmy — marzy prezes gietrzwałdzkiego Salmo.