Na krawędziach CaĖón del Colca w Peru powiewają polskie flagi, stoi szkoła im. Jana Pawła II, jest Aleja Polaków. W dole rzeka, którą ujarzmili Polacy. Teraz chcą robić tam biznes.
odaje mi wizytówkę. Pogięta, na cienkim papierze, jakby z pralki wyjęta. A na niej jak wół: Jerzy "Yurek" Majcherczyk.
— Przepraszam, ostatnią mam — tłumaczy się postawny mężczyzna po pięćdziesiątce w czarnej kurtce z dość już sfatygowanej skóry.
I zaraz pędzimy taksówką przez miasto. Jerzy Majcherczyk, choć od kilku dni śpi niewiele i właśnie ma za sobą tułaczkę pociągiem, tryska energią. Gestykuluje, tłumaczy, już chce wyciągać mapy, książki, i laptopy.
— Bo ja nie jestem bajkopisarzem, lecz człowiekiem czynu — zaznacza.
Choć za cel postawiliśmy sobie rozmowę o możliwym do rozkręcenia biznesie w Peru, to nie sposób nie zapytać: no i jak tam było? Tam, czyli na dnie najgłębszego kanionu świata, pierwszy raz przepłyniętego i eksplorowanego przez Polaków właśnie z Yurkiem w składzie. To był 1981 rok. Po 27 latach Majcherczyk wrócił z pontonami i kajakami na dno peruwiańskiego kanionu, którego ściany wznoszą się ponad 3,2 tys. metrów (z jednej strony) i 4,2 tys. metrów (z drugiej strony) nad poziomem rzeki Colca. Wrócił po to, aby wraz z ekipą (w tym dwoma synami) przepłynąć fragment, którego nie zaliczyli w 1981 r. Choć tak naprawdę to w Peru, jako przewodnik niewielkich grup zwykle polonijnych turystów, pojawia się kilka razy do roku. Jest honorowym obywatelem największego miasta z rejonu kanionu Arequipy, sponsoruje dzieciaki i szkoły z wiosek na krawędzi Colci. Ma tam syna chrzestnego, Yurka zresztą. Tubylcy traktują go jak swojaka. No więc, jak tam było? Parę słów na szybko, zanim wyskoczymy z taksówki.
— Dwa razy żegnałem się z życiem. Tam woda jest pieruńsko zimna. I raz tak wpadłem, że już zdrętwiałem cały. Syn mnie wyciągnął — mówi Majcherczyk z miną niekoniecznie zafrasowaną.
Zabije was!
Dla niego to jest przygoda, smak życia. Szczelina w ziemi dwa razy głębsza od kanionu Kolorado to miejsce dla niego. Zresztą każdy, kto tam był, powtarza jak mantrę: to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Już z krawędzi wygląda groźnie. Gdy zerka się w przepaść i spotka się z olbrzymim kondorem oko w oko, ciśnienie skacze od razu. Z góry, jeśli widać rzekę, to nie jest to bynajmniej Wisła pod Włocławkiem. Czasem co kilkadziesiąt, nieraz co kilkaset metrów Río Colca zamienia się w wodospad lub długie bystrza upstrzone głazami wielkości domków jednorodzinnych. Progi wodne klasy V czy VI, podobnie jak na wielu rzekach Ameryki Południowej, to tu żadna nowość.
Co kryje się za liczbą VI? "Przepłynięcie na granicy ludzkich możliwości nawet przez kajakarzy posiadających bardzo wysokie umiejętności techniczne" — podają specjalistyczne przewodniki. Niektóre dodają, że w takich sytuacjach sprzęt się przenosi, aby ujść z życiem. Tymczasem prawie trzy dekady temu młodzi śmiałkowie, którzy z wyprawą Canoandes 79 przemierzyli Ameryki i ich górskie rzeki od parku Yellowstone, przez Meksyk, aż po Argentynę, niekoniecznie przenosili ponton i kajaki.
— Chcieliśmy być współczesnymi Kolumbami, dojść na kraniec Ziemi — odpowiada Majcherczyk, pytany, po co.
Ale nie była to byle wycieczka. Przygotowania trwały półtora roku, zabrali ze sobą kilkanaście ton sprzętu, transportem początkowo był specjalny star. Po kilkunastu miesiącach, gdy jeszcze byli w Ameryce Środkowej, część ekipy i sprzętu wróciła do Polski. Majcherczyk z kompanami zaczęli kombinować. Nie chcieli wracać. "Współcześni konkwistadorzy zdobywają rzeki Ameryki" — pisała w końcu o nich prasa w Nikaragui.
