Tak czy inaczej będzie awantura

01-08-2018, 22:00

Prezydent ma do 17 sierpnia czas na rozstrzygnięcie kwestii podpisu pod nowelizacją Kodeksu wyborczego, radykalnie zmieniającego sposób rozliczenia głosów, które oddamy 26 maja 2019 r. w wyborach do Parlamentu Europejskiego (PE).

Prezydent ma do 17 sierpnia czas na rozstrzygnięcie kwestii podpisu pod nowelizacją Kodeksu wyborczego, radykalnie zmieniającego sposób rozliczenia głosów, które oddamy 26 maja 2019 r. w wyborach do Parlamentu Europejskiego (PE). Forsując tzw. dobrą (dla PiS) zmianę, Jarosław Kaczyński kolejny raz wplątał partię w swoją ulubioną sytuację zdefiniowaną w tytule. Nie wiadomo tylko — awanturę krajową czy unijną. Jeśli Andrzej Duda nowelizację zawetuje, to znowu okaże się partyjnym synem marnotrawnym. Jeśli zaś nowelizację podpisze, to zaraz po wakacjach wybuchnie skandal w PE. Finałem najczarniejszym mogłoby być nawet… pozbawienie Polski prawa wybrania europosłów! Przynależne nam 52 fotele pozostałyby w kadencji 2019-24 puste. Na razie to abstrakcja, jeszcze nigdy w unijnych dziejach czegoś takiego nie grano. Z drugiej jednak strony — również nigdy nie trafiła się w żadnym państwie władza, która tak zakpiłaby sobie z PE…

Od pierwszych bezpośrednich wyborów PE w 1979 r. obowiązują dwie święte zasady. Wszystkie państwa głosują podczas jednego, długiego weekendu, ordynacja zaś jest proporcjonalna. Ideał to jeden okręg obejmujący cały kraj oraz brak procentowego progu. Unijne prawo poczyniło jednak kilka wyjątków, przede wszystkim dopuszczając próg, maksymalnie 5-procentowy. Nasza ordynacja do PE w latach 2004, 2009 i 2014 była mieszana. Okręgiem rozliczeniowym, w którym mandaty rozdzielano między partie metodą d’Hondta, ale z progiem 5 proc., był cały kraj. W 2014 r., gdy wybieraliśmy 51 europosłów, warunek spełniło pięć komitetów, które zdobyły następujące liczby mandatów: PO — 19, PiS — 19, SLD-UP — 5, PSL — 4, Nowa Prawica (NP Janusza Korwin-Mikkego) — 4. Pod progiem znalazło się siedem małych komitetów. Zasadnie krytykowanym, niższym szczeblem ordynacji był rozdział puli zdobytej przez partie, odbywający się w 13 technicznych okręgach. Uzyskanie mandatu przez kandydata w znacznym stopniu zależało od… liczebności jego okręgu, a były one bardzo nierówne — od 1,65 mln do 3,69 mln wyborców.

PiS postanowiło zlikwidować wadę tzw. mandatów przechodnich, a przy okazji przyznać sobie ogromną premię. Nowela ustala, że fotele w PE rozdzielane są nie na poziomie okręgu ogólnopolskiego, lecz odrębnie w każdym z 13 okręgów, które otrzymują sztywny przydział od trzech do sześciu mandatów. Realnie znaczy to, że nakazana przez PE proporcjonalność bierze w łeb! Gdyby nowe przepisy zastosować do głosowania z 2014 r., to mandaty zdobyłyby wyłącznie PO i PiS, a SLD-UP, PSL i NP dołączyłyby do komitetów podprogowych. Identycznie stanie się w 2019 r., przy czym PiS uwzględnia przewagę sondażową nad PO i dzięki zmianie metody chce wyrwać — przy tej samej liczbie głosów w urnach — dodatkowo 5-6 mandatów. Rozbioru 52 foteli w PE zamierza dokonać tylko z PO, w stosunku np. 35:17. Sytuacja jednak radykalnie się zmieni, gdy opozycja przymknie oczy na wzajemne dąsy i zarejestruje wspólną listę nie tylko PO i Nowoczesnej, lecz także PSL. Wtedy podział tłustego tortu PE okaże się zbliżony do równowagi. Teoretyzując zaś — gdyby do proeuropejskiej, anty-PiS-owskiej listy dołożył się jeszcze SLD, to ekipa tzw. dobrej zmiany odczułaby efekt trafienia między oczy nadepniętymi niechcący grabiami…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Polityka / Tak czy inaczej będzie awantura