Samochód, nowego chevroleta, sprawiła im para polskich akrobatów z Las Vegas, listy polecające, w podziękowaniu za zasługi, dał im brat prezydenta Meksyku, ponton kupili za pieniądze zarobione przy malowaniu domów. Zakładali, że spłynięcie pierwszym odcinkiem kanionu Colci zajmie im jakieś 6 dni. Zajęło 10. Potem parę dni odpoczynku i kolejne sześć walki z żywiołem. Pewnie nieraz, przez huk ton wody przebijały im w głowach słowa napotkanych na górze miejscowych:
— Nie idźcie tam. Tam mieszka diabeł.
— Chcemy przepłynąć tę rzekę — oponowali Polacy.
— Chyba jesteście szaleni, ona was zabije! — wykrzyczał im w końcu jeden z tubylców.
PR w dziurze
A jednak. Miejsce, którego przez setki lat, po najeździe hiszpańskiej armady, nie tknęła ludzka stopa, przestało być białą plamą na mapie. Awanturnicy, przybysze z kraju oddalonego o ponad 13 tys. kilometrów, otarli się o śmierć w nurtach Río Colca przynajmniej kilka razy. Trafili na okładki "National Geographic" i rocznika Księgi Rekordów Guinnessa. Gdyby nie komuna i ich wsparcie dla Solidarności w stanie wojennym, byliby w Polsce bohaterami, obwożonymi pewnie jak Wojciech Fortuna po zdobyciu złotego medalu olimpijskiego. A tak, nad Wisłą do dziś mało kto kojarzy poskramiaczy Colci.
W tym roku wrócili nie tylko zbadać odcinek, którym wtedy nie przypłynęli. Sprawa toczy się o coś większego. Odkrycia, gdzieś od połowy XIX w., to kwestia nie tylko dokonań, ale też ich dokumentacji oraz rozgłosu, jaki im się nada. Doświadczył tego chociażby Jacek Pałkiewicz, przez lata walczący o uznanie, że to on odkrył prawdziwe źródła Amazonki. Wypływają one zresztą z lodowców, których szczyty widać z krawędzi kanionu. I choć Towarzystwo Geograficzne w Limie uznało dokonania Pałkiewicza za wiarygodne, to i tak spór pozostał. Bo liczy się też międzynarodowy PR.
Jerzy Majcherczyk nie ukrywa, że toczy się walka o kanion Colci, m.in. o to, kto go odkrył. Wiadomo było od lat, że jest coś takiego, już amerykańscy lotnicy byli w tym rejonie w latach 20. zeszłego wieku.
— Opisywali, jak tam budowali lotniska, zwiedzali teren. I 30 razy użyli słowa "dolina". Ani razu "kanion" — podkreśla Jerzy Majcherczyk.
Nie istnieją dokumenty ani świadectwa, że ktokolwiek spłynął rzeką przed ekipą z Polski. I nikt tego nie podważa, zresztą do dziś mało kto porywa się na takie szaleństwo, nawet na krótkich odcinkach rzeki.
— Jest więc pytanie o odkrywcę. Czy to ten, co zobaczył dziurę w ziemi, czy to ten, który do niej wszedł, badał przepływ, rysował mapy, fotografował, filmował i jeszcze z tego wyszedł cały — uważa Yurek.
Zaczynają się też podchody od drugiej strony. Atakuje się "naj" Colci.
— Wiadomo, najrozleglejszym kanionem świata jest ten z rzeką Kolorado w roli głównej. A najgłębszy? Niektórzy twierdzą, że to kanion Cotahuasi, także w Peru, całkiem niedaleko od Colci — Jerzy Majcherczyk podnosi głos.
Płać i mdlej
Nie tylko jego zdaniem Cotahuasi jako kanion to reklamowy trik. Po pierwsze, krawędzie kanionu są od siebie odległe nawet o 40 km. Do tego rywal Colci ma ledwie 15 km długości, podczas gdy przyjmuje się, że kanion powinien mieć co najmniej 22 km.
— W ten sposób można znaleźć parę niby-kanionów w Himalajach, które mają po kilkaset metrów długości, ale za to różnica poziomów między ich górną krawędzią a podstawą jest większa niż w przypadku Cotahuasi — przekonuje Jerzy Majcherczyk.
Problem polega jednak na tym, że o tym, czy coś jest, kanionem, czy nim nie jest nie decydują tylko naukowcy. Ludzie głosują. Nogami. I choć np. Wikipedia podaje, że najgłębszym kanionem świata jest najpewniej rywal Colci, to jednak zastrzega, że są głębsze w Himalajach, tyle że nienazwane, krótkie i trudno dostępne.
Co więc na to turyści? Co roku do Arequipy, która jest nabliższym kanionowi Colci miastem z dobrym lotniskiem, przybywa nawet milion ludzi. Tam są piękne plaże, hotele, zabytki i rozrywka. By dotrzeć do kanionu Colci, trzeba przejechać trochę ponad 150 km. Tyle że zajmuje to ładnych kilka godzin i daje wspinaczkę na przełęcz na blisko 5 tys. m n.p.m., gdzie co słabsi po prostu mdleją.
— Przydałoby się lotnisko w rejonie Chivay, gdzie zwykle zjeżdżają turyści. Wtedy podróż byłaby dla wielu bardziej komfortowa czy wręcz możliwa — uważa Yurek.
Dlatego w czeluść patrzy co roku jakieś 20 proc. z tych przyjeżdżających na peruwiańskie wybrzeże. Sporo jest turystów z bogatego Chile i Japończyków, przebijają się Europejczycy. Najwięcej jest Amerykanów. Co roku pojawia się tu przynajmniej o kilkanaście proc. turystów więcej.
— Nie warto przyjeżdżać nad Colcę z najtańszym biurem na dzień, dwa. Wtedy zobaczy się fragment kanionu i to wcale nie ten najbardziej spektakularny — uważa Jerzy Majcherczyk.
Czołg na New Connect
Biuro turystyczne Classic Travel, które razem z żoną Małgorzatą prowadzą w Nowym Jorku, specjalizuje się w wycieczkach po obu Amerykach. A Colca to ich oczko w głowie. Zanim na dobre rozhulał się kryzys, były plany debiutu Classic Travel na New Connect, spotkania z Ludwikiem Sobolewskim, marzenia o czymś więcej nad szczeliną w ziemi w Peru.
— Myślenie o debiucie przekładamy o kilka miesięcy. Wiadomo dlaczego — sytuacja finansowa na świecie — tłumaczy Małgorzata Majcherczyk.
W rejonie kanionu, w dużym stopniu dzięki dobrej robocie Majcherczyka i spółki, Polacy są bardzo lubiani. Miejscowi wiedzą, kto rozpropagował okolicę, z turystyki żyje tu co dziesiąty mieszkaniec. Jest szkoła im. Jana Pawła II, jest Aleja Polaków, są biało-czerwone flagi. Jest pamięć o Malinowskim i innych. I na tej przychylności, także władz, można grać. Nad kanionem da się dobrze zarobić.
Dowód? Niecałe 30 lat po wypłynięciu na turystyczne wody Colca, jako osobna atrakcja turystyczna, przegrywa tylko z Machu Picchu. Jest tu sieć Orient Express, która odkupiła hotel, poniżej wioski Yanque. To pierwszy tak luksusowy przybytek, ze spa i ogrzewaniem. Choć noc kosztuje tu między 300 a 500 dolarów, na wolne miejsce niełatwo trafić.
— Mówi się, że także Best Western się przymierza. Tu przyjeżdża światowa elita, premierzy, prezydenci, koronowane głowy — dorzuca Jerzy Majcherczyk.
Yurek nie mówi tego wprost, ale można łatwo się domyślić, że marzy mu się przyczółek w okolicach kanionu. Colca to jego rzeka. Tu też napływają pieniądze coraz szerszym strumieniem. Czy się uda? Jeśli zachował młodzieńczą determinację i szczęście — z pewnością. Wtedy przejechał 100 tys. kilometrów w 33 miesiące, spłynął dziesiątkami rzek, na których niejeden wytrawny wodniak stracił życie lub bał się nawet zamoczyć wiosło. Nie dał się tyfusowi i nie załamał się, gdy odebrał swoją pierwszą książkę z drukarni w Limie 13 grudnia 1981 r. To był dopiero kryzys, nie to, co teraz. Syn bednarza i krawcowej z Siewierza, w szkole nazywany Czołgiem, łatwo nie odpuści. Napisze porządny przewodnik po kanionie Colci. I będzie dalej go polonizował, bo ta dziura w ziemi jest "naj".
